31. Czterystodwudziestodwulatek

Samanta Gołąbek kilkoma sprawnymi kliknięciami zalogowała się na portalu trzecioligowej drużyny KS Orzeł PAPUGA, czyli Klubu Sportowego Orzeł Przedsiębiorstwa Automatyzacja Produkcji i Utylizacji Gruntów Asfaltowych w Kukułkach. Zdjęcie w tle przedstawiało stadion klubowy PAPUGA Arena, dumę Kukułek. W komentarzach pod artkułem opisującym ostatnią ustawkę pomiędzy kibicami KS Orzeł PAPUGA a kibicami Drwęcy Rwążynek po wyjazdowym, przegranym przez Orła meczu w Szczękodrzycinie, wpisała: KS Orzeł PAPUGA, wieśniaki do pługa. Kliknęła Enter i spokojnie czekała. Już po kilku minutach pod nickiem: Byku, pod którym się zalogowała pojawiła się pierwsza obelga a w ślad za nią następne. Włączyła program na swoim komputerze, małe arcydziełko, przy pomocy którego ściągała całą złą energię, którą wyzwoliła swoim wpisem. Po jakimś czasie wpisała kolejny komentarz: Orzeł ledwie może a potem następny: KS Orzeł PAPUGA jąka się i mruga. Hejterskim reakcjom nie było końca. Zatarła ręce. Po jakimś czasie dodała jeszcze jeden komentarz żeby podgrzać atmosferę: Kukułki to śmierdzące pierdółki. Wówczas pojawiła się eksplozja nienawistnych odpowiedzi a plik z wyzwiskami robił się ciężki, coraz cięższy, coraz bardziej groźny. Następnie zmiksowała go z hitem tego lata: Ona to moja narzeczona. Wreszcie skompresowała dane i zgrała wszystko jako plik muzyczny na swój smartfon. Z satysfakcją pogładziła telefon. Skonstruowała bombę, istną bombę biologiczną. Umalowała się jak kokota. Przyszło jej do głowy, że to anachroniczne słowo oznaczające kurtyzanę często pojawiało się w wypowiedziach jej babki. Uśmiechnęła się na to wspomnienie. Babcia, jedyna osoba, która ją rozumiała. Samanta przywykła do kostium naiwnej kretynki. Czuła się pod spodem bezpieczna, nietykalna, odprężona.

Wyszła do salonu i spojrzała na męża. Pielęgniarka smacznie spała na kanapie obsypana chipsami i popcornem, którym stale się objadała. Jej ulubione, cebulowo-serowe chipsy Samanta doprawiała pyszną przyprawą nasenną. Zawsze ilekroć zamierzała gdzieś wyjść. Kryszula był cały czas pod wpływem silnych środków, które wywoływały niedowład kończyn a także utratę mowy, jednak strzeżonego Pan Bóg strzeże. Mógł przecież próbować nawiązać kontakt, wykonać telefon, poskarżyć się. Zanim odwróciła wózek krótkim, silnym uderzeniem w potylicę dała znak mężowi, że to ona. Otworzyła torebkę i wysunęła z niej łebek misia Edgara a potem co gorsza, mniejszego, beżowego, ulubieńca prezesa, miśka Olafa, przywiezionego z Oslo wiele lat temu. Antykwaryczny okaz z 1920 roku, zachowały się tylko dwa egzemplarze na świecie. Prezes nigdy, przenigdy nie wrzuciłby miśka luzem do torby, gdzie mógłby się upaprać choćby przypadkiem, pognieść, czy w inny sposób uszkodzić. Wyjmował misie ze szczelnej gabloty zrobionej z hartowanego szkła z filtrem UV, tylko na specjalnie okazje, zawsze w rękawiczkach. Mówił do nich, zwierzał się im, prosił o radę, czasem przepraszał. Tylko wobec misiów, wobec wypchanych kukiełek prezes okazywał ludzkie uczucia. Sadzał je na biurku, podziwiał, oglądał, wąchał, sprawdzał czy nic się nie dzieje z tkaniną, trocinami, kolorem aplikacji i troskliwie odkładał na miejsce. Niektóre z nich warte były majątek ale nie z powodu pieniędzy Kryszula tak upodobał sobie misie. Miś pluszowy był dla niego symbolem bezpieczeństwa, znakiem dostatku, odplamiaczem jego dzieciństwa, nadzieją i jedyną istotą, którą kochał. Każdy miś, którego przyniósł do domu stawał się członkiem jego rodziny. Samanta pokazała łebki misiów i pogroziła Kryszuli palcem. Zrozumiał ostrzeżenie. Godzinę później zadzwoniła do mieszkania na Grottgera.

– Witam panią prezes, zapraszam – Łasabi uśmiechnął się niepewnie. – Bardzo dziękuję za wyrozumiałość i zgodę na przedłużenie urlopu a przede wszystkim za okazane zaufanie i awans.

– No co tam – powiedziała Samanta – Bożydara się wstawiła za panem. Wykaże się pan w praniu, znaczy się w działaniu. Przyniosłam papiery do nowej umowy, które musi pan podpisać żeby oficjalnie pierwszego września zostać kierownikiem.

– Dziękuję, że się pani fatygowała, pani prezes.

– Och, nie ma za co, nie ma za co. Mam tu blisko fryzjerkę w Hajacie. Tylko tam chodzę, gdyż gdzie indziej nie umią mię uczesać – Samanta uśmiechnęła się poprawiając kok. Wyciągnęła z teczki dokumenty i podając je skaleczyła Łasabiego w rękę swoim zaostrzonym paznokciem. Łasabi syknął z bólu a pani prezes natychmiast odszukała w torebce flakonik.

– Przepraszam bardzo, ach te moje pazurki, niezdara jestem, gupia. Trzeba odkazić – powiedziała – bo jakieś świństwo się może wdać. Mam tu pod ręką perfuny na mocnym alkoholu, włoskie – Samanta przechyliła flakonik ale zanim zdążyła wylać zawartość na rankę Łasabiego z impetem, z kuchni do pokoju wpadła babcia:

– Odkazić? Trzeba odkazić? Mam tu akurat pod ręką wodę utlenioną. Dzień dobry pani! – babcia obrzuciła Samantę uważnym spojrzeniem. – Woda utleniona będzie najlepsza. – I zanim prezes Gołąbek-Kryszula zdążyła wykonać choćby ruch, babcia odsunęła Łasabiego od zasięgu jej ręki i własną dłonią zakryła skaleczenie. W tej samej chwili w pokoju pojawił się kot, okrążył Samantę, najeżył sierść i już, już miał ją zadrapać, gdy ta chwyciła torebkę i pośpiesznie wyszła z mieszkania. W otwartych na klatkę schodową drzwiach krzyknęła:

– Przepraszam ale przypomniałam sobie, że jestem spóźniona! Proszę podpisać umowę i podrzucić do kadr.

Zostali sami.

– No i ciekawie jest – powiedziała kot Felek – czyli to nie ona.

– Jak nie ona, jak ona – odpowiedział Łasabi – przecież specjalnie mnie zadrapała.

– Ona ale nie ona – mruknął kot.

– Jasne, że specjalnie – powiedziała babcia oglądając zadrapanie.

– Jasne, że specjalnie a to oznacza, że to nie ona. No, nie ona rzuciła na ciebie miłosny czar wcześniej, przed twoim wyjazdem do Chorwacji – stwierdzi Felek rzeczowo.

– A to oznacza, że ktoś inny – powiedziała babcia.

– Czyli nie ona, czyli ktoś inny – potwierdził kot starając się wyczyścić swój pazur – czyli ktoś inny, inną techniką – dodał.

– Ona najwyraźniej chciała ci coś wetrzeć w ranę, pewnie chciała cię uśpić i przeszukać mieszkanie – babcia posypała zadrapnie Łasabiego sproszkowanym zielem. – Dość anachroniczny, stary sposób. Ciekawe, gdzie się go nauczyła?

– Czyli, to jednak ona – upierał się Łasabi.

– Ona ale nie ona – powiedziała babcia.

– Ona, gdyż albowiem znaczy się jest czarownicą, jak najbardziej nią jest. Ale nie ona, gdyż nie wiedziała co z tobą, co i jak? Jeśli czarownica raz cię dorwie, to przecież już wie, że cię dorwała. A ta tutaj, nie wiedziała. Dlatego tak jak my chciała cię zadrapać i uśpić albo podporządkować, przynajmniej na godzinkę, dwie – wyjaśnił Felek.

– Podporządkować? – zdziwił się Łasabi.

– Robi się tak – kot usiadł na przeciwko Łasabiego – ja prycham, drapię a następnie baba wiedźmicha przeprasza, przegania mnie i w ranę wciera, już ona wie, co tam wciera. No wciera co zechce, zioła na sraczkę dla żartu, albo coś na zapomnienie, albo na dobre sny, albo rozkaże coś tam zrobić, albo na sraczkę, nie, na sraczkę już było, albo na… – przerwał i podrapał się za uchem. – W każdym razie już wie, że my to my i dlatego zwiała. Nie była przygotowana na konfrontację. A my wiemy, że ona, to ona.

– I wiemy też – dodała babcia – że to nie ona.

– Nic nie rozumiem z tych waszych wywodów – Łasabi podmuchał na skaleczenie.

– Jest graczem w naszej grze, synuś ale nie jedynym i chyba ją także to zaskoczyło – stwierdził Felek.

– Synuś? – Łasabi spojrzał na kota z dezaprobatą – chyba się zagalopowałeś sierściuchu?

– O wypraszam sobie sierściucha gówniarzu jeden! To, że jestem teraz nominalnie kociątkiem a w zasadzie podrostkiem, to nie oznacza, że jestem jakimś małolatem. Mam… – kot przymrużył oczy starając się obliczyć coś w głowie – z tego co pamiętam, ten drań Melchior z Mościsk zmarł w 1591 w Krakowie, a ja już wtedy miałem…czyli mam synuś, co najmniej, co najmniej 422 lata! Pamiętam czasy Zygmunta Augusta. Nie przeczę, ty też możesz być całkiem wiekowy, to jeszcze się ustali, ale szacunek się należy.

– O czym on mówi? – Łasabi spojrzał zaniepokojony na babcię.

– Mówi, że ma co najmniej 422 lata – odpowiedziała babcia.

– Ale o mnie, co mówi o mnie? – zdenerwował się Łasabi

– Mówi, że jeszcze się ustali ile masz lat naprawdę – odpowiedziała babcia.

31. Czterystodwudziestodwulatek
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Hmm to muszę się jednak dokształcić z zielarstwa, bo tylko tworzę ludziom w głowach myślo-kształty, a może przez zadrapanie to szybciej by poszło :) Nie podoba mi się wykorzystanie czarów do niecnych czynów fujjjjjj

Komentarze są wyłączone.