11. Pełnia

– Nic już z tego nie rozumiem – powiedział Gonzo – raz kochasz, raz nie kochasz, marzysz, wzdychasz. Raz kochasz się w Bodzi to znowu w swojej lekarce. Co się z tobą dzieje Łasabi?

– Przecież nie tak dawno stwierdziłeś, że mi się w dupie poprzewracało – żachnął się Łasabi.

– Czy my musimy w ten sposób rozmawiać? Przecież jesteśmy przyjaciółmi.– Gonzo przyjął pojednawczy ton. – Martwię się o ciebie.

– Pierwszy raz tak mnie nazwałeś – Łasabi uśmiechnął się nieznacznie.

– Jak? – spytał Gonzo

-Nazwałeś mnie przyjacielem – Łasabi westchnął i po chwili dodał: – Może to kwestia księżyca? – ponownie, głęboko westchnął i zadumał się. – Księżyc teraz dobiera, dopełnia się, dąży do całości. Niedługo będzie lśniącą kulą na niebie. Babcia zawsze twierdziła, że wtedy ludziom śnią się dziwne sny, czasem są prorocze a czasem ostrzegawcze. Lunatycy wychodzą do ogrodów, zakochani tęsknią do siebie bardziej niż zwykle, zdarzają się niepokojące zjawiska, szaleńcy szaleją…

– A koty się kocą – burknął Gonzo.

– Znowu zaczynasz?

– Opowiadałeś mi już o swojej babci i sam wtedy twierdziłeś, że to czarownica, stara wariatka, która mieszała w małżeństwie twoich rodziców a twojej mamie robiła kisiel z mózgu.

– Mówi się: wodę –  stwierdził Łasabi.

– Co: wodę? – odburknął Gonzo.

Wodę z mózgu, się mówi – odpowiedział Łasabi i po chwili dodał: – Owszem robiła wodę z mózgu ale czasem miała rację.

– Na przykład kiedy? – spytał Gonzo z miną niedowiarka przyjmując wyczekującą pozę.

– Na przykład z zaginięciem wujka Feliksa.

Zapukał do starych, odrapanych drzwi. Dzwonek zwisał na pojedynczym kabelku jak strączek fasoli, bezczynny, pomazany starą, zasuszoną farbą, niemy. Rozejrzał się. Ogród porastały dzikie chaszcze i tylko niewielka grządka pod oknem była uprawiana. Zapukał raz jeszcze. Przez lufcik okienny wyskoczył młody kot, już nie kociak ale jeszcze sporo mu brakowało do dorosłości. Widocznie tylko on w całym budynku usłyszał pukanie do drzwi. Usiadł na parapecie, podwinął ogon i z ciekawością zaczął się przypatrywać przybyszowi. Po chwili zatańczył koci taniec, który zawsze kończy się u kotów tak samo, przyjęciem dokładanie takiej samej pozycji jak poprzednia. Ponowił pukanie i dopiero wtedy rygiel zamka zgrzytnął i w drzwiach stanęła stara kobieta z upiętymi w dziwny, rozwichrzony kok, włosami. W ręku trzymała okulary i pędzel, na sobie zaś miała obszerny fartuch umazany farbą a w niektórych miejscach wręcz sztywny od zaschniętej, wielokolorowej skorupy. Widocznie wiele warstw farby przyklejało się do niego nie wiedzieć od jak dawna. Z pewnością też nie był nigdy prany.

– Ze świadkami Jehowy nie rozmawiam, niczego nie kupuję, żadnej petycji nie podpiszę, trawy w ogrodzie nie skoszę, do widzenia – oznajmiła starsza pani i zamierzała zamknąć drzwi.

– Ale…- odezwał się zbity z tropu.

– Żadnego ale, ubezpieczeń też nie potrzebuję, domu nie sprzedam. Felek – zwróciła się do kota – wracaj do domu. Przecież wiesz, że nie możesz wychodzić. Masz zwichnięty ogon, chcesz mieć połowę ogona? No chyba nie, więc zapraszam.

Rudy kot posłusznie zeskoczył z parapetu, podszedł do progu, otarł się o nogi starszej pani i nie zniknął w środku, tylko stanął tuż za nią, w dalszym ciągu przyglądając się bacznie przybyszowi.

– Ale to ja, babciu – wydukał w ostatniej chwili zanim drzwi zatrzasnęły mu się przed nosem.

– Jaki ja? – zdziwiła się.

– No ja, babci wnuczek – odezwał się z nadzieją w głosie.

– Nie mam wnuczka – powiedziała kategorycznie. – Widziałam w telewizji jak tacy wyłudzają pieniądze od naiwnych staruchów udając wnuczków. Nie mam dzieci, nie mam wnuczków, do widzenia.

– Babciu, to ja: Czarek, nie poznaje babcia?

– Czarek? Mój wnuczek nigdy by tak o sobie nie powiedział, oszuście jeden, gdyż nienawidzi swojego imienia. I słusznie, to jego ojciec, skończony kretyn wymyślił żeby jego potomek nosił imię Cezara, pozer jeden. O kurde! – babcia dotknęła ręką z okularami swojego czoła – wygadałam się, że mam wnuczka! Ale dałam się podpuścić. – i ponownie zamierzała zamknąć drzwi, tym razem bardziej energicznie.

– To naprawdę ja. Matka Łucja, ojciec Lucjan i wcale nie jest kretynem! – niemal wykrzyczał Łasabi.

-Lucjan, to jest od Lucyfera – ucieszyła się babcia. – Od razu cię poznałem Łasabi synu Lucyfera – zaśmiała się radośnie jakby opowiedziała najzabawniejszy dowcip świata. – Tak tylko się droczę, wejdź wnusiu.

-Skąd wiesz, że mówią na mnie Łasabi?

-No cóż, przecież jesteś moim wnukiem, znam twoje tajemnice. Twój ojciec…

-Proszę cię babciu – przerwał jej – nie najeżdżaj na mojego ojca, bo sobie pójdę. Już zaczynam żałować, że cię odwiedziłem.

Usiedli na fotelach w starym obszernym, niemal pustym salonie na przeciwko sztalug, na których powstawał niepokojący, abstrakcyjny obraz. Zmierzchało. Babcia przyniosła herbatę. Wcisnęła wnukowi do ręki kubek i przycupnęła na poręczy fotela.

– Czego chcesz? – zagaiła rozmowę.

– Babciu czy mogłabyś…- Łasabi miał zamiar zaapelować o milszy, nieco bardziej rodzinny nastrój rozmowy.

– Tylko mi tu nie babciuj. Zjawiasz się po kilku latach jak gdyby nigdy nic i zamierzasz kontynuować rodzinne relacje, prowadzić miłą pogawędkę? Mów czego chcesz i się wynoś. Nic cię nie obchodziłam przez te lata, więc teraz nie udawaj zatroskanego wnusia. Pies z kulawą nogą się mną nie interesuje w tej  popapranej rodzinie. Dlatego nie łudź się, że teraz babunia zapała nagłym entuzjazmem. Mów czego chcesz i jazda. Od razu uprzedzam: dom i ogród przepisałem na fundację. Ani grosza nie dostaniecie, a gotówki nie mam.

I w taki oto sposób Łasabi został u babci na dłużej. Przerwany w Chorwacji urlop nie udał się, z wiadomych względów. Nadzieja na odwzajemnione uczucie ze strony Bodzi – rozwiała się a wolnego pozostało jeszcze kilka dni. Nieoczekiwanie odkrył, że styl babci: prostolinijna agresywność, walenie prosto z mostu, ciosy między oczy, stawianie granic, wtykanie palców w oczy – styl, który zawsze go raził i denerwował, teraz bardzo mu się spodobał. Kiedy poprosił o nocleg babcia zgodziła się bez wahania, uprzedzając, że nie zamierza po wnusiu sprzątać. Na kolację podała pyszny bób, wiejski ser i swojski chleb. Nie miał odwagi powiedzieć z czym przyjechał a babcia nieoczekiwanie mu odpuściła.  Znalazł się w małym, schludnym pokoiku na poddaszu, który pamiętał z dzieciństwa. Padał ze zmęczenia. Dotknął głową poduszki i gdy już miał zasnąć do pokoju nieoczekiwanie wtargnęła babcia a w ślad za nią rudy kot.  Na głowie miała latarkę jaką noszą górnicy. Na środku pokoju ustawiła metalową miednicę napełnioną wodą a w środku umieściła zapaloną świecę. Na brzegu miednicy zręcznymi ruchami ułożyła monety w taki sposób, że balansowały na krawędzi. Dookoła coś rozsypała. W pokoju rozszedł się zapach lawendy i rozmarynu. Zawinęła się na pięcie i szepnęła wskazując palcem okno:

-Pełnia.

-Ja właśnie z tym… – zaczął Łasabi ale babcia mu przerwała:

-Jutro, jutro mi powiesz – i trzasnęła drzwiami z takim impetem, że w pokoiku rozszedł się chlupot i metaliczny dźwięk spadających do miski monet. Nastała cisza, z której po chwili wyłonił się delikatny chrobot a potem miauczenie kota. Tak samo nagle jak poprzednio do pokoju wtargnęła babcia. Wyłowiła monety. Ponownie ułożyła je na krawędzi miski. Wytarła ręce w zaplamiony fartuch, który wciąż miała na sobie, wzięła kota na ręce i wyszła, tym razem delikatnie zamykając drzwi.

11. Pełnia
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

2 komentarzy

  1. Niezłe opowiadanie ;) Podoba mi się sposób w jaki babcia komunikuje się ze swoim „wnuczkiem” ;) Swoją drogą jest to poważny problem dla policji szczególnie, która powinna szkolić starsze osoby i zwracać uwagę na tzw. „metodę na wnuczka” Pozdrawiam

  2. Babcia mi się podoba :)

Komentarze są wyłączone.