21. Kirche

Babcia i wnuczek siedzieli w starym, poniemieckim kościele, w którym zaraz po wojnie był skład węgla, potem skup trzody chlewnej, potem na krótko, w nowych czasach dyskoteka ze striptizem, kiedy jeszcze w okolicy mieszkali młodzi a teraz kościół był pusty, ciemny i na swój sposób jakby na nowo święty. Dzieciaki nawet z odległych wiosek przyjeżdżały tu na rowerach tylko po to, żeby najpierw wytłuc wszystkie szyby, a potem namalować kilka swastyk, gwiazd Dawida, obelg dotyczących drużyny piłkarskiej KS Wężymordzie lub przeciwnie: Huraganu Głodówek. W końcu tradycyjnie oddawały tu mocz i ruszały w swoją drogę. Jednak po wybiciu wszystkich szyb i zdewastowaniu wszystkiego, czego nie zdemontował dawny właściciel, miejsce straciło na atrakcyjności. Dzięki temu dawny kościół zamieszkały nietoperze i jak twierdziła babcia, sowa płomykówka w dzwonnicy.  W zakrystii zaś pomieszkiwał borsuk wykopawszy sobie jamę wprost pod podłogą. Pobliski las powoli wkraczał na teren dawnego kościoła, cmentarza i ruin plebanii. W oddali słychać było szczekającego psa, a przez wysokie, szpiczaste okna wpadało światło gwiazd.

– No i się trochę zagubiłem babciu. Człowiek powinien na wczasy jechać to jakiegoś hotelu w Turcji, jeść, pić, leżeć, smażyć się na słońcu, tańczyć, pić a nie jeździć, szukać, kombinować i potem proszę: siedzieć w nocy w starym kościele, w którym straszy.

– Nie straszy, synuś – odpowiedziała babcia. – Głupie dzieciaki przestraszyły się sowy i dobrze. Rozpowiedziałam potem, że to najpewniej niemieckie duchy o pomstę wołają i nikt już tu nie przychodzi. Wiadomo lud tu zabobonny, w duchy wierzy, a duch niemiecki, oczywiście najstraszniejszy. Ludziom zostaje poczucie winy w genach. To musi być we krwi, z mlekiem matki.

– Poczucie winy? – zdziwił się Łasabi.

– We mnie, w tobie, w ogóle w ludziach. Przecież te dzieciaki, które tu szczały mają rodziców trzydziesto, czterdziestoletnich. Nikt z nich wojny nie pamięta, nawet nie wie, że tu jakaś wojna była. Tutejsze tereny przechodził z rąk do rąk kilka razy. Dawni mieszkańcy raz czuli się władcami tej ziemi, a gdy przychodziła nowa armia byli nagle tymi złymi i na odwrót. Krzywda nakładała się tutaj na krzywdę, wina na winę. Przyjechali repatrianci. Nowe winy, nowe krzywdy. I co? Ich wnuki i prawnuki to czują.

– Czują? – wnuczek znów się zdziwił.

– No czują, czują. Tak jak ty do babki przyjechałeś coś czując, że odpowiedzi potrzebujesz poszukać w przeszłości.

– E tam, filozofia, babciu. Nie wierzę w te wszystkie teorie. Przyszłość, przeszłość. Życiem rządzi przypadek i tyle.

– A jednak się zdziwiłeś, że połowa twojej najbliższej rodziny w resorcie służyła – powiedziała babcia z satysfakcją. – Im lepiej się ta rodzina wykształciła, tym bardziej się zrobiła mądra, niezależna, otwarta na inne poglądy, demokratyczna, liberalna, intelektualnie bezstronna – babcia wydęła usta przesadnie akcentując wypowiadane słowa. –  A tymczasem twoja matka mogła się kształcił dzięki temu, że jej matka mogła się zeszmacić.

– Niech babcia tak o sobie nie mówi – wnuczek dotknął jej ręki – nie znam lepszej osoby od Ciebie.

– Nie wiesz synuś, jakie rzeczy myśmy robili, nie wiesz i nie chcesz wiedzieć. Mam nadzieję tylko, że…- przerwała, gdyż z zewnątrz doszedł ich harmider. Do nawy głównej wbiegł kot Felek a w ślad za nim Gonzo z malutką, lekarską latareczką w ręku. Zanim dotarł w ślad za kotem do siedzących postaci, kilka razy się potknął o resztki zdewastowanej posadzki.

– Dzięki Bogu! Znalazłem was! Nie mogłem odszukać niczego innego i cały czas święcę tym gówienkiem od doktor Żuk. Święcę w tyłek rudego kota! W ogóle nie wiedziałem dokąd mnie prowadzi?  – wskazał na latarkę i usiadł zziajany. – Nie uwierzycie, poszedłem w ślad za kotem aż tutaj i od razu spytam…- wziął oddech. – Uprzedzam, że nie interesują mnie wasze sprawy rodzinne, ani cały ten cyrk z czarami. Jeszcze tej nocy wracam z doktor Żuk do Warszawy i generalnie mam dosyć,  ale zanim stąd wyjadę i o wszystkim raz na zawsze zapomnę, mam tylko jedno pytanie – spojrzał na babcię, potem na kota, który usiadł obok, potem znów na babcię: – Czy ten kot mówi?

– Nie – zdziwiła się babcia – siedzi spokojnie.

– Teraz widzę, że siedzi – poirytował się Gonzo – ale czy mówi, czy kiedykolwiek coś powiedział?

– W jakim sensie? – spytał Łasabi.

– A ty milcz! – wybuchł Gonzo – ty najlepiej milcz i nic nie mów, ty, ty bocianie jeden! Przez ciebie cała ta historia! Przez te twoje miłostki! Pytam twoją babcię, czy ten cholerny kot umie mówić? Wiem, że to niemożliwie, bo jestem biologiem ale pytam dla porządku a nóż widelec…

– A nóż widelec co?  Posypie się twoja niewzruszona, racjonalna wiedza? – spytał Łasabi z wyraźną satysfakcją w głosie.

– Czy umie mówić, pytam!? – Gonzo podniósł głos, który rozszedł się głośnym echem po nawie, poszybował aż do dzwonnicy i wrócił na dół, do siedzących na stopniach ołtarza czterech postaci.

– A mówił do pana, panie Gonzo? – spytała babcia głaszcząc kota.

– Mówił – odpowiedział Gonzo po długiej chwili milczenia i zgasił latarkę najwyraźniej chcąc ukryć swój wyraz twarzy.

– No to jak mówił do pana, to znaczy że mówi – odpowiedziała babcia.

– Co to znaczy, że jak do mnie mówił, to mówi? Przecież to bez sensu? – sprzeciwił się Gonzo.

– A jak panu burczy w brzuchu i nikt oprócz pana tego nie słyszy, to burczy panu, czy nie burczy panie biologu? – spytała babcia.

– No burczy – przyznał Gonzo.

– No to jak burczy to znaczy, że kot mówi – orzekła babcia.

– Co to za wywód jakiś? Burczy to znaczy, że mówi? – Gonzo zmienił ton na rozpaczliwy jęk.

– A jak pan śni panie Gonzo i śni się panu sen, to w tym śnie śni pan, czy też jest pan tam naprawdę?  – spytała babcia.

– Nie, no nie, no nie wytrzymam! Co to znaczy jest pan tam?  Gdzie niby? We śnie jestem? – zajęczał Gonzo.

– A jest pan we śnie? Skąd pan wie, że nie, albo że tak, panie biologu?

– Albo, że nie – powtórzył po babci Łasabi.

– Ty milcz, już ci mówiłem, ty najlepiej milcz! – Gonzo znowu podniósł głos i  powtórzył przedrzeźniając babcię: – Śni się sen we śnie się śni sen się śni we śnie. Co to ma być?

– No właśnie – stwierdziła babcia: – We śnie się śni sen się śni we śnie i co to ma być? Chodźmy do domu – zarządziła babacia i wstała.

– Się śni sen we śnie się śni we śnie się śni i się śni i co ta ma być? – rozeszło się po kościele i Gonzo dałby sobie głowę uciąć, że to kot powtórzył po babci, swoim zachrypniętym głosem ale nic nie powiedział, machnął ręką na kota a ten posłusznie, jak pies poszedł w ślad za nim a on w ślad za babcią i Łasabim.

21. Kirche
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

7 komentarzy

  1. no to nie zabrala Gonzo???;)))))

  2. Może ja troszkę ni w pięć ni w dziewięć, ale tak dawno nie było na blogu rzutu chłodnego socjologicznego, kołczowego oka na codzienność w mediach (a ostatnio sporo się dzieje, choćby fakt, że kto żyw wciska strzałkę by zobaczyć bitego na scenie G.Miecugowa).
    Pozdrawiam z miasta wawelskiego kota, kocura, który przebrał się za smoka by spróbować kebaba ;)

  3. @ania dr.Żuk w Hamerze w drodze do Warszawy, chyba? ale kto ją tam wie?

  4. a co z dr Żuk????

  5. ad mi chodziło o pewien sposób postrzegania związany z zadziwieniem, zainteresowaniem, chęcią poznania :) Nie mylić z siedzeniem z puchą piwa codziennie przed telewizorem :) Z innej beczki piwo dobre dla ochłody z sokiem malinowym :)

  6. W ogóle fajnie jest po prostu być. Nie tylko filozofem.

  7. Są rzeczy na ziemi i niebie , które się nie śniły nawet filozofom, coś o tym wiem :) Ostatnio do mnie dotarło jak fajnie być filozofem, ale nie takim z tytułami , siedzącym w murach uczelni i na siłę piszącym artykuły i książki, bo takie wymogi żeby awansować, ale po prostu być :) Pozdrowienia dla dr Janusza Jaskóły z Uniwerka Wrocławskiego, polecam zainteresowanym zajrzeć do niego na filozofię starożytną :) :)

Komentarze są wyłączone.