14. Kataloński znaczek

– To po co była ta cała historia o bilokacji i tajemniczym zniknięciu wuja Feliksa, jeśli prawda jest inna? – spytał Łasabi.

Chwilę wcześniej dowiedział się od babci, że wuj zwiał gdzie pieprz rośnie; zostawił po sobie długi, które rodzina musiała spłacać przez wiele lat; a rzeczy, które ewentualnie można było odzyskać z rodzinnego majątku, potajemnie sprzedał lub zastawił. Nawet za dom i ojcowiznę wziął zaliczkę, choć nie był jedynym spadkobiercą. Dlatego do dziś historia wuja Feliksa owiana jest tajemnicą,  sekretem rodzinnej złości. Ponadto nie wiadomo dokąd Feliks się udał i czy jeszcze żyje? Rodzinny wstyd i złość poskutkowały cywilnym uśmierceniem wuja – nie rozmawiano o nim, ani o jego zaginięciu, nie wymieniano jego imienia, nie poszukiwano go, nie ustalano miejsca jego pobytu. Czasy też były trudniejsze: żelazna kurtyna, komuna, brak umów prawnych z krajami zachodu, trudności z paszportem, nie mówiąc o wizach, kosztach ewentualnej podróży i tak dalej.

W odpowiedzi na pytanie wnuka babcia zrobiła minę niewiniątka:

– Bo to wiadomo synuś, co jest prawdą a co nie? Feliks zniknął i tyle. Zniknął i zapominano o nim. Gdy znika ktoś z dnia na dzień to zostawia niezałatwione sprawy, długi i podatki do zapłacenia. Normalna rzecz. Nie wszczęto śledztwa, gdyż legalnie przekroczył granicę. Czy przekroczył? Ponoć znaleziono pieczątkę. Nie dał znaku życia więc pojawiały się domysły, plotki. Pieczątka, mały ślad atramentu na papierze został po człowieku. Ktoś widział go tu, ktoś inny tam, znajomy spotkał go w Berlinie i ponoć z nim rozmawiał, a jakiś krewniak widział w Chicago, ktoś dojrzał go na ulicy w Wężymordziu Kościelnym, a jeszcze inny jechał  razem z Feliksem tramwajem w Krakowie. Moja opowieść o bilokacji, która tak poruszyła panią Śmietanę jest zarówno fałszywa i jak i prawdziwa. W niczym też nie jest mniej wiarygodna od innych.

Rozmowa przeszła na tak zwaną: rodzinę. Najbardziej nieznośne były dla niej plotki dotyczącego tego, jak bardzo Feliksowi powiodło się na zachodzie. Raz były to opowieści o jego krociowych interesach złotniczych w Chicago, innym razem doniesienia o zakupie winnic w Argentynie, jeszcze kiedy indziej legendy o zyskach na handlu miodem sprowadzanym z Polski i tak dalej i bez końca. Pomimo milczenia na temat wuja przez kilkanaście lat od jego zniknięcia krążyły najbardziej niestworzone legendy o tym gdzie jest, co robi i jak żyje.  Kilkanaście lat temu Lucjan, ojciec Łasabiego uparł się żeby wynająć agencję detektywistyczną w Chicago, skrzyknął rodzinę ale gdy okazało się ile to ma kosztować, został na placu boju sam i oczywiście zrezygnował. Latka lecą i teraz już sprawa Feliksa pozostała jedynie wspomnieniem, rodzinną legendą. Młodych to nie intersuje.

– A ja, jaki ja mam z tym związek? – spytał Łasabi.

– Żadnego – oznajmiła babcia. – Od najdawniejszych czasów rodzinka dybała na majątek Feliksa, bo uchodził za bogacza, który udaje biedniejszego niż jest. Był dobrze prosperującym niespełna czterdziestolatkiem a w czasach komuny już samo to było podejrzane i budziło zazdrość. Kiedy pokazał im figę z makiem stał się symbolem wszelkiego zła i nielojalności. Nie tylko zniknął zostawiając długi ale co najgorsze zniknął odbierając im nadzieję na majątek, na spadek po nim. Kiedy ktoś chciał drugiej osobie w rodzinie dopiec, urazić do żywego, łamał nakaz milczenia i mówił: jesteś taki jak Feliks.

– I mówili tak kilku letniemu dziecku wiele lat po zniknięciu wuja? – zdziwił się Łasabi.

– Twój ojciec utopił sporo pieniędzy w interes, który mieli  rozkręcać z wujem. Drewniane, ludowe zabawki na eksport. Feliks słynął z rozkręcania różnych interesów. Miał sto pomysłów na godzinę. Twój ojciec był młodym zapaleńcem, stracił sporo pieniędzy i obarczał za to winą całą rodzinę swojej żony a twojej matki. Z czasem uosobieniem jego kolejnych niepowodzeń stał się dla niego Feliks. I coś w tym jest, jak porzucona kobieta znalazł sobie znakomite usprawiedliwienie: wszystkiemu winny był on, jeden człowiek, Feliks. Dlatego gdy złościł się na ciebie lub chciał dopiec twojej matce, mówił, że jesteś podobny do Feliksa.

– I tylko tyle, nie ma żadnego głębszego podtekstu, oto cała tajemnica wujka Feliksa? – zdziwił się Łasabi.

– A jakiego ty chcesz więcej podtekstu, synuś? Twój ojciec sfrustrowany nieudacznik i alkoholik, który unieszczęśliwiał moją córkę na jej własną prośbę to nie jest podtekst? Zawiść licznej rodziny, to nie jest podtekst? To, że ojciec cię odrzucał i karał porównaniami do Feliksa, to ci nie wystarczy jako podtekst? – odpowiedziała babcia.

Zapadła długa, niezręczna, ciężka, duszna cisza, w której Łasabi kilkakrotnie poruszał głową jakby zamierzał coś powiedzieć i w ostatniej sekundzie rezygnował. Po chwili znów wykonywał ruch i cofał go wraz z niewypowiedzianym. Odwrócił głowę i posmutniał. Babcia miała wrażenia, że znowu, lada chwila w jego oczach pojawią się łzy, ale czy to z powodu obecności gościa, czy też z powodu dalszej części rozmowy, albo też asa w rękawie, którego trzymała od początku w ukryciu, nie skomentował zachowania wnuka.

– A może ktoś go zabił? Gromadził pieniądze na nowy interes, miał przecież przy sobie sporo gotówki. Idealny motyw – wtrącił milczący dotąd Gonzo, który przyjechał rano do Czykrzykoczyn zaniepokojony przedłużającą się wizytą przyjaciela. Prawie sześć kilometrów szedł na piechotę z Wężymordzia dokąd dochodził autobus, zanim na swój skuter zabrała go listonoszka, pani Fąfara, która akurat jechała do wsi z przesyłką dla babci, farbami akrylowymi.

– Idealny motyw, gdyby nie to – babcia wyjęła puszkę po herbatnikach a z niej widokówkę z Barcelony.

Wciąż widniały na niej napisane wyraźnie, odręcznym pismem zdania: Żyję Osiu i mam się dobrze. Kiedyś wszystko ci wyjaśnię. Moje obietnice będą dotrzymane. Twój Felin.

 

­ Gonzo wnikliwymi okiem przyjrzał się datownikowi na katalońskim znaczku: 27 lipca 1998.

– Dokładnie piętnaście lat temu! – zakrzyknął uradowany ze swego odkrycia – pani jednak jest trochę czarownicą! – dodał a babcia odpowiedziała mu dumnym spojrzeniem i mrugnięciem oka.

– Co to za imiona? – spytał Łasabi, któremu zmiana tematu najwidoczniej dobrze zrobiła.

– Moje i jego – stwierdziła babcia. – To był nasz kod, nasza dziecięca tajemnica, tylko my mówiliśmy do siebie w ten sposób i tylko w cztery oczy. Nikt nie miał pojęcia, że to nasz tajemny szyfr: Felin od Feliksa, Osia od Olimpii. Tak mam na imię, choć mówią do mnie jeszcze inaczej: Ala. Olimpia diakonisa i święty Feliks męczennik. – Babcia szybko się przeżegnała składając trzy palce razem –  Tak, tak, nasi rodzice a twoi pradziadowie byli wyznania prawosławnego, nie wiedziałeś Łasabi? – Pokiwała głową ze zrozumieniem, czy też z brakiem zrumienia, widząc zaskoczenie na twarzy Łasabiego: – No to widać, że niewiele wiesz na temat swojej rodziny. To jak ty dzieciaku siebie samego chcesz poznać?

14. Kataloński znaczek
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. Ta historia z wujkiem jest bardzo życiowa … chyba neurony lustrzane podpowiadają mi że mam podobną w swojej rodzinie. Zawsze jednak zastanawia mnie fakt opowieści o tym różnych osób z rodziny. Niby coś wiadomo ale nie wiadomo … i plotka się szerzy. Chęć podzielenia się swoją wiedzą na ten temat a raczej projekcją jest silniejsza od nas samych. Trochę przypomina to czcze gadanie którego według mistrzów zachodu należy unikać. Zainteresował mnie najbardziej ostatni wątek który również zainteresował Aniulę. Korzenie … wzorce … skąd pochodzisz … Coś w tym jest. Może kiedy znamy korzennego siebe to już wiemy na co nam dolega i możemy szukać lekarstwa. Dzięki za to odkrycie :)

  2. No i babcia coś ukrywa :) Niby 15 lat minęło i się wujcio nie odezwał, coś babcia kręci :)

  3. Właśnie, poznanie siebie, co to znaczy? Dlatego tak ważne jest znać swoje korzenie, te ciemne i jasne strony rodziny. Odkąd poznałam metodę Hellingera, zrozumiałam wiele rodzinnych zależności…

Komentarze są wyłączone.