28. Edgar

– Nie ma rady, tylko on nam może coś powiedzieć – stwierdziła Samanta i gwałtownie odwróciła wózek ze sparaliżowanym mężem. Odezwała się słodkim głosem: – Pytonku, przyszedł do naszej kochanej Bodzi, taki pułkownik jeden, raczej staruch, dziadek taki, się nazywał Śluza, czy jakoś tak: Śluz czy coś. I on widzisz Pytonku zastraszał trochu Bodzię, że ty nic nie masz, że to jest wszystko jego własność, czy kogoś. Skiń grzecznie główką, że ty nic nie wiesz i że to wariat był, naciągacz jakiś.

Na zdeformowanej i lekko zwiotczałej twarzy prezesa Kryszuli zaczął narastać grymas bólu a może nawet przerażenia. Sprawniejsza ręka zaczęła intensywnie drżeć a potem w dygot przeszło całe ciało. Samanta dotknęła jego czoła. Napełniła szklankę alkoholem i przystawiła do ust męża.

– Pytonku, więc mamy się denerwować, czy nie? – spytała trochę poirytowanym głosem. Znowu wlała mu łyczek do ust. Schyliła się, przypatrzyła się jego twarzy i machnęła ręką zniecierpliwiona. Odwróciła fotel w stronę okna i powiedziała: – Dziś jest nie w sosie mój mały, biedny robaczek. No tak, daję mu po odrobinie łyskacza. Lepsze to niż te prochy, psychotropy i te wszystkie świństwa. Alkohol rozszerza przecież żyły, co nie? Idź, kochana, idź a jak on się uspokoi może coś napisze, trochu coś pisze, pojedyncze słowa. Może dowiem się przynajmniej, gdzie szukać. Idź a jak się czegoś dowiem od razu zadzwonię. Musimy się trzymać razem.

Wstała żeby się pożegnać, nadstawiła policzek i w czasie uścisku ostrym jak brzytwa paznokciem przecięła skórę na dłoni Bożydary:

– Och, strasznie cię przepraszam – wybiegła zanim Bodzia zdążyła coś powiedzieć i po chwili wróciła z flakonikiem. – Musimy zdyzen, zdywensy, to znaczy odkazić, kochana. Kto wie co tu nawnosił ten nasz kundel. To są moje drogie perfuny, z Wenecji. Jest tylko jeden taki sklep na świecie. Pytonek mi kupywał. Są z siedemnastego albo nawet z któregoś tam wieku. Myślałam, że są zepsute, takie stare, ale Pytonek mi wytłumaczył, że takie stare są najlepsze, jak wino. Ale przecież wino też musi być świeże, bo jak stare to zepsute, więc nadal nic nie rozumiem. Kochany Pytonek!

Wylała sporą ilość na dłoń Bożydary.

– Piękny zapach, cudowny – Bodzia roztarła perfum na obu nadgarstkach. – Jeszcze niczego o podobnym aromacie nigdy nie wąchałam. Niesamowite! Po prostu cudowne!

– To weź – Samanta wcisnęła flakonik w ręce Bodzi – no weź, przecież jesteśmy przyjaciółkami, tak czy nie?

– Dzwoń – powiedział Bodzia z anielskim wyrazem twarzy wciąż trzymając w ręce flakonik z cudownym perfum. Samanta delikatnie wypchnęła ją za drzwi śląc całusa.

Odwróciła się w stronę salonu i natychmiast zmieniła wyraz twarzy jakby zdjęła niewidoczną maskę. Spoważniała. Bruzdy wzdłuż nosa ściągnęły się, kąciki ust nieco opadły. Lalkowata twarz zmieniła się w stanowczą, wyrazistą, okrutną.  Zrzuciła buty i na boso zbliżyła się do męża. Rozpuściła włosy i zebrała je z tyłu gumką. Starła szminkę. Podeszła do wózka i gwałtownie nim szarpnęła. Zbliżyła swoją twarz do twarzy prezesa Kryszuli i powiedziała niemal niesłyszalnym szeptem:

– Posłuchaj mnie. Masz jeszcze szansę. Możesz kilka lat swego beznadziejnego życia jako tako przeżyć. W innym przypadku oddam cię do najgorszego, najtańszego domu opieki w Albanii i muzułmańskim opiekunkom powiem, że jesteś byłym, serbskim pułkownikiem. Przygotowywałam się do tego siedem lat, pozwalałam sobą pomiatać, odgrywałam idiotkę, nawet dałem sobie zrobić to – wskazała na swój biust – i jak widzisz jestem zdeterminowana i świetnie przygotowana. Już wiesz, że popełniłeś straszny błąd nie doceniając mnie. Nie popełnij kolejnych.

Podeszła do barku i wyjęła kolejny flakonik. Wlała kilka kropel do szklanki i podała mężowi.

– Na dziesięć minut sztywność języka ustąpi. Potraktuj to jako dziesięć minut szansy, twoje być albo nie być. Prawda, ty nie wiesz nawet co to znaczy, nigdy nie czytałeś Szekspira. W każdym razie jak ty to mówisz: albo dupa albo stryczek, to rozumiesz prostaku, prawda? Powiesz mi co wie Śluzak i jakim sposobem odsunąć jego ludzi a najlepiej jak ich wyeliminować? Słabe punkty, rozumiesz?

– Załafie cie sucho – wymamrotał Kryszula – wdepce cie fglebe, ziro…

Miał najwyraźniej zamiar dalej przeklinać żonę ale ta nieoczekiwanie wyszła z salonu, zatrzymała się na schodach i zanim weszła na górę spojrzała na zegarek i powiedziała:

– Tracisz czas, zostało ci tylko dziewięć minut ale ja nie ma zamiaru go tracić, idę po niego.

– Nieee – zawył Kryszula ale było za późno. Samanta zniknęła na piętrze. Po chwili znowu pojawiła się na schodach chowając coś za plecami. Zwolniła. Kryszula wił się w mękach przeczuwając co za chwilę się zdarzy. Wciąż miał niemal całe ciało było sparaliżowane i jedynie nieco luźniejszy język. – Pofieeeem! Wsysko pofiem tylko błagam nic mu nie ruup – wymamrotał.

– Za późno, zostało osiem minut, trzeba było od pierwszej chwili mówić, to co chcę usłyszeć – powiedziała Samanta i wyjęła zza pleców złoto-szarego, jednego z najbardziej ukochanych z kolekcji, ubranego w kraciasty żakiecik, oryginalnego, szwajcarskiego, małego, bezbronnego misia i z całej siły nacisnęła jego szklane oczko a potem dwoma paznokciami, jak pęsetą uniosła je do góry.

– Pofieem, wsysko pofiem, tylko nie o oszko, tylko nie oszko Edgara – wyseplenił.

– Mów – misio wylądował na podłodze – za chwilę zawołam twojego kundla z ogrodu i dam mu śliczną, nową zabawkę – powiedziała Samanta.

– Siuziak  ma jeden saby punk – wymamrotał Kryszula.

– Kto?

– Siuziak!

– Śluzak? – spytała przydeptując misia Edgara.

– No przecies mówiem, że Siuziak! Siuziak ma jeden saby punk.

– No mówże do jasnej cholery debilu jeden!

– Siuziak jest w gluncie rzecy dobly – wymamrotał dziwnie mlaskając.

– Dobly? – powtórzyła kopiąc misia.

– Dobly, dobly, dobly! Przecies mówiem, że dobly. Jest doblym człofiekem.

28. Edgar
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. W sumie ciekawe z tymi demonami, ale czy na pewno mamy tylko jednego? :)

  2. Bodzie zdaje sie tez opetal jakis demonoklatwiak…

  3. @Aniula – gdyż nic nie jest takie jak się nam wydaje na początku :) tak zwana racjonalność, tak sądzę, to też tylko gra pozorów; każdy przecież jest kimś innym niż osobą, za którą się podaje, każdy też ma swoje tajemnice, choć staramy się być tacy przewidywalni :)

  4. O widzę Panie Macieju, że obala Pan mit “słabej kobiety” :) Tylko dlaczego od razu wpadamy w takie skrajności, jeżeli chodzi o Samantę ? :) Mam wrażenie, że nie ma tu postaci, które byłyby wyważone, ciągle jakieś skrajności, albo ciapowaty Łasabi kontra zasadniczy Gonzo, różowa księżniczka dr Żuk kontra babcia czarownica, podstępna Samanta kontra Bodzia . Jedynie normalny i poukładany to mi się tu kot wydaje :)Te kontry to nie zarzut, jedynie ciekawość czy taki był zamiar, aby postaci były bardziej jaskrawe? :)

Komentarze są wyłączone.