10. Pochrzanione sny [eksperyment]

[Trwa kurs Art coachingu. Jedyna taka edycja w roku, unikalna i specjalna. Święto dla mnie i dla uczestników. Znakomita atmosfera, twórczo i dynamicznie. Dziś było o wykorzystaniu literatury. Używaliśmy słów, metafor, narracji i poezji. Jedynym z zadań było dopisanie zakończenia poniższego opowiadania  i nadanie mu tytułu. Coachingowy eksperyment! Opowiadanie kontynuuje publikowany na blogu cykl. Rewelacyjna zabawa. Wiele pomysłów i wersji, jak zawsze wiele interpretacji. Spośród wszystkich wersji napisanych przez uczestników, uznano w wyniku głosowania za najfajniejsze, najlepiej pasujące do konwencji moich opowiadań, zakończenie Dominiki Mączyńskiej, master coacherki i podróżniczki. Tekst Dominiki zaznaczyłem na niebiesko. Zapraszamy!]

– Kocham Panią, pani doktor Żuk – powiedział. – Jak mogłem tego wcześniej nie dostrzegać?

– Ja też do pana coś czuję, panie Czarku, o przepraszam znowu ten Czarek, panie Łasabi. – Uchwyciła gwałtownie jego dłoń, spojrzała przepraszającym wzrokiem i ucałowała raz za razem. Ucałowała jeszcze raz tuląc do policzka i szepcząc: wybacz mi Łasabi, Łasabi, Łasabi, och mój Łasabi, nie możemy sobie na to pozwolić, bo mnie wyrzucą z palestry.

– Chyba z Izby Lekarskiej, z palestry wyrzuca się prawników – poprawił ją – i to w amerykańskich filmach.

– Tak, mogą mnie pozbawić prawa wykonywania zawodu, mój Łasabi, jako psychiatra nie mogę się kochać w pacjencie.

– Jeśli to jest przeszkodą, to już nie ma tej przeszkody i nigdy nie było! – Łasabi chwycił swoją historię choroby i podarł ją a potem wrzucił do kosza.

– Jezus! Maria! Gonzo miałem straszny sen! – wykrzyczał do słuchawki.

– Człowieku, wiesz która jest godzina!? Jest trzecia rano, zaraz będzie lipcowy poranek!

– Nie, tylko tak nie mów, błagam,  w taki sposób mówią w amerykańskich filmach. Powiedz mi, że już się obudziłem! To było jak z filmu, z jakiegoś okropnego, obyczajowego filmu albo gorzej: z opery mydlanej! – Łasabi w dalszym ciągu mówił podniesionym tonem.

– No dobrze i co ci się śniło: świt żywych trupów, człekokształtne pająki, zostałeś posłem na sejm?

– Gorzej Gonzo, gorzej. Śniło mi, że wyznaję miłość doktor Żuk! To potworne! I ona całowała mnie po rękach!

– No to pojechało –  zawyrokował Gonzo.

– No pojechało, no przecież mówię! – potwierdził Łasabi.

– Człowieku, z drugiej strony nic dziwnego, to całkiem fajna laska jest, więc nic dziwnego, zupełnie mnie to nie dziwi, nie rozumiem co ciebie tak dziwi? Tak się przed nią wywnętrzasz, otwierasz, rozklejasz. Nic w tym dziwnego. No zupełnie mnie to nie dziwi. Powiem ci wprost, bo jest noc, powiem jak facet facetowi, musisz sobie wyrwać jakąś dupcię, bo inaczej z tych seksualnych pragnień zwariujesz! Taka jest prawda! Ty nie do mnie powinieneś dzwonić, teraz w środku nocy, w środku lipca, tylko przytulać jakąś pannę w prześcieradełku wysmarowaną płynem przeciw komarom.

Nic dziwnego, nic dziwnego, co ty papugą jesteś Gonzo? Mógłbyś mi powiedzieć coś konstruktywnego, coś wspierającego, a ty mi te seksistowskie świństwa opowiadasz – Łasabi poczuł się dotknięty a przynajmniej starał się to zasugerować tonem głosu.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła jednak cisza. Łasabi przełknął ślinę lecz nie doczekał się odpowiedzi. Poczekał kolejną długą chwilę. Zerknął na telefon. Na ekranie wyświetlił się komunikat: Połączenie zostało przerwane. Ponownie wybrał numer lecz usłyszał: Abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon. Powiadomimy ciebie, kiedy połączenie będzie możliwe. Wstał i podszedł do okna. Na ulicy przed domem jakiś facet tańczył z jedną nogą zadartą do góry jak figurka w nakręcanej pozytywce; kręcił piruety, potem przeskakiwał na drugą nogę i kręcił się w przeciwną stronę. Wywijał marynarką dla utrzymania równowagi. Robił to jednak z dziwną gracją, tak płynnie jakby do nóg miał przyczepione łyżwy. Najwyraźniej był pijany. Chwilami tracił równowagę jakby nagle znikała grawitacja Ziemi i równie szybko odzyskiwał balans by znów zatoczyć koło na jednej nodze. Obok, na murku siedziała kobieta i wyklaskiwała rytm, jednak robiła to całkowicie bezgłośnie, raczej imitowała ruch. Gdy dłoń zbliżał się do dłoni nie pojawiło się klaśnięcie, tylko cisza, lecz po rytmie ruchów można było rozpoznać, że dokładnie do tego rytmu tańczy ów mężczyzna w czarnych spodniach i w czarnej koszuli. Mógł być to taniec cygańskich albo andaluzyjski, taniec torreadora albo egzotycznego ptaka a może owada, który za chwilę zacumuje do kielicha kwitnącego rzepaku. Mężczyzna chwilami przypominał wirującego derwisza. Niekiedy jednak zwalniał wykonując ruchy niemal w zwolnionym tempie. Łasabi postanowił zobaczyć jego taniec z bliska. Wsunął nogi w tenisówki i tak jak stał, w spodenkach i koszulce, wyszedł na ulicę. Kiedy się zbliżył na dwa, trzy metry odniósł wrażenie, że mężczyzna w czerni wcale nie jest pijany, jak sądził, tylko niektóre figury w jego tańcu są tak wyszukane a jednocześnie płynne, jakby upadał i wbrew prawu grawitacji unosił się z nad ziemi. Tymczasem po chwili pojawiał się nowy wir, jeszcze bardziej ryzykowny, dynamiczny i niespodziewany jak poprzedni, zarazem płynny i wbrew prawom fizyki umożliwiający lewitację.

– Co on robi? – spytały bezgłośnie klaskającej kobiety.

– Tańczy, – odpowiedziała – tańczy swój taniec.

– Mogę zatańczyć razem z nimi? – spytał Łasabi.

– Możesz ale nie będziesz potrafił – odpowiedziała.

– Skąd taka pewność? – żachnął się.

– Spójrz – wskazała palcem na jego buty. Od stóp  w górę jego nogi wyglądały jak zrobione z brązu, jakby należały do pomnika a nie do człowieka.

– Co mam zrobić? – spytał przestraszony.

– Nic, możesz tylko patrzeć jak on tańczy. Robi to zresztą tylko dla ciebie. On może tańczyć swój taniec, a ty możesz…

 …

Obudził się kiedy za oknem było już jasno. Odruchowo sprawdził wyciszony telefon. Trzy nieodebrane połączenia od Gonza, wszystkie w środku nocy. Wybrał numer.

– Dzwoniłeś – stwierdził Łasabi.

– Nie, to ty dzwoniłeś, ja tylko odzwaniałem.

Doktor Żuk wybudził nagły dzwonek budzika. Wrrrrrr! Wwiercał się w umysł chcąc wkraść się w jej sny, przywrócić ją do rzeczywistości. Zaraz, zaraz powiedziała. Szybko chwyciła natręta zwinnym ruchem chowając go pod poduszkę, kneblując tym samym irytujący dźwięk. Czarek…– pomyślała. Wzięła głęboki oddech, uważnie, chcąc jak najdłużej  przytrzymać, zrozumieć sen o Łasabim. Jednak dokładnie w tej samej chwili usłyszała dźwięk karetki na sygnale gnającej do chorego. I w tej jednej mikrosekundzie marzenie nocne umknęło jak kolorowy motyl. Rozpłynęło się. Zostawiając jedynie lekki, delikatny ślad na sercu…Czarek.

 

 

Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. @aniula proszę :)

  2. Panie Macieju mam prośbę o wyrzucenie poprzedniego wpisu , ponieważ wdarły się literówki :)

    Ja to dzisiaj miałam sen. Śniło mi się, że trenuję na jakimś basenie , który był przystosowany do pływania na kajakach. Nie był głęboki i można było też sobie go przejść. Najśmieszniejsze, że w tym basenie walała się cała masa klapek, kapci skarpet jakby ktoś je zgubił. Mi jeden kapeć też spadł ale ratownik nie pozwolił mi go szukać. Ja mimo wszystko, jak nie patrzył to szukałam, znalazłam i kapeć zabrałam. Inna sprawa, że zauważałam komu jakie klapko- kapcie ginęły. Według różnych senników „nosić kapcie” – to znaczy, że się wreszcie czuje, że to co się robi jest właściwe. Czyżby ten pseudo ratownik pilnował, aby ludzie nie mieli swoich kapci, bo łatwiej ich zapędzić do taśmowej roboty? Aby nie mieli poczucia zadowolenia. Widzę talenty ludzi – ich kapcie. Czasem jednak ciężko te talenty z nich wydobyć. Ja swój kapeć znalazłam i trzymam się swojej drogi :) Wszystkim kapci do pary życzę :)

  3. No to się dzieje na Kremowej.
    Gratulacje dla Dominiki!

Komentarze są wyłączone.