13 grudnia

Trzynastego grudnia miałem dwadzieścia lat. Boże jak ten czas płynie. Trzy dekady. Wczoraj prezydent Wałęsa powiedział, że w głowie nie mieściła mu się wtedy, w 1981 roku wolność i taka Polska, jaką mamy dzisiaj. Polska wolna, paszport w każdej szufladzie, można podróżować bez ograniczeń, sklepy pełne. Można podjąć pracę gdzie się chce i kiedy się chce. Jeśli on, działacz Solidarności, wywieziony do Arłamowa, wtedy, w grudniu nie wierzył w zmiany jakie zaszły dekadę później, to co dopiero ja, przestraszony chłopak, którego wyrzucili z liceum. Jeden z socjologów, mój nauczyciel z tamtych lat, powiedział w telewizji, że stan wojenny złamał Polakom kręgosłup, czego skutki odczuwamy do dziś. Zgadzam się. Od tamtych lat nie potrafimy wyzbyć się nieufności wobec instytucji publicznych; niechęci do społecznego zaangażowania na rzecz wspólnoty; nieetycznego familiaryzmu, czyli popieranie swoich, nawet słabych, byleby by byli swoi; ukrytego rasizmu i ksenofobii.  Nie potrafimy również prowadzić debat, dyskursu, wymieniać poglądów. Jeśli różnimy się w jednej sprawie – zakładamy, że wszystko nas dzieli; jeśli zgadzamy się w jednej sprawie dążymy do całkowitej zgodności poglądów i postaw. Wtedy, w latach 70. i 80. XX wieku życie było jednak w pewien sposób prostsze. Byli oni i my. Komuna i kościół. Solidarność i PZPR. Ale to była jedynie powierzchnia. Tysiące osób należało do różnych PZPRów, milicji, esbe i najrozmaitszych totalitarnych instytucji. Tajnym współpracownikiem tajnych służby mógł być każdy, nawet spowiednik i proboszcz. Według nieujawnionych personalnie danych IPN nawet 20 % księży współpracowało z UB i SB w latach 1946 – 1989. Kiedy wyszło na jaw, że znany astronom profesor Wolszczan, od lat mieszkający w USA, był tajnym współpracownikiem służb, obraził się definitywnie na ojczyznę i przestał dawać wywiady oraz przyjeżdżać nad Wisłę. W czym problem? Otóż wyobraź sobie, że od kiełbasy i karpia na święta; poprzez mieszkania w blokach i samochody; od wczasów w Kołobrzegu po paszport; od przyjęcia na studia po pracę; od rajstop po miejsce w szpitalu – wszystko, z czego składało się ludzkie życie w wymiarze materialnym, kulturalnym, edukacyjnym, medycznym; a także przejawy kariery i podróże; literatura i rozrywka; pochówek i wyprawka dla noworodka – wszystko to zależało od wszechwładnego, wszechkontrolującego reżimu. Kto był z tym reżimem za pan brat, żył lepiej i korzystał z dobrodziejstw dostatniego życia. Oczywiście istniała hierarchia, porządek dziobania kur. Miliony ludzi pracowały na dostanie życie grupki będącej u władzy, a ci którzy w imieniu tej grupki trzymali resztę za pysk otrzymywali więcej lub mniej resztek z pańskiego stołu. Kilkaset kilometrów stąd za morzem lub za murem całe pokolenia wzrastały w wolności i dostatku, a my nie. Dlatego to nie jest bez różnicy, czy ktoś dzięki donoszeniu na kolegów wyjechał na stypendium do USA, czy też odmawiał współpracy i w tamtych czasach miał przechlapane, odciętą karierę, złamany kręgosłup, ten fizyczny i ten duchowy, i w pewien sposób zmarnował sobie życie, karierę, nadzieję. Po stanie wojennym wyjechało z Polski od kilu do kilkunastu milionów świetnie wykształconych ludzi.

Uwielbiam Kapuścińskiego i Szymborską, Konwickiego i Holoubka, teatrem tańca Tomaszewskiego zachwycałem się, a Kołakowski inspiruje mnie niemal każdym tekstem; są moim coachami, lecz również pamiętam jak popierali reżim, jak dzięki niemu w ogóle zaistnieli jako artyści, pisarze, ludzie kultury. I co z tym fantem zrobić?  Szczęśliwie dla nas przejęcie władzy w 1989 nastąpiło w sposób pokojowy. Nie zapłonęły miasta, uniknęliśmy rewolucji, rozlewu krwi, samosądów. Szczęśliwie minęły trzy dekady spokoju, a krew bratnia wymieszała się i córka esbeka porodziła piękne dzieci wnukowi stoczniowca, który zginął w Gdyni; syn komunistycznego generała jest biznesmenem, a jego dzieci w Opus Dei krzewią wiarę. Dawni esbecy przeszli na emeryturę, a Szymborska dostała Nobla. Konwicki i Holoubek bardziej kojarzą się z wolną Polską i Solidarnością niż ze stalinizmem, komunizmem i konformizmem, ale wciąż nie jest wszystko jedno. Gdyż to wszystko jedno czyni nas Polaków oportunistami; roszczeniowo i nieufnie nastawionymi do otoczenia; krótkowzrocznie nastawionymi na konsumpcję; z wciąż zbyt małą świadomością ekologiczną; słowem ciągle nie czujemy się w Polsce jak we własnym domu; tylko w ich folwarku. A kim są u licha oni? Oni to być może wyssana z mlekiem matki, tej która spieszy się do domu przed godziną policyjną, nieufność wobec innych ludzi?

Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

11 komentarzy

  1. xenofobia, rasizm i fanatyzm religijny mamy juz od przedwojnia,. KOMUNA KOMUNĄ ale nie wszystkie grzechy da sie jej własnie przypsac

  2. Mój 13 grudnia i wspomnienia o minionym

    Była niedziela, nie było teleranka a ja miałem 7 lat. Moi dziadkowie byli u krewnych w innym mieście i rodzice bali się, jak i czy wrócą. Wrócili.
    Z okresu dzieciństwa pamiętam kolejki po mleko, chleb i u „rzeżnika”, pamiętam „Monitor rządowy” i co piątkowe wystąpienia Urbana, bo rodzice zawsze oglądali. Z drugiej strony nigdy nie zapomnę obecności w Gdyni 1984 roku. Pamiętam krzesełko wędkarskie, lornetkę, przez którą wyszukiwałem człowieka w bieli PAPIEŻA, okrzyków i flag SOLIDARNOŚĆ i napisu na Teatrze Muzycznym „Jesus Christ Superstar” a po zakończonej mszy gulaszu na Świętojańskiej. Tato – dziękuję Ci, że wziąłeś mnie wtedy ze sobą.
    Pamiętam radość z pomarańczy pod choinką, i smaku banana i z budzika jako prezentu.
    Dziś… mamy wszystko poza jednym, nie mamy SOLIDARNOŚCI, nie mamy. Pogubiliśmy się w pędzie po „mieć”. Zapomnieliśmy o sąsiedzie i bracie. Bo nie mamy czasu, bo jesteśmy zmęczeni.
    Trzydzieści lat… to tak dużo? Cieszmy się tym co nas spotkało, jaka przemiana, skok cywilizacyjny. Telefon z tarczą dla wybranych i Ipad dla wszystkich, mały fiat na przedpłatę i dzisiejsze nieograniczone możliwość kupna samochodu najlepszej marki.
    Wrócę do „mieć”. Mój siedmioletni syn nie może pojąć, że kiedyś nie było Reala, Tesco czy Carrefoura. Nie poczuje tego klimatu, który był i wdzięczności za to co ma. On będzie zawsze pamiętał, że ma.
    Bogu dzięki, za ten czas, który był i jest. Wiem, wielu z Was uzna moje słowa za obrażliwe, bo jak zgodzić się z tym, że dziękuję Bogu za czasy komuny, braku wolności, poniżenia człowieka. Uważam, że dzięki temu jesteśmy silniejsi w dzisiejszych, też trudnych czasach i wierzę, że dzięki temu nie straszne będą nam kryzysy i wstrząsy i to nas wzmocni.
    Życzę optymizmu i wiary w lepsze jutro dla nas wszystkich

  3. Krystianie, a ja jestem za wspominaniem tego czasu. Nie ze wzgledu na tzw. martyrologię. To po prostu był bardzo intensywny czas.Nie opowiadam się za rozliczaniem, za to z uśmiechem słucham Kazika śpiewającego „Gaz na ulicach”. Bo cały czas pamiętam zapach tego gazu na gdańskich ulicach.I tak sobie myślę, ze wspólczesną metaforą życia moze byc bransoletka Pandory. Kolejne zawieszki oznaczajace ważne, intensywne wydarzenia . Bo takie pamiętamy, reszta ucieka. I na mojej bransoletce juz się trochę nazbierało różnokolorowych zawieszek – i złotych, i srebrnych, i szklanych. A stan wojenny to wlasnie taki szklany, wymieszane czerń i czerwień ze złocistymi smugami. Na mojej bransoletce jest jeszcze sporo miejsca. Bardzo, bardzo jestem ciekawa jakie zawieszki ją wypełnią :))

    Kochany Mikołaju, juz wiesz, na co czekam pod choinką:)))

  4. Droga zośko
    Zaglądam na tego bloga, czytam sobie wpisy, posty. Czasem piszę o sobie, czasem z dystansem o sobie i innych. Lubię tu być, bo to fajne miejsce. Dużo tu dojrzałych wypowiedzi. Dzielenia się ciekawymi spostrzeżeniami. Polemizowania, i wczytuję się uważnie w każdą perspektywę :). Ja w ogóle, wiesz, jestem otwartą osobą i ciekawi mnie czyjś punkt widzenia bardziej nawet niż własny. Mogę się z nim nie zgadzać, ale poszerza moją wiedzę o świecie. Lubię ludzi, dlatego też pewnie są moją pasją we wszystkich aspektach – także tych negatywnych.
    Z tonu Twojego postu wnioskuję, że mnie nie zrozumiałaś. Nie piszę, że seriale są złe, czy ludzie je oglądający itd. Podążam sobie za intuicją Maćka na temat „onych”. Patrzę z boku kim oni/może my? są. Zadaję pytanie gdzie jeszcze siedzi przyczyna : „żółci”, którą nam się zarzuca. Seriale czy media to bardzo ważna część dzisiejszego świata. Kreują nasz sposób postrzegania życia. Ja lubię trudne tematy, trudne emocje.
    Pozdrawiam.

  5. – Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami – rzekła Alicja.
    – O, na to nie ma już rady – odparł Kot. – Wszyscy mamy tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.
    – Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika? – zapytała Alicja.
    – Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.
    Lewis Carroll „Alicja w Krainie Czarów”

  6. Dżo-ann,
    najłatwiej to jest tak, jak Ty to robisz, podsumowywać wszystkich, tych ze smutą i tych, co wypachniają swoje wypowiedzi (Twoja terminologia).
    Ludzie mówią o swoich doświadczeniach, takich lub innych. Odnoszą się do własnych doświadczeń, nie do coachingowych ideałów. Oczywiście wszystkich można przyciąć równo jak trawnik i powiedzieć ,że nie dorośli. Ale to się nijak ma do życia. O jakich serialach mówisz? Co to w ogóle za porównanie? Jesteś ponad życiem i „serialami”, by tak kategoryzować?

  7. No taak, i ta nasza narodowa smuta. Przypisywana gdzieś cecha postaw, myśli, zachowań. Internet komentarzowy pełen jest życzliwych słów, ale i różnych smut, frustracji i złorzeczeń. Te ostatnie jakieś takie najbardziej niefajne, gdy się oko na nich przypadkowo zatrzyma przy okazji tekstu.
    Clue nie w tym, by wypachniać i upstrokacać swoje wypowiedzi (po co? i dla kogo?). Clue też nie w tym, by złorzeczyć i smutę w sobie pielęgnować. Co nam i innym po takiej energii? W czym clue?

    Znam ludzi, którzy w serialach szukają życia, znam takich, którzy w życiu szukają serialu. Każdy tego clue szuka po swojemu, czasem nawet nie szukając.

  8. Najpierw poznałam teksty Leszka Kołakowskiego. Był to cały cykl jego rozważań w gazecie Wyborczej. Dawno temu. Byłam zachwycona, nie do opisania. Dosłownie. Na głos czytałam dzieciom i mężowi i wspólnie komentowaliśmy fantastyczną logikę tych tekstów. Wszyscy nie mogliśmy się doczekać następnego tekstu w kolejnym numerze (choć mam świadomość, że małe wówczas dzieci to pewnie dlatego, że zawsze lubiły patrzeć na mamę, kiedykolwiek robiła coś z ogromną pasją, a mąż – bo to dla niego było zupełnie nowe zjawisko, że można tak dziwnie ale i fajnie zarazem sobie rozmawiać o istocie świata, o zjawiskach, o życiu, o słowach…).
    Wiele lat później przeczytałam o związkach Leszka Kołakowskiego z komunistyczną władzą.I tu nastąpił chwilowy bojkot, ale tylko do momentu, gdy mąż sprezentował mi jego kolejną książkę. Oczywiście nie jest mi obojętne, czy ktoś wspierał reżim, czy się temu oparł. Jednak od tego typu kreatywności jestem po prostu uzależniona, tego właśnie szukam, więc nie będę z tego rezygnować nawet jeśli wolałabym, aby jego background był inny. Poza tym z natury nie lubię oceniać, nawet gdy sprawa wygląda jednoznacznie. Przed sobą zrehabilitowałam go jego własnym cytatem:
    „Wydaje się nam, że przeszłość jest naszą własnością. Otóż przeciwnie – to my jesteśmy jej własnością, ponieważ nie jesteśmy w stanie dokonać w niej zmian, ona natomiast wypełnia całość naszego istnienia.” Z tym zresztą nie do końca się zgadzam i to też jest OK.

    Oglądałam z nim wiele wykładów (też cykl, tym razem w telewizji, w bardzo niedogodnym zresztą czasie – środek nocy w środku tygodnia, a rano do pracy). Mistrz nad mistrze! Nie było szans, żeby usnąć, mimo bardzo późnej pory. Warto było i będzie nadal…

  9. Skoro osobiście – to i ja osobiście.
    Trzynastego grudnia miałam dwadzieścia sześć lat – skończone studia, dwójkę małych dzieci ( jedno zaledwie nieco ponad trzy miesiące życia), pracę w Instytucie ( ze świadomością ekologiczną), rodzinę o różnych charakterach i całe mnóstwo przyjaciół. Nie należałam nigdy i nadal nie należę do żadnej partii ( dziś to pewnie nie jest powód do chwały). Przeżyłam to i tamto…
    Ale nie uważam, że życie moje zależy lub zależało od wszechwładnego i wszechkontrolującego reżimu – może rzeczywiście jego materialna strona bardziej ale to chyba nie całość.
    No i jeszcze – nie mam wrażenia, że ktokolwiek ( poza mną samą) mogł mi przetrącić kręgosłup – ten fizyczny i ten duchowy, zmarnować życie, odebrać nadzieję..
    To ja, karmiąca wówczas piersią matka, spieszyłam się do domu przed godziną policyjną, pełna ufności, że mogę właśnie polegać na ludziach – sąsiadach, przyjaciołach, tych wszystkich znajomych i nieznajomych, którzy stanowili zwarty front „podziemia”. Nigdy się na nich nie zawiodłam. Mam wielkie szczęście w życiu…
    Moje dorosłe dzieci nie są nieufne, biorą sprawy w ręce, a wczoraj w rozmowie z córką usłyszałam, że sprawia jej największą przyjemność przedstawianie znajomym z całego świata naszego kraju od najlepszej strony i z wielką dumą a narzekanie innych rodaków na „lokalny obciach” sprawia jej niemal fizyczny ból.
    A co do kariery… ech, szkoda gadać, ale może kiedyś jak mnie coś ruszy to się wypowiem, nie narzekam..
    Mam wielkie szczęście w życiu…szczęście współuczestniczenia w zmianie jaka się mogła dokonać i dokonuje się nadal każdego dnia…
    A co do nieufności… nie bardzo ufam tym, którzy wiedzą „za mnie”, wiedzą „lepiej”… I pewnie dlatego tak bardzo po drodze mi z ….Tobą, mój coachu.

  10. Może nadszedł już cza sprzestać o tym gadać, puszczać programy w TV, wystawiać koksowniki w centrum Warszawy. Młodzi ludzie nie pamiętają tego okresu i nie wiedzą o czym mowa. Skończmy już tym polskim rozliczaniem i grzebaniem w przeszłości, bo to nikomu nie pomaga i niczego nie rozwiązuje. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, czy też po coachowemy można powiedzieć: nie mam mapy ludzi, którzy w tamtym czasie mieli 18 i więcej lat, więc się nie wypowiadam na temat co ja bym zrobił i zakładam, że pojęli najlepszą decyzję z pośród możliwych w tym momencie wyborów.
    Starczy tej martyrologi :)

  11. „Ciągle nie czujemy się w Polsce jak we własnym domu, tylko w ich folwarku”…
    Dodam, gdzie są równi i równiejsi po przewrocie.
    w tych latach byłam studentką, chodziliśmy na manifestacje—zomo z pałkami i zimną wodą, graliśmy „Proces” Kafki z politycznym podtekstem w uniwersyteckim Teatrze38, dwaj dziwni panowie z bezpieki, jak ci z powieści , według której była sztuka, przeszukiwali mi dom, a moja mama martwiała, bo weszli informując, że w domu „prawdopodobnie są przedmioty z przestępstwa”. Te przedmioty, to miała być bibuła lub cokolwiek, co by mnie obciązało i pozwalało kontrolować.
    Dzisiaj tak samo nieufnie, jak wtedy do tych panów podchodzę do wszelkiej maści wyższych urzędników i polityków. Modlitwa Tuwima z „Kwiatów polskich” dla mnie jest wciąż na czasie. Wstyd się przyznać, ale kiedy grają hymn polski, ściska mi się w gardle. Ale jednak „Proces” wciąż trwa. Pamiętacie Tuwimowskie „Otwórz nam Polskę jak piorunem otwierasz niebo zachmurzone”…

Komentarze są wyłączone.