22. Yellowstone

Szli gęsiego. Lekarska latarka bardzo szybko przestała świecić dlatego szli w ciemności. Jednak najwyraźniej babcia znała drogę na pamięć, gdyż ani razu nie zbłądzili, nie wpadli na drzewo, nie zboczyli ze ścieżki. Kot przewodnik śmiało wysunął się na przód grupy i z podniesionym ogonem wbiegł na podwórko. Po doktor Żuk nie było ani śladu. Dom stał ciemny, pusty i niepokojący. Noce na wsi są kompletnie ciemne, a niekiedy nawet granatowo-czarne, dla mieszczuchów to przerażająca perspektywa, zwłaszcza w chwili, gdy zbliżają się do zabudowań a te, jak cielsko śpiącego gada, leżą przed nimi jakby czyhały. Najmniejszy hałas może je zbudzić. Trzeba się zbliżać cicho, prawie na paluszkach.

 

– I co teraz zrobimy? – westchnął Gonzo.

– Zrobimy późną kolację – stwierdziła babcia zamykając furtkę po omacku. – Jest świeżutki chleb, są pomidory z ogródka, masło, same pyszności. Zgłodniałam.

– Chyba już nie wezmę do ust niczego, co pani przygotowała, z całym szacunkiem – stwierdził Gonzo – mam dość gadających kotów, Łasabiego w bocianim gnieździe i rozmów z cieniem.

– Bo ze swoim pan nie porozmawiał, panie Gonzo, w tym rzecz – stwierdziła babcia.

– Właśnie, nie porozmawiałeś Gonzo, taka jest prawda – przytaknął Łasabi.

– A ty porozmawiałeś? Nie rozśmieszaj mnie, miałeś haluny i niezłą szajbę po tym sporyszu czy innej strychninie, którą podała ci babka. Przy okazji i ja się czegoś nawąchałem. Serdecznie dziękuję za wasze rozmowy z cieniem.  Niczego więcej w tym domu nie wezmą do ust!

– A ja porozmawiałem ze swoim cieniem jeśli jesteś ciekaw – stwierdził Łasabi, trochę jak dziecko, które chwali się nowym plecakiem – i gdyby mną babcia nie wstrząsnęła, to dalej bym skomlał jak pies.

Gonzo zamierzał odciąć się cenną ripostą a potem wezwać radio-taxi choćby i z samej Warszawy żeby wyrwać się z tego zwariowanego miejsca, gdy na przeciwko ich trójki, z ciemnego domu wyszła postać w białej sukni. Zatrzymali się. Gonzo próbował pośpiesznie zaświecić latarką, która od dawna już się nie świeciła. Postać zbliżyła się płynnym krokiem do Łasabiego. Gonzo odskoczył na bok i wpadł na babcię. Postać zarzuciła ręce na ramiona Łasabiego i powiedziała:

– Czekałam tu i czekałam. Musimy porozmawiać.

– O czym chcesz rozmawiać, teraz po nocy? – spytał Łasabi.

– Chcem być z panem już na zawsze bynajmniej, to znaczy stobom i chcem pojechać z panem do Warszawy, to znaczy stobom – powiedziała postać i dodała dramatyczniejszym niż przed chwilą głosem: – Nie obchodzi mnie co ludzie powiedzą, bynajmniej!

Łasabi zdjął dłonie postaci w bieli ze swoich ramion, odsunął ją od siebie i powiedział:

– Nie ma mowy!

– Miłka? Miłka Śmietana, to ty dziewczyno? Aleś mnie przestraszyła – odezwała się babcia. Chwyciła białą postać za rękę, szarpnęła do siebie i poprowadziła na ganek. Zapaliła mdłą, ledwie żarzącą się żarówkę, która mogła pamiętać jeszcze czasy Edisona i w żółto-mlecznym świetle przyjrzała się twarzy dziewczyny, która mrużyła oczy i odwracała głowę.

– Klątwa przeszła na nią, nie ma wątpliwości – orzekła. – I znowu mam robotę.

– Pijana jest pewnie – stwierdził Łasabi również przyglądając się twarzy dziewczyny. – Czuć od niej piwsko jak nic – dodał.

– To też – potwierdziła babcia – ale klątwa jest pewna.

– Nie obchodzi mnie co ludzie powiedzą, bynajmniej – powtórzyła dziewczyna nieco mniej dramatycznym tonem.

– Ale prokuratora z pewnością obejdzie – wtrącił się Gonzo i dodał równie sarkastycznie jak w sarkastycznym nastroju był tego wieczoru: – I co, zamierza pani znowu swoimi metodami klątwę usuwać? Kolejny deliryczny spektakl urządzać, tym razem z małolatą  w roli głównej? Niedoczekanie! Policję wezwę, prokuratora zawiadomię ale nie dopuszczę…

– Dopuścisz, dopuścisz – usłyszał chrapliwy głos dobiegający zza jego pleców.

– Kto to powiedział? Kto do mnie teraz coś powiedział? – powtórzył obracając się wokół własnej osi.

– Panie Gonzo, widzi pan przecież, że pana przyjaciel a mój wnuk jest spokojny a dziewczyna nie, jakby się bieguny odwróciły – spokojnie tłumaczyła babcia.

– Zadzwonię na policję! – krzyknął Gonzo.

– Panie Gonzo, ja tu jestem milicją! – odpowiedziała babcia stanowczo.

– Milicji obywatelskiej i jej metod już na szczęście nie ma! Być może pani nie zdążyła tego jeszcze zauważyć! – zaczął krzyczeć – MO już nie ma!  Nie ma i nie wróci! Nie pozwolę na te bzdury!

– Pozwolisz, pozwolisz – odezwał się ten sam chrapliwy głos.

– Kto to powiedział? Kto to powiedział? Kto to powiedział?  – pytam do jasnej cholery. -Kto do mnie teraz coś powiedział? – powtórzył, wykonał jeszcze jeden obrót, przewrócił się i uderzył w głowę.

– Bo widzisz, można by to skwitować najbanalniejszym stwierdzeniem, że takie jest życie.  Ale o no wcale takie nie jest. Spytasz więc jakie? Jest nieprzewidywalne, zaskakujące, jeśli tylko uważnie patrzysz. Ludzie są ślepi, no przecież wiesz, nie udawaj, jesteś biologiem. Doskonale wiesz, że ludzie za swoje, dodajmy wcale nie najlepsze mózgi, ot trochę lepsza artykulacja dźwięków, płacą sporą cenę. Gadające małpy, które nie widzą dalej od koniuszka własnego nosa. Na przykład taki nietoperz, no bez porównania, bez porównania albo choćby taki kret, no mistrz, albo sowa, albo taki wąż. Wąż widzi podczerwień. Oczywiście mogę zaspokoić twoją ciekawość i odpowiedzieć od razu, które układy nerwowe uważam za najdoskonalsze? Rzecz jasna kocie, przepraszam za tę oczywistość, naturalnie, że kocie. Gdyby wybór drapieżnika wydawał się nazbyt szowinistyczny lub stronniczy, dodałbym mózgi wilcze. Wilk, wilk, nie pies. Kundle udomowione całkowicie straciły swój charakter. Co za wstyd wobec wilków, ich szlachetnych przodków, tak dać się wyprać ze wszystkich godnych cech, pozwolić na zmodyfikowanie swojego genotypu. Powiem wprost: odrażające. No cóż, wilk to także drapieżnik, to był żart. W końcu obaj jesteśmy biologami. Czy jakieś łagodne istoty mają sensowne mózgi? Zbieracze zamiast myśliwych? Możliwe ale tylko na zasadzie anomaliów. Osobiście imponują mi mózgi, a nawet rzekłbym: osobowości kolibrów, koliberki – genialne istoty. I co? Mam cię! Nie wiedziałeś, czy teraz żartowałem, czy serio lubię kolibry? Ale wracając do wątku, nie znoszę osób, które tracą wątek, gubią się w dygresjach i aluzjach, to żenujące. Oczywiście dygresje nadają smaczek, to nierzadko clue wypowiedzi, schowane między wierszami skarby. No cóż ja także czytałem: Mistrza i Małgorzatę i Alicję w Krainie Czarów i parę wierszy Eliota, Twardowskiego, Szymborskiej i setkę innych i w żaden sposób to mnie nie deprymuje. Wtórny wątek? Banalny koci wątek? Banalny czyli jaki? Oczywisty? Nudny? Dlaczego wy musicie ciągle siebie zadziwiać? Ta cała polityka wzrostu. Nie będę się wypowiadał na temat ekonomii, co to, to nie, nie sprowokujesz mnie do tych bzdur. Doktryna Keynesa, doktryna Friedmana, bzdury i tak zawsze chodzi o waszą zachłanność. Powiem tylko o tym, z czego również doskonale zdajesz sobie sprawę, że ludzie przed sobą mają wyłącznie prognozy krótkoterminowe. Zjawisko wyginięcia  dinozaurów. Już rozumiesz? No nie udawaj? Pozwolisz, że przypomnę: na przykład Yellowstone. Płaski dekielek ziemi, pod którym kryje się gigantyczna, super przeogromna, olbrzymiasto monumentalna, po prostu wielgaśna komora lawowa. Bum i po zawodach. Mówić dalej? Pandemia. Wirusy to najwyższy wytwór ewolucji, jak do tej pory najdoskonalszy dowód teorii darwinowskiej, oprócz oczywiście kotów, mutują dziesiątki tysięcy razy aż uzyskają maksymalną skuteczność w zniszczeniu organizmów, które chcą opanować. Psik, psik i w dwa miesiące pozamiatane. Podawać inne przykłady: ocieplenie, wycinanie lasów, przeludnienie, arsenały jądrowe. Bum i psik. Pstryk i bum. Trach i ciach. Co chcę przez to powiedzieć? Że pesymistycznie? Że to też banalne, że ludzie są zagrożeniem? Chcę powiedzieć, że warto: carpe diem. To po łacinie, z całym szacunkiem panie biologu ale po łacinie, powinien pan łacinę na wyrywki znać. Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie. To z Horacego, a teraz uważaj, skup się: Quid sit futurum cras, fuge quaerere. Uwaga tłumaczę: Nie pytaj o to, co przyniesie jutro.  Też Horacy. Że co, że gadające po łacinie zwierzę też już było? A ty wiesz, że słowo zwierzę to obelga,  a jego synonimy to: bestia, bydlę, bydlak, pokraka, łajdak, potwór, trzoda, zwyrodnialec, dręczyciel. Dotyczą was a nie nas. Każda istota jeśli żyje, to mówi. Każda istota, z waszym wyjątkiem, rozumie mowę innych istot. Wasze zadufane w sobie mózgi nie potrafią zrozumieć mowy nietoperza, sokoła, wilka, nie mówiąc o mowie kotów. To wy jesteście banalni, żenujący, powierzchowni i trywialni a teraz najmocniejsze uderzenie, uważaj, skup się: jesteście nieistotni, przejściowy epizod w historii Ziemi, naszej matki oczywiście.

Gonzo poczuł silny ucisk w piersiach a potem przeszywający, ostry ból z tyłu głowy. Otworzył oczy. Było jasno. Na wprost, na jego piersiach, w pozycji sfinksa, o kilka centymetrów od jego twarzy siedział kot, rudy kot i wpatrywał się w niego.

22. Yellowstone
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. Genialne ;)

  2. “Każda istota, z waszym wyjątkiem, rozumie mowę innych istot.”

    Piękny cytat.

  3. Tylu tych przejściowych ludzi było , a potem trzeba na historii zakuwać czasem taaakie nudy , że ho ho…..

Komentarze są wyłączone.