11.11.11

Właśnie minął szczególny dzień – i pełnia księżyca, i data 11.11.11, i święto Niepodległości. W Warszawie i okolicy był piękny, słoneczny, rześki dzień. W ciągu dnia defilady, jak dla mnie, trochę nazbyt militarne, a potem w mieście rozróba. Wreszcie wieczorem dostaję maila od zaprzyjaźnionej osoby i na końcu zdanie: Do czego wracasz nie śpiąc?

Czasem wracam również do snu jakbym był ciekaw dalszej części filmu. Gdy wracam do stanu czuwania niekiedy pozostaję w transie, w echu snu, a czasem budzę się do uważności. Pamiętam lata 80 XX wieku w Warszawie. Tłum studentów rozpędzany armatkami wodnymi i gazem. 1982 rok Wyzwolenie Wyspiańskiego w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Polskim. Na widowni zapach gazu, łzawiący aktorzy i widzowie. Chwile uniesienia, iskra zakazanego patriotyzmu. Na koniec brawa na stojąco. 20 minut klaskania, aż do bólu dłoni. Na zewnątrz, na Krakowskim Przedmieściu ZOMO, Uniwersytet zablokowany, krążące milicyjne suki, aresztowania. Dlaczego o tym piszę? Jakże tęskniliśmy wtedy za wolnością, która wydawała się wtedy niemożliwa, zabrana raz na zawsze. Kto mógł wyjechać na tak zwanych Zachód, ten przez chwilę doświadczał bogactwa, radości, wolności i wracał do szarzyzny i beznadziei. Pamięć jest ulotna, a mózgi nasze czasem pozbawione zdolności wnioskowania. Dla wielu osób urodzonych w latach 80 historia pokojowo odzyskanej wolności, zmiana systemu gospodarczego, to jak opowieść o Pokahontas, równie realna i odległa, równie magiczna jak i nieobecna. Coachingowe zasady, gdzieś zakorzenione w taoizimie, buddyzmie, tradycji stoików i sufich, w reszcie potwierdzane w klinicznych badaniach Antonio Damasio, czy Maxi C. Maultsby`ego mówią, że nie doceniamy teraźniejszości i w tym cały kłopot. Czasami jesteśmy zdeterminowani wczorajszymi obawami, czasem lękiem, że niepowodzenia powtórzą się także jutro, nastawieni na wynik, obarczeni myślami, w pośpiechu, zagubieni.

W autobiograficznej książce Dana Millmana, mistrza świata w gimnastyce, trenera i profesora koledżu pt. Droga miłującego pokój wojownika, znajdujemy opis jego osobistego rozwoju. Młody Millman był świetnie zapowiadającym się sportowcem, nastawionym na rywalizację, wynik, medale, zabawę, amerykański model kariery, lecz im mocniej trenował, tym silniejszy towarzyszył mu lęk, że wszystko utraci, że nie sprosta oczekiwaniom. Śnił straszne, katastroficzne sny o kontuzji, w wyniku której jego noga rozpada się na części. Jedyny stan, którego doznawał odnosząc sukcesy to była chwilowa ulga, a potem znów pojawiała się gotowość do kolejnego wyzwania. Napięcie i niepokój.  Pewnej bezsennej nocy, przypadkiem poznał mistrza, nazwał go Sokratesem. Ku swemu zaskoczeniu i oburzeniu dowiedział się, że przywiązywał wielką wagę do myśli, planów, celów i wyników, tymczasem są niewiele więcej warte od przypadkowych śmieci. Wyrzuć śmieci – oznaczało przestań myśleć o wczorajszych wydarzeniach, jutrzejszych obawach, lękach, założeniach, przekonaniach – zacznij zauważać jak wiele wokół dzieje się wspaniałych rzeczy, zacznij żyć tu i teraz. Ciesz się tym, co masz tu i teraz, bo tylko to – masz. Po wielu nieudanych  próbach zrozumienia sugestii mistrza Millman pewnego dnia odkrył, że to droga do celu daje przyjemność. Cel i efekt zazwyczaj bywają inne niż się spodziewamy. Zanim nauczył się czerpać radość z bycia tu i teraz, musiał utracić wszystko, do czego przywiązywał tak wielką wagę.

Myślę o dzisiejszym dniu. Może potrzeba mieć w sobie samoświadomość i wiedzę, pamięć losów własnej ojczyzny, by móc doceniać dzisiejszą wolność? Może warto z wdzięcznością budzić się do świata, do ludzi, do przestrzeni wolności by móc z niej czerpać? Może niektórzy z nas, muszą utracić dotychczasowe wartości, jak Dan Millman w wypadku stracił nogę i szansę na Olimpiadę, by zdobyć się na wdzięczność i radość? Sen Millmana był ostrzeżeniem i wyśnił się w rzeczywistości. Mistrz Millmana mówi: Nie ma żadnego „lepiej lub gorzej”, nigdy nie jesteś lepszy lub gorszy. Możesz jedynie w pełni doświadczać tu i teraz, tej chwili, bo tylko to masz.  Trudne słowa? Nie ma przecież: łatwe i trudne.

Do czego wracam nie śpiąc? Czasem udaje mi się wracać do uważności.

11.11.11
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. Do czego wracam nie śpiąc?
    Do podstawy–natury umysłu, czyli obecności w tu i teraz. Czasami wracam tam także śpiąc.

  2. Do czego wracam nie śpiąc?
    Do wyciszenia, a potem do opamiętania.
    Nie jest to łatwe na codzień, bo dokoła jest ruch i dźwięk, ale za to samo przychodzi w każdą niedzielę i święta. Służy do tego wędrówka. Wiejską drogą prosto przed siebie. Koniecznie z samego rana. W te dni zawsze rano podczas mojej wędrówki jest kompletna pustka. Zero ludzi na horyzoncie, zero jakichkolwiek dźwięków. Cudownie. Kompletne wyciszenie. Cicho i spokojnie. Myśli skupiają się na drodze, na liściach na drodze, na zmianach w kolorystyce jesieni. Świat jest tak cudownie zaprojektowany.
    A potem przychodzi opamiętanie.
    Pies chce wracać do domu.

  3. Czasy trudne. W całej Europie. Przechodziliśmy już jako naród najróżniejsze okresy. Teraz mam wrażenie serwuje się nam poprzez media pozór ciszy.
    Pamiętam, że lubiłam się uczyć historii. Zaciekawiała mnie w szkole podstawowej. Dużo faktów, treści, mapek. Najmocniej jednak utkwiła mi ta lekcja, na której Pan w ostatniej ósmej klasie (wtedy nie istniały jeszcze gimnazja) opowiadał o pokawałkowanym człowieku, którego dopłynął do niego w rzece w czasie drugiej wojny światowej. Do każdych warunków człowiek jest się w stanie dostosować. Uczymy się przetrwania. Walczymy ze śmiertelnymi chorobami, które z nami nierzadko wygrywają. Najtrudniej byłoby mi, przy obecnej technologii systemu zbrojeniowego i broni, samozapalnej nienawiści(którą politycy i bogaci tego świata sterują jak chcą) pogodzić się z tym, że ta straszna, zła głupota wygra. Że realny kryzys przemieni się w wojnę o niewyobrażalnym zasięgu. Ciężko zrozumieć ludzi, którzy mając cały złożony świat do dyspozycji, tyle ciekawych obszarów do poznania, przy okazji pomocy, tam gdzie gołym okiem widać, że ta pomoc jest potrzebna wybierają tak, chory sposób na życie jak zabawa czyimś życiem (a im więcej w ręku tych ludzkich zabawek tym lepiej). Nie boję się, to nie to. I tak będzie, co ma być. Czuję się wolnym człowiekiem i nikt mi mojej wolności i spokoju, z jakim staram się wchodzić w każdy nowy dzień nie odbierze. Porażające jest dla mnie to ułatwienie, ta gotowość w człowieku do porwania się z nożem na drugiego, do poniżenia, do odebrania życia. W telewizorku powiedzą jest tak i tak i człowiek przyjmuje to jako swoje. Bezrefleksyjnie. Tak, bym chciała obudzić się w dniu, w którym między jedną a drugą informacją o Dodzie, nie przeczytam np. o wielokrotnym gwałcicielu własnych dzieci. Szkoda, że ci którzy nie żyją niczym innym jak powiększaniem swych imperiów i wpływów, nie mają dobrych zamysłów, ludzkich twarzy, mądrych taktyk. Marzy mi się dożyć czasów, w których pojawiłby się choć jeden polityk z prawdziwego zdarzenia – nie czysty jak łza, święty – zwykły, ale widzący perspektywę przyszłości, który umożliwiłby gospodarce rozwój, zlikwidował podatki (jak w świetnie prosperujących krajach), wyprostował system rent i emerytur.
    Czasami wolę spać niż wiedzieć, co się znowu strasznego wydarzyło, poznawać rzeczywistość, z którą z żadnej strony nie umiem się utożsamić.

  4. Na podstawie tej książki powstał film „Siła spokoju” – dla mnie jeden z bardziej refleksyjnych. Żyjemy w teraźniejszości? Większość z nas tą teraźniejszość przeznacza na myślenie o przyszłości (zazwyczaj z lękiem lub z nadzieją) lub wspominając przeszłość. Uczę się żyć w teraźniejszości. E. Tolle w książce „Potęga teraźniejszości” porównuje ludzi zawieszonych pomiędzy przeszłością, a przyszłością do żebraków siedzących na skrzyni pełnej złota, nie zdających sobie sprawy, z będącego ich własnością, skarbu. To bardzo coachingowe. Uczę się życia w teraźniejszości i… To trudne (jednak jest trudne!). Życie w uważności lub świadome wracanie do niej, czerpanie radości z drogi – może to właśnie klucz do szczęścia?…

Komentarze są wyłączone.