19. Mysie łajno

– Przeszłość, przeszłość – zamyśliła się babcia – każdy ma jakąś przeszłość. W pokoleniu pana rodziców i dziadków, panie Gonzo, każdy taplał się w jakimś bagienku. Młodzi o tym zapomną i znowu nasz kraj wpakują w jakieś szambo. Pamięć jest krótka. Nie ma co oceniać panie Gonzo, wasze pokolenie nie jest w niczym lepsze od naszego.

– Nie mam do pani pretensji, że była pani w milicji, to nie moja sprawa, nie żyłem w tamtych czasach więc nie wiem jak było ale mówiąc nasze pokolenie mam na myśli, droga pani, że nasze pokolenie nie wpada na pomysły żeby truć swoje wnuki toksycznym gównem.

– Bo nie macie jeszcze wnuków – odpowiedziała babcia z hardą miną ale po chwili znieruchomiała jakby zakłuł ją silny ból. – Powiedział pan gówno? Gówno? Boże, ma pan rację! Nie dodałam do mikstury mysiego gówna, dlatego Łasabi tak się struł. Mysie gówno ma odczyn zasadowy i… – przerwała wybiegając z kuchni wprost do piwnicy gdzie trzymała swoje mikstury.

W między czasie przyjechała doktor Żuk swoim hamerem. Hamer jakoś do niej nie pasował. Ogromne, pomarańczowe auto, które spala hektolitry paliwa. Czołg na kołkach dla osobników zaimpregnowanych testosteronem. A może właśnie pasował do tej drobnej kobiety o gładko zaczesanych włosach, pulchnej twarzyczce  i nieco krzywych, chudych nogach? Gonzo przypatrywał się krytycznie jej nieporadnej wędrówce na szpilach przez babcine podwórko. Zastanawiał się też jak potrafiła prowadzić samochód w czymś takim na nogach? Zapadał zmierzch. Doktor Żuk szła pod światło stąpając uważnie by nie złamać obcasów w swoich, zapewne drogich, szpilach. Gonzo nie widział jej twarzy oślepiony czerwonym zachodem słońca i nagle zdało mu się, że za plecami doktor Żuk porusza się ktoś jeszcze, a może coś jeszcze? Przetarł oczy i wyraźnie zobaczył ciemną chmurę za plecami doktor, która układała się w ludzki kształt jak cień, choć przecież cienia tam być nie mogło.

– Co? Oczka bolą? Nie dowierzasz temu co widzisz? To demon smutku – usłyszał obok siebie głos.

– Demon smutku? – odpowiedział bezwiednie jak echo rozglądając się za nieoczekiwanym rozmówcą. Znał skądś ten zachrypnięty głos. Nikogo jednak w pobliżu nie było. Jedynie kot Felek przysiadł na parapecie i jak to miał w zwyczaju  wykonał koci piruet, zeskoczył i otarł się o nogi Gonza.

– Demon smutku, ten cień. Za chwilę zniknie więc zanim zaczniesz zaprzeczać temu co widziałeś przyjrzyj się uważnie. Niemal nią zawładnął.

– Gadający kot? Co jest do cholery? – wykrzyknął Gonzo oganiając się od kota jakby był osą. Wykonał podobny do kociego piruet i wpadł na doktor Żuk.

– No i w dupę! Wiedziałam! – przeklęła doktor na powitanie. – Wiedziałam, cholera! Przez pana złamałam obcas na tym cholernym podwórku! Nie, nie, proszę nic nie mówić. Przejdźmy do rzeczy, co za gadający kot?  Pan Czarek  skarży się na gadającego kota? – spytała doktor Żuk oglądając swój czarny but z nienaturalnie skrzywionym zębem obcasa i nie czekając na odpowiedź stwierdziła: – No i w dupę! Moje McQueeny może pan sobie teraz zabrać i wsadzić…a najlepiej dopisać do rachunku – powiedziała doktor Żuk wręczając Gonzowi oba buty i kierując się w stronę domu. Na progu się odwróciła i widząc kompletną konsternację Gonza spytała: – Gdzie pan Czarek, gdzie jego babcia? Muszę z nimi porozmawiać, po to tu przecież przyjechałam, tak czy nie?

– Babcia karmi Łasabiego mysim gównem – powiedział kot i dodał – rzecz jasna zmieszanym z wodą, cytryną i miodem dla zabicia obrzydliwego smaku.

– Babcia karmi Łasabiego mysim gównem – powtórzył Gonzo i po chwili wahania dodał – rzecz jasna zmieszanym z wodą, cytryną i miodem dla zabicia obrzydliwego smaku. – Obejrzał się wokół siebie, zawiesił wzrok na kocie Felku, który ponownie usiadł na parapecie. Gonzo raz jeszcze rozejrzał się nerwowo i spytał: – Przepraszam, czy pani słyszała kota? To znaczy głos kota, to znaczy nie miauk, gdyż wcale nie miauczał, tylko wypowiedź kota?

Doktor Żuk zbliżyła się na dwa kroki do Gonza żeby przyjrzeć się jego twarzy, syknęła z bólu gdyż jej bosa, delikatna stopa natrafiła na jakiś kamyszek i powiedziała niemal sycząc ze złości: – No tak, mogłam się tego spodziewać, głupia, wszyscy tu nieźle zaćpaliście. Dobrze, proszę mnie na razie zaprowadzić do pacjenta, jak już tu jestem.

Weszli do środka. Do pokoju w którym leżał Łasabi, potem do pracowni malarskiej babci, potem do kuchni, potem jeszcze raz do sieni, potem do sypialni babci, potem do szopy, drewutni, pokoików na strychu, starej stodoły, potem zeszli do piwnicy, znowu do sypialni, do kuchni, do drewutni i tak jeszcze ze dwa razy, aż zapadła noc. I nie znaleźli nikogo, nikogo tam nie było. Nikogo, nigdzie nie było. To znaczy był. Był kot, który chodził za nimi krok w krok. Ani śladu Łasabiego i babci.

19. Mysie łajno
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. Lepiej, żeby sobie strzeliła tą setę, bo popłynie Gonzo za te buty :)

  2. ja rowniez;)))))))))))i nawet ,wydaje mi sie ,ze zamieszalam troche w miksturze babci;)))))))))))moja babcia dodawala jeszce …pszczelego kitu i aloesa.dobre bylo na wszystko;)))
    proponuje ,zeby doktor Żuk rowniez machnela setke;)))))))chicby dla lepszego zrozumienia swojego pacjenta;)))))))))))))

  3. ha ha. dawno się tak nie bawiłam jak teraz czytając sobie kolejne odcinki historii o Łasabim i kocie Felku. Dziękuję za chwile radości panie Maćku.

  4. Teraz mi się jeszcze bardziej podoba :)

  5. O ho! Zrobiło się jakby poważniej. Kot wchodzi na scenę, racjonalizm Gonza schodzi.

Komentarze są wyłączone.