15. Urodziny

Wężymordzie było wsią, która utraciła prawa miejskie, potem na krótko je odzyskała i znów utraciła najwyraźniej na długo lub na zawsze. Ludność się zestarzała, wójt mocno przekroczył sześćdziesiątkę więc nikomu nie chciało się nic. Katolicka enklawa pomiędzy prawie Mazowszem, prawie Podlasiem i prawie Warmią. Gdzieś na polskim odludziu, w zagubieniu dróg i mosteczków, zagajników i rzeczek, o których można usłyszeć przez kilka sekund w informacjach dnia jedynie wtedy, gdy trąba powietrzna zmiecie większość dachów albo zabytkowy kościół wraz z proboszczem.

Pojechał na starym, babcinym rowerze. Upał był niemiłosierny. Okazało się, że data 27 lipca na kartce z Barcelony sprzed 15 lat nie była przypadkowa. 27 lipca to babci urodziny. Wypadało kupić prezent. Gonzo odmówił wspólnej wizyty w mieście, które nie było już formalnie miastem i stanowiło dla niego symbol wyniszczającej, sześciokilometrowej wędrówki. Wolał zostać z babcią, z którą tak znakomicie mu się rozmawiało. Łasabi wszedł do sklepu przemysłowego. Chodził po nim, chodził i nic odpowiedniego nie znalazł. Siekiery, gwoździe, śruby, styliska do łopat, farby i kable. W Wężymordziu była też kwiaciarnia ale jak tu kupować babci kwiaty, które w drodze powrotnej zwiędną w tym upale, gdy tymczasem jej ogród pełen był kwiatów. Oprócz kwiatów były w kwiaciarni również: misie z plastiku, serduszka, aniołki i jeden bałwanek.

Wszedł do marketu. Tych współczesnych świątyń handlu i dostatku nie brakowało nawet w małych miejscowościach. W Wężymordziu były dwa konkurencyjne, jednak wybór przedmiotów na ewentualne prezenty poszerzył się jedynie o tacki i podpałki do grilla, szklane czajniki do herbaty, serwetniki w kształcie biedronek i gumowe koła do pływania. Wypadało kupić prezent. Znając jednak cięty język babci nie mógł sobie pozwolić na prezent byle jaki, głupkowaty, nietrafiony, bezmyślny.

Wsiadł na rower i zrezygnowany postanowił czegoś się napić w sklepiku spożywczym zanim wyruszy w drogę powrotną. Wówczas zauważył jeszcze jeden przybytek dostatku i cywilizacyjnego rozwoju: witrynę z odręcznym napisem: Sekend hend! Świeża dostawa! Wszedł do środka w przypływie nadziei i niechęci. Nie lubił tego rodzaju miejsc. Nawet nie dlatego, że kupowało się tam odzież, którą ktoś przecież nosił, pocił się w niej, siadał w niej na sedesie, pozostawiał na niej resztki posiłków, własne bakterie i płyny fizjologiczne ale z tego powodu, że nie potrafił wybierać w stertach wymiętych gałganów. Nie miał pojęcia jak można było wyłowić z tych hałd: przepiękną bluzkę i paseczek, ciuszek za grosik, i jeszcze mówić o tym z fascynacją, jak jego koleżanki z pracy. W chwili, gdy tylko wszedł odurzył go zapach nieświeżych, lekko zatęchłych ubrań i zlustrował go wzrok trzech pań, z których dwie przegrzebywały właśnie szaro-bure zwały a jedna, rożowowłosa piłowała paznokcie, najwyraźniej obsługująca ów sekend hend. Wykonał coś w rodzaju piruetu obracając się na pięcie by czym prędzej wyjść, gdy zauważył kartony ustawione pod ścianą, w których zgromadzono: torebki, paski, maskotki, kapelusze, zabawki, rzeźby, ozdoby, biżuterię, a nawet szkatułki, puzderka i lusterka. Przejrzał te graty najwyraźniej zebrane razem z ubraniami w jakiejś wyprzedaży garażowej i dopiero w po chwili zwrócił uwagę na sporą figurkę kota. Nie była z plastiku ani z gipsu jak pozostałe przedmioty lecz z jakiegoś naturalnego surowca, zbyt ciężka na drewno, zbyt lekka na kamień. Przyjrzał się delikatnym słojom. Może to było jednak drewno, egzotyczne, starannie ukształtowane, widać było delikatne cięcia dłuta. Figurka do złudzenia przypominała rudego kota babci, kota Felka, co zaskakujące na spodzie widniała literka f lub ozdobne S. Znakomicie! Miał prezent. To ciekawe – pomyślał – nazwać kota tak samo jak miał na imię zaginiony brat. Stara wariatka!

Jak wytrawny negocjator Łasabi wziął do rąk jakiś pasek, lusterko i kota. Zaczął targować się o cenę paska, w końcu z niego zrezygnował, spytał o cenę kota, a potem o lusterko, którym nad wyraz był zainteresowany. W końcu odłożył wszystko, pokręcił się jeszcze po sklepiku, pomieszał w śmierdzącej stercie ubrań i prawie spod samych drzwi zawrócił. Żeby coś w końcu kupić weźmie kota na pamiątkę, stwierdził. Zapłacił 15 złotych. Taka cena za całkiem sporego kota z naturalnego materiału, był z siebie dumy. W końcu dołożył jeszcze dziesięć złotych i wraz z lusterkiem wyszedł ze sklepu a pani o różowych włosach okazała się nie gorszym od niego negocjatorem. Zanim opuścił Wężymordzie lusterko niestety popsuło mu nieco humor tłukąc się na wężymordzkim asfalcie ale w końcu w dalszym ciągu miał kota i całkiem ładną drewnianą ramkę. Ściskając oba trofea pod pachą, dla bezpieczeństwa, dotarł w końcu umęczony, spragniony i głodny do Czykrzykoczyna.

Wieczorem babcia przygotowała urodzinową kolację. Była pani listonosz Fąfara, kobieta prawie sześćdziesięcioletnia, krzepka, o posturze drwala, zawsze uśmiechnięta i radosna, chudziutko ptasi Gonzo i Łasabi oraz pani Śmietana z wnuczką. W chwilę po uroczystym wręczeniu prezentów i odśpiewaniu przez gości stu lat nastąpiła konsternacja, czyli tak w zwana niezręczna chwila. Babcia podziękowała za miód od pani Śmietany i jej wnuczki, za łubiankę kurek od pani Fąfary lecz gdy rozpakowała kota – oniemiała, usiadła, zaniemówiła, zaczerwieniły się jej oczy i najprawdopodobniej zakręciło się jej w głowie.

– Co to za żart synuś? Skąd masz tego kota? – babcia odezwała się po długiej, niezręcznej chwili wyczekiwania i wpatrywania się w jubilatkę przez grono skonsternowanych gości.

– Ach, to przypadek babciu, szukałem czegoś odpowiedniego i trafił się ten kot – wyznał szczerze Łasabi.

– Skąd go masz, synuś, nie drocz się ze mną! – babcia podniosła głos.

– Z Wężymiordzia, z tamtejszego sklepiku z używana odzieżą! – odpowiedział rzeczowo Łasabi nieco już obrażony tonem głosu babci.

– Albo cos ukrywasz synuś i twoja wizyta u mnie nie jest tak przypadkowa jak mówiłeś, albo to są czary – powiedziała babcia a pani Śmietana swoim zwyczajem przeżegnała się dwa razy z rzędu. Po kolejnej niezręcznej chwili milczenia babcia dodała: – To jest figurka jaką dostałem od mojego zaginionego brata Feliksa, wiele lat temu, na urodziny. Kupił ją na targu i sam wypalił gwoździem literkę f na znak naszej specjalnej więzi.

Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. Czytając opowiadania o Lasabim nasuwa mi się tytul książki Tiziano Terzani ” Nic nie dzieje się przypadkiem” Jakie będą następstwa wizyty Lasabiego u babci? Jak to w zyciu bywa czasami szukając jednej rzeczy znajdujemy inna i ta inna wlasnie miała głęboki sens dla naszego istnienia. ” Zycie jest pelne sposobności, problem jednak polega na tym , aby je rozpoznać, a to wcale nie jest latwe” ( T.Terzani) Czy Lasabi będzie miał taka możliwość?… chwila zadumy czy ja w swoim zyciu mam na tyle uwaznosci żeby nie przejść obok nich bez rozpoznania? Czy potrafie rozpoznać polaczenia roznych zdarzeń ?…..Czy jest to wogole możliwe …?

  2. Koty chodzą własnymi drogami. Nawet te drewniane. I nawet kuloodporną babcię mogą zaskoczyć!

  3. O waw … ale zwrot akcji na końcu aż mi ciary przeszły i skórka pańska czy jak jej tam wystąpiła obficie na górnej części ludzkiego ciała. No to mnie złowiłeś. A teraz 3 życzenia. Pierwsze to ciekawy jestem co dalej …

  4. Niebezpiecznie jest wchodzić do szmateksów, zawsze można coś znaleźć :) Koty potrafią namieszać :)

Komentarze są wyłączone.