10

 

Umberto Eco, Imię Róży

 

Czytasz, czy nie czytasz, pewnie, że to o niczym nie świadczy podobnie jak chodzenie do teatru, marka samochodu, którym jeździsz albo nie jeździsz, kolor farby na włosach, lub stosunek do sushi. Pewnie też w populacji myśliwych, którzy strzelają dla przyjemności do zwierząt jest proporcjonalnie tyle samo ludzi sympatycznych, opiekuńczych i życiowo mądrych, co w populacji zwolenników hip-hopu, korszniszonów i opery włoskiej.

W populacji zaś vegetarian znajdzie się pewnie tyle samo osób agresywnych, co wśród nastolatków czytających Harrego Pottera.  Czytanie książek ani samo w sobie niczego nie ułatwia, ani też nie musi automatycznie zmieniać jakości życia, pracy lub relacji na lepsze. Czytanie to jedna z wielu możliwych dróg. Można samemu dochodzić do tego jak zamontować zawias w szafce, można przeczytać w instrukcji, można też skorzystać z wersji obrazkowej. Na przykład w Ikea jest tylko wersja obrazkowa. Czytanie potrafi też być po prostu przyjemnością. Dla rozwoju naszych mózgów różnica jednak  jest spora pomiędzy efektami stymulacji osób czytających i nieczytających. To taka mniej więcej, różnica jak pomiędzy medytacją i piciem wódki w celu wyciszenia emocji. Może dożyjemy czasów kiedy medytacja będzie tak popularna jak picie, a czytanie tak popularne jak ogladanie tv?

 

.

Bardzo ciekawe pytanie, które wraca jak fragment quizu, kalamburów albo wywiadu z przyszłą miss anno domini 1989 brzmi:  Twoja ulubiona książka? [Dziś przyszłych miss nikt o książki nie pyta]

Jakaż strata czytać skrót tak genialnego tekstu

Przeglądając wywiady z tak zwanymi celebrytami w kolorowej prasie, nie spotykam wyznań dotyczących ulubionych książek, ba nawet filmów. Rzadko kiedy ktoś w czasie wywiadu, talk show albo party, imienin, grillowej biesiady, spotkania przy kawie, lub w pracy dzieli się swoim aktualnymi lekturami, odkrytym tytułem albo autorem. A może po prostu brak mi tego po śmierci Michała, gdyż to był jeden z naszych ważniejszych, nocnych tematów.

 

Ciekawe jakie książki dziś w lipcu 2011 weszłyby do zestawu, który zabrałbym na bezludną wyspę? Kiedyś to byłyby przepastne Cortazary i Mrożki, skromniejsze objętościowo woluminy Gombrowiczów, Galderodych i Pirandellów, a może nawet Szekspiry i Grochowiaki, Czechowy i Dostojewskie,  Różewicze i Hłaski. Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel Tomek S., wielki podówczas i największy przyjaciel, studencki, a wydawało mi się wtedy, że wiekuisty, który niestety zaginął był w mrokach przepastnego biznesu, a może ot, życia po prostu, kredytów pewnie i poważnej czterdziestki  na karku, czytał trzy razy szybciej ode mnie, pięć razy więcej i choćby z tego powodu stokroć był ode mnie mądrzejszy. Jemu nie obce były Ciorany i Cambpelle, Sartry  i Poppery, Kuhny i Wittgensteiny, Durkheimy, Deridy i Mertony, nie mówiąc o Marquezie, Llosie, Millerze, Joysie, a nawet Hamsunie, Galsworthym, O`Neillu,  Bellowie, Singerze, a czytany był także Saramago, Sołżynicyn i Grass. Wszelkie najbardziej oryginalne, nowatorskie dzieła, do których ja ledwo się wspinałem, zaledwie dosięgałem spod ciasnego beretu ich wysublimowany horyzont. Tomek łykał je, pożerał, trawił i wypluwał notatki, przemyślenia, uwagi oryginalniejsze od tez samych autorów,  z którymi polemizował w swoich zeszytach.  Oczywiście byłem pewien, że Tomek ma rację w przeciwieństwie do wątpliwych idei Durkheima albo przesłań Singera. Ciekawe co teraz czytasz Tomku dojrzały, pewnie o posiwiałych już nieco skroniach, w mocniejszych okularach,  wyposażony w słowa i doświadczenia tysiąckroć bogatsze niż wtedy?

 

 

de Mello

Ja na wyspę zabrałbym, powiedzmy 10 książek z tak zwanej literatury pięknej: 1) Imię Róży Umberto Eco, gdyż nikt, tak jak on nie potrafił tak ciekawie, bogato i rzetelnie przedstawić historii odległej i hermetycznej zarezerwowanej przez dziesięciolecia tylko dla historyków. 2) Wróbla Mary Dorii RusselI, 3) Ziemiomorze Ursuli K. Le Guin, obie z powodu cudownej, antropologicznej kreacji światów nieznanych/znanych 4) coś Kapuścińskiego – może Heban a może Cesarza, z powodu języka i uważności na ludzi, świat, zjawiska 5) Klub Dumas Arturo Perez Reverte, z powodu zabawy literaturą w literaturze i samej przyjemności czytania  6) Pachnidło Sϋskinda, gdyż mnie przeraża i zastanawia wciąż 7) Zbiór opowiadań Mrożka, gdyż tylko on tak potrafi spojrzeć na naturę człowieka poplątaną, przekomicznie 8) Wiersze zebrane Szymborskiej, bo pięknie zlepione słowa i jakoś duch mój oddycha 9) Mantra czaszki Pattisona, gdyż jako jeden z nielicznych człowieków zachodu poczuł Tybet i Chiny, dobrze się to czyta  10) Siddartha Hessego, gdyż traktuje o podróży.

 

Ale gdybym mógł wziąć tylko jedną książkę to wziąłbym de Mello Wezwanie do miłości, a może Traktat o łuskaniu fasoli Myśliwskiego, a może tylko papier i ołówek, sam już nie wiem? Zdaję sobie sprawę, że jeśli ten quiz a la dawna miss wykonam jutro, lub za trzy lata odpowiedź będzie zupełnie inna i żaden tytuł może się nie powtórzyć.

 

Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

26 komentarzy

  1. Tak sie sklada,ze ostatnio tez myslalam o tym jak mi sie zmienil gust jesli chodzi o upodobania czytelnicze.Kiedy bylam mloda obowiazkowo mniej wiecej raz do roku czytalam Trylogie Sienkiewicza ,zaczytywalam sie w poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.Teraz wracam czesto do Mistrza i Malgorzaty (dla mnie arcydzielo wszechczasow) a jesli poezje to ks.Twardowskiego.Tak sobie mysle,ze sprobuje sie z Dostojewskim,moze wreszcie dojrzalam,ale zadna ludzka sila nie zmusi mnie do Ulissesa,co to to nie.Nie znsze lieratury,ktora okresla sie jako „kobieca”,przewaznie jest to chlam ocierajacy sie o pornografie.Co nie znaczy,ze nia ma swietnej literatury pisanej przez kobiety,odkrylam niedawno izraelska pisarke Zeruye Szalev,jestem zachwycona,dano nie spotkalam sie z tak sybtelna analiza kobiecej psychiki.A na bezludna wyspe?Tylko Agatha Christie,kocham ja.Pozdrawiam.

  2. tak, tak Aniu, dobrze kojarzysz.Misy tybetańskie są doskonałym przykładem dźwięku, który leczy. Jedź, wypoczywaj i wracaj pełna nowej energii, którą się podzielisz z nami :)
    pozdrawiam!

  3. Na bezludną wyspę zabrałabym siebie. We mnie są wszystkie przeczytane książki, każda rozmowa, każdy obraz, każde słowo. We mnie wszystkie historie opowiedziane i te czekające na swoją kolej. Do szczęścia potrzebuję siebie, a każdy kto staje na mojej drodze może stać się pięknym klejnotem w tym szczęściu.
    Dziękuję za każdą książkę spisaną, bo mogłam ją przeczytać.
    Dziękuję za wrażliwość autorów, za ich światy, bo moje mogą się rozwijać.
    Dziękuję za mądrość zawartą w wielu słowach, by moja mogła się odkrywać.

    „Oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba”…

    Żyję i to cud! Dwa dni temu mogło mnie nie być. JESTEM ;-) Dziękuję ;)
    Pozdrawiam Wasze cudowne życia!

  4. dzieki Ewelino!!!
    za uzupelnienie,
    teraz mi sie przypomnialo ,ze slyszalam juz o metodach takich wykorzystujach dzwiek /np masaz misami-dobrze kojarze????/poniewaz z moich zmyslow,sluch jest chyba najmniej wrazliwy,najmniej do mnie dociera ta droga,nie mowiac o spiewaniu-tu jestem mocno zablokowana!!!!do tej pory nie uswiadamialam sobie,jak wielka energia moze byc w dzwieku,a przeciez nawet na fizyce nas uczono;))))mozna by zrobic taki eksperyment-zawiazac oczy na jeden dzien /dla mnie wiodwcy kanal/ i zdac sie na sluch….prawdopodobnie swiat dzwiekow okazalby sie sie o wiele bogatszy niz to ,co dociera do mnie na co dzien!!!!

    a tymczasem bilet zakupiony;))))zawsze przed wyjazdem,gdy tylko kilka godzin dzieli mnie przed trnsferem w jakies upragnione miejsce,jeszcze ciagle jestem TU i nie chce mi sie wierzyc ,ze bede TAM,przypomina mi sie obietnica Chrystusa dana łotrowi na krzyżu:”dzis jeszce bedziesz ze mna w raju”;))))))))))))))))))))))))))))))dziekuje serdecznie ,do uslyszenia po powrocie

  5. tu na przykład. Znalazłam link z nagraniem z festiwalu KY. Jest tekst mantry i można sobie spróbować naśladując ruch. To mantra energetyzująca i działa świetnie (przynajmniej na mnie :))
    http://www.youtube.com/watch?v=hLASTlYyxY8&feature=email

    Jeśli ktoś chciałby spróbować to ważne jest by dłoń była w jednej lini z ręką, to znaczy żeby nie zginać ręki w nadgarstku (jak ktoś z uczestników na tym nagraniu właśnie robi :)

  6. Aniu, Zośka ,pozwólcie że i ja dorzucę 5 groszy – dlaczego ” w słowach istnieje zaklęta energia”. Tak naprawdę, to nie jest zaklęta energia. Jogi mówią,że cały świat jest dźwiękiem (zresztą w Biblii też jest, że na początku było słowo). i to fizyka potwierdza, że każda rzecz, każde ciało wibruje w przestrzeni wydając dźwięk. Dźwięk struny słyszymy a dźwięku twardej skały już nie. Ale nie dlatego nie słyszymy, że ona nie wydaje żadnego dźwięku lecz ten dźwięk jest poza naszą percepcją. Tak samo ciało ludzkie reaguje na dźwięki otoczenia. Kiedy ludzie śpiewają razem na przykład przy ognisku to czuje się właśnie jakąś nową łączącą ludzi energię – wspólną. Bo człowiek dostraja się niejako do dźwięków otoczenia w jakim przebywa.
    Mantry mają moc leczenia. Nie tyle ważne w mantrach jest CO one znaczą lecz co one ROBIĄ. Jest na przykład znany (z mantr) dżwięk: ONG . Kiedy wibrujemy ten dźwięk ONG (potocznie mówiąc śpiewamy) to dźwiękiem poruszamy te gruczoły, obszary w czaszce do których mamy dostęp jedynie farmakologiczny. Inaczej nie pobudzimy ich do działania. Dźwięk mantr leczy poprzez wyrównanie ciała do optymalnego poziomu równowagi. Są mantry relaksujące i energetyzujące ale ostatecznie chodzi o równowagę. To pobieżne wytłumaczenie jak działa mantra i jak działa dźwięk. Osobiście polecam po prostu pójście na zajęcia jogi kundalini żeby tego doświadczyć. Bo inaczej to tylko teoria a żeby wykorzystać siłę mantr, trzeba mieć jeszcze kilka istotnych informacji „technicznych” – jak oddychać przy tym, jak się usadowić itd itd
    pozdrawiam !

  7. Jak to możliwe, że w słowach istnieje zaklęta energia?
    Aniu, nauki buddyjskie mówią, że człowiek składa się z ciała–umysłu i energii. A energia to głos, mowa. Człowiek dysponuje rozumną mową. Przez mowę wyraża się jego energia (złe słowo może realnie szkodzić—to przekonanie nawet chyba w jakimś psalmie biblijnym zapisano). Mantry są–mówiąc w niewielkiej przenośni–energią buddów, czyli oświeconych ludzi, jako że te istoty są oświecone, ich „mowa” może o wiele, wiele więcej niż mowa istot nieoświeconych. Stąd się mantruje, jednoczy z nimi poprzez ich „język”. Tak to rozumiem. Działanie wymaga i mowy, i ciała. Dlatego moze zakonnica mówiła, że potrzebne jest i to, i to. Sama „mowa” (energia) bowiem też działa –np. w formie mantry, czy też modlitwy.

  8. a jesli mantra,slowa,moze dobre ksiazki to tak samo zamknieta w slowa dobra energia;))))))czytasz-przeniknie ,wzruszy,natchnie,dan wiedze i energie do dzialania;)))))w tym sensie ksiazki to cud,wracajac do poczatku.

  9. a swoja droga,obejrzalam Zielona Tare;))) jest piekna!!!!!!!!!!! i jakos naturalnie pasuje ,tam ,gdzie jade,z przywolaniem tego obrazu na [ewno nie bede miec klopotu;))))))))))))))jeszce jutro kontrola i wieczorem wsiasc do pociagu……;)))))))))))))))))

  10. jak to jest ,ze w slowach,wydawac by sie moglo,takich samych jak inne,istnieje zakleta energia???;)))))dlaczego moze ,poptrzez powtarzanie,przenikac,laczyc,i sparwiac dobre skutki???kiedys mi tlumaczyla zakonnica carmelitanka,z zamknietego klasztoru,ze wlasnie po to jest modlitwa…ja sceptyk ,czlowiek czynu,zadziornie prowokowalam-czy nie lepiej robic dobre uczynki???odpowiedziala mi ,ze swiat potzrebuje jednego i drugiego,ona sie modli,a ja jestem od dzialania;))))mam nadzieje,ze pamieta o mnie w swoim rozancu.ja mysle o niej,przechodzac obok klasztoru.mieszkamy bardzo blisko,na koncu tej samej ulicy-ale w dwoch roznych swiatach.a moze tylko mi sie tak wydaje;)))))))))))))))

  11. Podpisuję się obiema ręcami pod tym co piszesz Irena. Zabierając 10 książek na bezludną wyspę możemy przegapić urok tej wyspy. Tak jak dzieci – jadąc na wakacje – nie biorą nic bo wiadomo – wakacje ! inne miejsce, inni ludzie, inne jedzenie.Wszystko ma być inne bo po to są chyba wakacje..

  12. Aniu,
    bardzo dziękuję za ciepłe myśli.
    Początki są zawsze trudne (mantrę można powtarzać po cichu), potem, po jakimś czasie dochodzisz do perfekcji i samo ci się mantruje. Pamiętam swoje początki z tą mantrą. A było to tak.
    Ponad 10 lat temu wybrałam się w odwiedziny do przyjaciela w Montrealu. Kiedy już się rozlokowałam, namierzyłam na necie wszystkie aktualne „imprezy buddyjskie”, jakie odbywały się tego dnia w mieście i –ku mojemu zadowoleniu–było ich sporo (kilkanaście). Przeróżne szkoły buddyjskie oferowały a to pudże, a to medytacje, a to spotkania, etc, etc. Moją uwagę przykuła oferta praktyki w szkole karma kagju, była to praktyka Zielonej Tary w intencji zdrowia Dalajlamy (miał w tym czasie problemy zdrowotne). Pojechaliśmy tam z kumplem. Ośrodek był uroczy. Stara willa w ogrodzie na wpół dzikim, drzwi otwarte niemal na oścież, wchodził, kto chciał, nie było żadnych bramek, domofonów. W wielkiej sali, wypełnionej ludzmi siedzącymi na poduszkach i ludzmi na ścianach (wiele wyobrażeń buddów sportretowanych na tankach–buddowie to też ludzie, tylko oświeceni) dał się słyszeć ni to szum, ni to buczenie, trudno było rozróżnić słowa. Powtarzano mantrę—om tare tu tare ture swaha, om tare tu tare ture swaha, om tare tu tare… tak szybko, że słowa ginęły w strumieniu wyraznie odczuwalnej energii, kursującej między ludżmi siedzącymi na poduszkach , i między ludzmi wiszącymi na ścianach. Przyłączyliśmy się. Mój kumpel po paru minutach usnął (była to jego pierwsza impreza u buddów) ukołysany mantrą. Ja nigdy wcześniej nie wzywałam mantrą Zielonej Tary, więc przez jakieś 10 minut łamałam sobie język, ale potem i moja energia połączyła się z energią zgromadzonych ludzi i przez jakiś czas mantra obiegała najbliższe okolice, słowa zmieniły się w energię. Już wtedy trochę praktykowałam i byłam obyta z cudami energetycznymi mantr, ale nie ma to znaczenia, jak mówisz mantrę, czy szeptem, czy powoli, czy zawrotnie szybko, ona zawsze niesie w sobie oświecone, pomagające ci energie.
    Mój przyjaciel był człowiekiem cierpiącym na bezsenność, więc kiedy go po ceremonii Tary obudziłam z drzemki, był bardzo zdziwiony, ze zasnął w takich okolicznosciach. „Chyba powinienem przed snem to odmawiać—zażartował—albo przychodzić tu częściej”. Zaraz potem spotkaliśmy na tej sali jego kolegę z pracy ( mój znajomy był bardzo zdziwiony, ze w tak wielkim mieście, w tak niezwykłych dla niego okolicznościach, spotykamy jego kolegę, kórego widuje na codzień i pojęcia nie ma, że ten takie dziwne rzeczy w w olnych chwilach praktykuje). Pojechaliśmy wspólnie na kawę.
    Mój znajomy, człowiek nauki, jest jednak zbyt sceptyczny, by uwierzyć w „takie rzeczy”, dlatego Green Tara nie ma u niego szans, a on u Niej, ale jeśli masz nieco mniej sceptycyzmu, spróbuj. Spóbować zawsze warto. Pozdrawiam!

  13. Na bezludną wyspę nie brałabym żadnej książki. Wolałabym chodzić, doświadczać, zwiedzać,widzieć. Jest bezludna, ale to nie znaczy że tam nikt nie mieszka. Wzięłabym ze sobą wiele kartek A4 oraz kilka ołówków no i temperówkę.
    Wiele pięknych rzeczy może przejść koło nosa jeżeli ten nos właśnie jest zajęty czytaniem drukowanego tekstu.
    Bezludna wyspa jest super na podsumowania, przemyślenia, relax, medytację, ale ważni są ludzie, z którymi można podzielić się swoimi przemyśleniami.:)

  14. A może jednak jeszcze zapakuję „podręcznik medytacji”…

  15. I tak jeszcze napiszę, że w książkach szukam wciąż nowych odpowiedzi, które mogę przełożyć na swoje „realne” życie, a realne życie na bezludnej wyspie…no chyba, że z Wilsonem :-)
    Choć tak naprawdę to przecież zawsze jesteśmy sami… :-)
    Ach :-)

  16. To pytanie wracało do mnie dzisiaj kilka razy: Jakie książki zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę? I zupełnie mi to nie pasowało, bo jak to tak przeczytać książkę i później z nikim o niej nie podyskutować? Nie wymienić poglądów, nie dowiedzieć się, co zauważyła druga osoba? Także stwierdziłam, że na bezludną wyspę zabrałabym ze sobą jakiś gruby podręcznik survivalu, najlepiej zawierający instrukcję budowania tratw, żeby z tej wyspy jednak się wydostać. Może też jakiś podręcznik na temat fauny i flory i to pewnie byłoby dla mnie najbardziej użyteczne. Z drugiej strony samo czytanie, jest dla mnie formą „rozmowy”, ale tak wciąż rozmawiać o tym samym…wiadomo, że przeczytawszy po raz kolejny można odkryć coś nowego, nie chciałabym jednak na tej wyspie utknąć z tymi samymi książkami…

  17. Dzieki!!! jak nie połamię język to spróbuję;))))

    wrazliwosc na obrazki mam duza,wiec wizulizacja jest dla mnie latwa,gorzej z powtorzeniem mantry;))))))))))))))))))))))))

    ale przejezdzajac przez Krakow,bede myslala o tobie z wdziecznoscia;)))))))))))))))))

  18. A jak nie bierzesz książek, to może przyda Ci się zastrzyk energii zdrowia. Jeśli chcesz i czujesz to w ogóle. Kliknij sobie w necie na jakiś obrazek z Zieloną Tarą (Green Tara na grafice, wszystko jedno jakie to bedzie wyobrazenie). A potem w górach możesz spróbować poczuć obecność tego żeńskiego Buddy (nie musisz wyrażnie wizualizować, wystarczy poczuć obecnosć) i powtarzać, ile mozesz po cichu Jej mantrę–Om tare tu tare ture swaha (swaha wymawiaj jak „słaha”). Z intencją powrotu do zdrowia.

  19. Aniu,
    bardzo się cieszę, że idzie Ci ze zdrowieniem. Takie osoby jak Ty, zazwyczaj mają zdolności wańki–wstańki, to znaczy szybko wychodzą z róznych opresji.

  20. zoska!dzieki za zyczenia,goje sie planowo ,co oznacza,ze choc na chwile uda mi sie wyrwac w gory . juz sie ciesze na te cisze i spokoj;))))i falista linie horyzontu i wszystko to co z gory widac lepiej.Mocno zmacony umysl niech opadnie,niech odpocznie -za chwile znow go bede potzrebowac ;))))))))))))))))))
    wiesz,przemyslalam,tym razem nie biore zadnych ksiazek…;)))))))))))))))))))))))))

  21. a ja mam ksiazki ,do ktorych wracam,ktore czytam na nowo po jakims dluzszym czasie i jeszce zostawiam na „za 10 lat”,bo moze jeszce inaczej dotzre do mnie to co w nich napisane,bo ja bede inna ,dojrzalasza …tych nie wyrzucam.inne,nniej istotne,w ktorych nie znalazlam ,czego szukalam: rozdaje,,pozyczam na wieczcne nieoddanie”…nie wyrzucam-bo nawet jesli dla mnie nie maja wartosci-moze ktos inny przeczyta.

    a propos tych czytajacych,albo i nie…..czasem na oddzial,gdzie pracuje, trafia pacjent,taki co to widac ,za kolnierz nie wylewa,zawod ma bezrobotny,i na wielce inteligentnego nie wyglada….jesli oczywiscie nie jest ciezko chory ,ale pobyt z jakiegos powodu sie przedluza…sila rzeczy ,dazac zazwyczaj na dymka,na korytarzu natknie sie
    na kilka polek z ksiazkami.i o dziwo,na dyzurze,widze ,ze kilka z nich laduje przy lozku….a ostatnia ,rozlozona jest grzbietem do gory,znaczy sie-czytana autentycznie….
    a na bywalca empiku taki gosc nie wyglada…………………;))))))))))))))))))0
    fajnie bylobyby zasilic oddzialowa biblioteczke wspolczesna,madra, wspierajaca literatura,tak zeby pacjent „przypadkiem”trafil na cos,co go moze wspomoc w zdrowieniu;)))))albo chocby zatrzymac na chwile,zastanowic,poruszyc…

  22. Bezludna wyspa? Zadnych ksiązek beletrystycznych, bo przypominały by mi o ludziach i chciałabym zaraz wracać. Po drugie jestem zmienna i nie mam takiego kanonu. Wzięłabym wszyskie książki (nie jest ich za wiele) Namkhaia Norbu Rinpoche, mistrza dzogczen, bo te książki otwierają przestrzeń, są naukami o naturze umysłu i instruują, jak ją doświadczyć. Doświadczyłam już mocy nauk tego Mistrza.
    A beletrystyka —zawsze czytam bo już mam taki nałóg, ale bezludna wyspa byłaby szansą na rzucenie tego nałogu.

  23. trafnie ująłeś Grerr coś na co nie zwróciłam uwagi, że w książkach też są ludzie. Być może nie zauważyłam tego (niby oczywista oczywistość!) bo nie miałam w ręku trygonometrii (choć na półce i owszem) ani żadnej książki z instrukcjami. Jeśli miałam ( musiałam – w końcu na dyplomie mam jak wół: ekonomia) to chyba nie traktowałam dotąd takich książek jak książek lecz jak…podręcznik, instrukcję. coś co z książką ma tyle wspólnego że obie mają okładki, druk, papier. Nawet dzisiaj rano napisałam tutaj – że moi nauczyciele nie czytali książek. Bo czytali tylko podręczniki. A teraz eureka! coś co dla mnie jest podręcznikiem dla innego będzie książką. i na odwrót. Czytałam „Potęgę mitu” Campbella jako podręcznika a klasyczny podręcznik jakim jest w moim mniemaniu książka kucharska czytam czasem jak książkę – bo nic z niej nie ugotuję ale jak miło poczytać opisy przyrządzania dań.
    pozdrawiam :))

  24. Witajcie Kochani,

    Maćku tekst o książkach zaispirował mnie do podzielenia się moim nowym odkryciem książkowym – Terzani Tiziano „Powiedział mi wróżbita”. Zniknęłam na cały weekend zatopiona w innej rzeczywistości. Dla mnie to niezwykle poruszająca opowieść, która dotyka duszy i prowokuje umysł do komantarzy i przemyśleń. Stawia pytania o sens życia, o wpływ myśli i komentarzy innych ludzi na nasze życie, o to co nas karmi, co na nas wpływa, o kulturę, wiarę, mentalność i różnorodność. Kapitalnie opisuje Azję – dla mnie kraj do tej pory nieznany – z jedej strony piękny, pełen szacunku dla zjawisk, które mogą być niemal niezauważalne dla ludzi zachodu – z innej przerażający (w mojej percepcji). Byłam niesamowicie poruszona opisem zdarzeń z Kambodży i tego jak faktycznie wyglądały tam pierwsze „demokratyczne” wybory. Ktoś pokazał mi świat, którego nie mam szans zobaczyć w telewizji. Czytając o Angkor Watt musiałam włączyć komputer i zobaczyć jak to wszystko wygląda. Przy okazji odkryłam, że moje ukochane zdjęcie łagodnej twarzy buddy (które dostałam w prezencie podczas pobytu w Nowej Zelandii) – która jest twarzą kobiety lub postaci, której płci nie można określić pochodzi stamtąd. I jeszcze refleksja o „odpowiedzialności tzw. „wróżbitów” za słowa, które wypowiadają i o postawy ludzi, którzy ich odwiedzają. Ta książka to była dla mnie prawdziwa uczta.
    Był taki czas czytałam niemal wyłącznie książki „rozwojowe” teraz czuję, że wracam do tych, które na mnie czekają. Dziękuje za te słowa o książkach.

    Dużo słonecznej i magicznej energii dla wszystkich czytających tego bloga!

    Joa

    Jest dla pochwałą przenikliowści naszego umysłu i szeptu intuicji. Autor – dziennikarz dowiedział się, że w 1993 roku może zginąć w wypadku lotnicznym. Choć jest sceptykiem skłoniło go to do podjęcia decyzji, że w 1993 roku nie będzie latał – więc poruszał się drogą lądową i statkiem.
    Pieszo, łodzią, autobusem, samochodem i pociągiem odwiedził Birmę, Tajlandię, Laos, Kambodżę, Wietnam, Chiny, Mongolię, Indonezję, Singapur i Malezję. Wszędzie szukał kontaktów z wróżbitami, jasnowidzami i szamanami, co sprawiło, że z coraz większym zrozumieniem i szacunkiem odnosił się do dawnych zwyczajów i przekonań, dziś zagrożonych przez agresywne formy zachodniej nowoczesności.

  25. dla mnie w ksiazkach tez sa ludzie, to bylo wielkie odkrycie, na studiach czytalem Podstawy mechaniki maszyn kruszacych albo Trygonometrie a potem jezyki programowania i tam nic nie bylo o ludzaich, a kiedys ktos mi pozyczyl {chyba do pociagu} Paragraf 22 bylem zaskoczony, ze mozna tak zabawnie pisac i zaraz siegnalem po inne ksiazki wlasnie zpowodu obecnosci w nich ludzi

  26. ja też bym wzięła spory bagaż książek na wyspę… Jednak myśląc o wyspie pomyślałam o bezludnej wyspie oczywiście (!). i o tym jak często książki są nam najbliższe w momentach samotności – tej narzuconej i wybieranej. W dzieciństwie nie wychodziłam ze świata książek. Dorośli byli zachwyceni moją postawą nie wiedząc, że w książkach szukałam tego czego nie miałam w życiu. Teraz nadal uwielbiam czytać i zachwycać się słowami, frazami. Często czytam coś co niekoniecznie mnie interesuje ale to JAK jest napisane mnie porywa.
    Ale to nadal na bezludnej wyspie… Bo gdyby na tej bezludnej wyspie pojawił się ślad ludzkiej stopy ( nie mojej :))) to bez wahania odłożyłabym książki by szukać właściela śladu..

Komentarze są wyłączone.