24. Skórka chleba

Bożydara usiadła na wielkim, czerwonym fotelu. Z satysfakcją zaczęła wrzucać do pudła zawartość biurka dawnego prezesa: krzyżówki, jeszcze więcej krzyżówek i Jolek; pisma erotyczne; niedojedzone herbatniki; drogie pióra i długopisy, których nigdy nie użył; scyzoryki; stare kalendarze; kolejne scyzoryki, ołówki; gumki recepturki; cygara; setki wizytówek; hektolitry alkoholu; stugramowe małpki żołądkowej gorzkiej i skórki chleba. Skórki chleba? Niezliczoną ilość skórek od chleba. Pojedyncze; w drobnych paczuszkach związanych nitkami, pęczki po dwie, po trzy, po kilka; długie i krótkie; z jasnego i z ciemnego chleba. W sejfie, w szafce, szufladach, na pułkach – wszędzie skórki. Gdy napełniła rupieciami kolejny już karton, wzięła do ręki szmatkę, płyn i wypucowała na błysk blat biurka. Cudowny błysk pustej przestrzeni, której koszmarnym wspomnieniem była przeszłość – zawsze zawalony niepotrzebnymi gratami blat biurka, zaplamiony i zdeprawowany przysmakami prezesa: kaszanką, wódką i ogórkiem. Ułożyła na środku zeszyt prezesa, jego kapownik. Bez najmniejszego problemu uzyskała go od Samanty mówiąc, z resztą zgodnie z prawdą, że są w nim ważne dla firmy zapiski. Zaczęła przeglądać strona po stronie, więc tym zajmował się całymi godzinami prezes: przepisywaniem, aktualizowaniem, notowaniem. Nazwiska, telefony, daty, wyrwane zdania z rozmów: kto powiedział, co powiedział, do kogo powiedział? Cyfry, liczby, numery, sumy, z precyzyjnym odnotowaniem: winien, procent, spłacił, komu, co, ile, za co? Prezes nie przepisywał swoich zeszytów słowo w słowo jak sądziła. Scyzorykami, których zliczyła ponad dziesięć, wycinał potrzebne kartki ze starych zeszytów i wklejał do nowych.

– Pewnie dziwi się pani skąd tyle tych skórek od chleba i po co te skórki? – usłyszała od progu głos starszego mężczyzny. Nie zatrudniła jeszcze asystentki na swoje dawne miejsce, więc każdy, kto chciał bez problemu mógł wejść do gabinetu prezesa. Jednak na teren firmy nie mógł od tak wejść ktoś z ulicy. Robili tu przecież poważne atesty. Na dole była recepcja i  profesjonalna ochrona. Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć mężczyzna usiadł, wyjął srebrną, bogato inkrustowaną papierośnicę, otworzył ją, wybrał papierosa, wsadził do ust i udał, że się zaciąga:

– Nie proponuję, gdyż wiem, że pani nie pali. No cóż, ja z resztą też nie. Lekarze zabronili. Nie mam jednego płuca.

– Przepraszam, jak pan tutaj wszedł? – spytała ale mężczyzna jakby jej nie słysząc kontynuował:

-Kryszula jest ode mnie równo dziesięć lat młodszy: rocznik 1944, a to oznacza, że kiedy go poznałem żył jeszcze Józef Wisarionowicz Stalin, a Kryszula był dzieckiem. W 1989 on miał 45 lat a ja 55, byliśmy w sile wieku. 1989 zmiana ustroju, kapitalizm! I kolejne 25 latek nie wiedzieć kiedy minęło. Matematyka, królowa nauk. Ach, skórki, prawda, skórki od chleba! Związywane niteczkami. Co za dojmujący, do prawdy wzruszający widok. Te niteczki. Ach, pani nie wie, no przecież, pani nie zdaje sobie sprawy. Głód, chodzi o głód. Mały Kryszula był najszczęśliwszym dzieckiem, gdy mógł ssać skórkę od chleba. Jeśli mu tę skórkę umoczyłem w cukrze był gotów za nią zrobić wszystko.

– Przepraszam pana, do czego pan zmierza – znów próbowała przerwać mężczyźnie, a on ponownie ją zignorował.

– Co dzisiaj znaczy wszystko? Kiedyś wszystko oznaczało po prostu absolut, być albo nie być. Jak pani widzi ten absolut przetrwał do dziś.

– Absolut, o czym pan mówi?

– Mówię o tym, droga pani Bożydaro, że prawie siedemdziesięcioletni mężczyzna zbierał skórki od chleba w biurku wartym kilkadziesiąt tysięcy, bo to antyk i chował je pomiędzy 15 letnią wishky a piórami Mont Blanck. Ze mną jest podobnie, nie mogę palić ale papierosy mam ze sobą zawsze i choćby na chwilę wkładam jednego do ust. Mam stalowe nerwy dlatego nie zapalam. Wszystko oznaczało, że za skórkę chleba mały Kryszula gotów był podejść i na mój rozkaz uderzyć, skaleczyć a nawet zabić dowolną osobę. Mały chłopiec. Gołymi rękami. Trening? Nawyk? Coś znacznie więcej. Druga natura. Kryszulę zwerbowałem jeszcze w domu dziecka. Sierota wojenny. Zwerbowałem to z resztą złe słowo. Byłem dla niego jak ojciec, co tam ojciec, byłem kimś więcej, byłem dawcą skórek chleba z cukrem, czyli w zasadzie bogiem. Podejrzewałem nawet, że Kryszula, to nie było jego nazwisko, może imię matki niewyraźnie powtarzane przez małe dziecko, może chodziło o krasulę albo kraszone jedzenie? Jak pewnie pani się domyśla, ta firma jest skórką chleba, jest maszyną do robienie skórek i jak wszystko w swoim życiu, Kryszula ją dostał. Nie jest jego. Jego są te skórki powiązane niteczkami. Nie zamierzamy z resztą niczego zmieniać. Wszystko jest w porządku. Zasłużyła pani na to miejsce i nadal wszystko ma być tak, jak było. Będą od czasu do czasu przychodzić przetargi, zamówienia i płatności, które trzeba będzie realizować bezzwłocznie i bez pytań. To wszystko droga pani prezes, o przepraszam, panią prezes jest teraz ta fryzjerka z Mazur – Samanta,  powinienem powiedzieć: pani dyrektor. W razie problemów proszę dzwonić i nagrać wiadomość, właściwie dwa słowa, domyśla się pani jakie – wskazał na karton – ktoś się pojawi i pomoże. Acha, pewnie się już nie zobaczymy, nazywam się Śluzak, pułkownik Śluzak. Do widzenia.

Straszy pan położył na blacie kartonik z numerem telefonu i wyszedł.

24. Skórka chleba
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. No tak myślałam, że ciężko będzie z dostaniem pracy, układów nie mam eh….. Mimo wszystko trochę bym się zestresowała na miejscu Bodzi ;)

Komentarze są wyłączone.