30. Burza

Niebo przecinały błyskawice. Deszcz ostro zacinał by chwilami zamienić się w kilkuminutową ulewę, a potem w nawałnicę, po chwili znów łagodniał i wybuchał z nową mocą. Z każdym grzmotem doktor Żuk podskakiwała na ławce. Była kompletnie przemoczona podobnie z resztą jak babcia, Gonzo, Łasabi i Karnickel schowani w krzakach. Jedynie kot był suchy, wygodnie rozłożył się w koszyku wiklinowym pod płaszczem przeciwdeszczowym babci, którym koszyk był okryty. Zmusili doktor Żuk do wyjścia w sam środek burzy, korzystając z szoku w jakim się znalazła. Tymczasem kot kategorycznie odmówił zgadzając się dopiero po solennej obietnicy, że ani jedna kropla nie spadnie na jego futerko. Babcia miała nadzieję, że lęk i niechęć doktor Żuk zachęcą klątwę do powrotu do nosiciela jakim była doktor. Klątwy były leniwe a jako pasożyty wolały pewnego żywiciela niż niepewne poszukiwanie nowej ofiary.

Siedzieli w krzakach już dobre pół godziny. Burza im sprzyjała. Sama w sobie była przecież silnym rozładowywaniem energii, co dezorientowało wszelkie złe moce. Ponadto uczucie ulgi jakie odczuwali ludzie po upalnym dniu mieszało się z lękiem tych, którzy obawiali się burzy. Tego rodzaju napięcie mogło zdezorientować klątwę, która najpewniej przycupnęła gdzieś w parku i czekała na chwilę najdogodniejszą, chwilę zaraz po burzy, kiedy przyroda uspokaja się wraz z ludzkimi umysłami a wówczas łatwo się gdzieś podczepić, do kogoś przylgnąć. W pewnej chwili Karnickel wyjął malutki flecik, właściwie cienką piszczałkę grubości słomki i zaczął na niej grać. Osłaniał instrument szerokim kapturem, który zsunął na przód głowy. Bardzo wysokie, świdrujące tony przebijały się przez odgłosy burzy, ulewy i szum wiatru. Kot zaczął się gwałtownie wiercić w klatce, więc babcia, nie zważając na deszcz, wzięła go na ręce i obiema dłońmi zatkała mu uszy. Na niewiele się to jednak zdało. Jedna trzecia kociej głowy to przecież uszy, najdoskonalszy aparat do wychwytywania dźwięków i utrzymywania równowagi. Felek wtulił się w babcię i w końcu zaczął przeraźliwie miauczeć w tej samej tonacji co dźwięk piszczałki Karnickela. Dopiero ten dwugłos przyniósł mu ulgę. Karnickel wciąż grając usiadł na ławce obok doktor Żuk. Wówczas z oddalonej o kilka kroków kępy wychynęły uszy a potem cała postać sporego, żółtego królika. W świetle parkowej latarni widać było jak strzyże uszami i w krótkich, króliczych podskokach zbliża się do ławki.

– Królik – zdziwił się Gonzo – w środku miasta?

– To nasz królik – odpowiedziała szeptem babcia. – Nie ruszajcie się, żadnego fałszywego ruchu. – Poprawiła kota, którego ściskała pod mokrym swetrem i przymrużyła oczy żeby lepiej widzieć okolicę ławki.

– Jak to nasz królik ? – tym razem Łasabi się zdziwił.

– Karnickel to po niemiecku królik, króliczy król gra króliczą pieśń. Klątwy lubią muzykę. Zawsze przybierają kształt tego, do czego chcą się upodobnić – wyjaśniła babcia.

Tymczasem królik był już blisko ławki. Uniósł się na tylnych łapkach i pochylił uszy żeby uchronić ich wnętrze od kropel deszczu, choć przecież żadna kropla nie mogła go zmoczyć. Upodobnienie stawało się niekiedy doskonałe. Czasem kopia lub iluzja wydają się prawdziwsze od pierwowzoru. Królik był całkowicie króliczy a Łasabi gotów był przysiąc, że przez chwilę w Karnickelu także dostrzegł wielkiego, grającego na piszczałce królika. Doktor Żuk zauważyła przypatrujące się jej zwierzątko i wyciągnęła do niego rękę jak mają w zwyczaju ludzie zakładając, że ludzka ręka jest czymś miłym zarówno dla wiewiórki w parku, konia w stajni, czy króliczka w parku. Królik jeszcze dwukrotnie kicnął w stronę ławki a Karnickel zmienił rytm granych dźwięków na wolniejszy, bardziej kołyszący. Gdy królik był już niemal u stóp doktor Żuk kot Felek wyrwał się z objęć babci i skoczył w jego stronę. Wówczas równie szybki królik rzucił się do ucieczki w stronę zarośli i gdy miał już wśród nich zniknąć, jak spod ziemi wyrósł przed nimi dziad proszalny i rozpostarł worek. Królik w pełnym biegu nie mógł już zawrócić i wskoczył do środka. Dziad sprawnym ruchem zawiązał worek i zarzucił sobie na plecy.

– Zuch kot – pochwalił Felka i skierował się w stronę wyjścia z parku. W ślad za nim ruszył Karnickel.

– To nasza klątwa – krzyknęła babcia. – nie masz prawa!

– Nie masz prawa, to nasza klątwa! – powtórzył kot.

– To jest nasz królik! – krzyknął Gonzo.

– Ten królik jest nasz! – powtórzyła babcia.

– Nasz jest ten królik! –  powtórzył kot.

– Teraz jest mój – zawołał dziad i pomachał ręką.

– No proszę – powiedział kot – i cały zmokłem. Wyglądam jak ostatnia oferma. Mokry kot, co za wstyd.

– A co z królikiem? – spytał Gonzo.

– Przepadł – oświadczył kot.

– Jak to przepadł? Trzeba go odebrać temu dziadkowi – stwierdził Gonzo.

– To go odbierz – powiedział kot próbując strzepnąć z sierści nadmiar wody.

Wiele się nie namyślając Gonzo ruszył biegiem w stronę ulicy Zajączkowskiej. Biegł tuż za nimi, widział ich sylwetki dosłownie kilka metrów przed sobą. Wbiegł na ulicę ale na Zajączkowskiej nie było śladu ani po króliku, ani po Karnickelu, ani po proszalnym dziadzie. Nie było nikogo. Niebo rozdarła błyskawica.

30. Burza
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. w.aga a wszystkiego dobrego :) i wszystkim czytająco – komentującym i niekomentującym również :) Panie Macieju dla Pana również jako głównego pisarza bloga :) Matko chyba o nikim nie zapomniałam :)

  2. Pozdrowionka dla wszystkich:)

  3. Ale dziad!

  4. A to ciekawe :) Chodzi o kwestię kolekcjonerską? :)

Komentarze są wyłączone.