34. Eszu

Z zatkanymi uszami przyglądali się jak królik rośnie. Królik, klucz do odpowiedzi na pytanie: kto jest autorem królika, czyli klątwy z której się uformował, ów puchaty stworek rósł jak ciasto na drożdżach. Smartfon odebrany Samancie Gołąbek odtwarzał zawirusowany nienawiścią hit lata: Ona to moja narzeczona. Po kilkunastu sekundach odtwarzania kapitan Matuszewski wyłączył nagranie. Królik urósł do potężnych rozmiarów. Stracił swoją złoto-żółtą barwę i teraz  wyglądał jak łaciaty srokacz belgijski. Kilka dźwięków piszczałki Karnickela uspokoiło królika, który zaczął się nerwowo wiercić. Chwilę strzygł uszami i wreszcie usiadł w kącie kuchni, gdzie zaczął zajadać z zapałem kolorową gazetę plotkarską. Kapitan Matuszewski rozsypał na dłoni mieszankę lubczyku, rozmarynu i piętnastu innych specyfików i dmuchnął w kierunku króliczej zjawy. Przez moment w kolorowej chmurze, która powstała w miejscu, gdzie siedział królik, dostrzegli słowa, z których był zlepiony. Edek Matuszewski przecząco pokręcił głową. Wówczas dziad proszalny spytał Heńka, kierownika ośrodka PAPUGA:

– A wy majorze, jaki macie pomysł?

– Ja to bym najchętniej mu przypierdolił, panie pułkowniku, to zawsze skutkuje na dziadostwo.

– Na to zawsze będzie czas Heniu– powiedział pułkownik – trzeba znaleźć do niego klucz, sposób, jak hasło do zalogowania, jak numer do skrytki. Z klątwą jest jak z człowiekiem. Nie mówi; nie przyznaje się do winy; nic w swoim życiu nie zmienia; chla chociaż go dzieci proszą; pali chociaż wie, że to trucizna; gra chociaż wie, że jest hazardzistą aż tu pewnego dnia znajduje się do niego klucz. Przypadkiem albo i nie przypadkiem, nic stąd ni z owąd z kanalii robi się sympatyczny człowiek; nawraca się albo przeciwnie zrzuca sutannę;  z porządnego człowieka robi się bydlę; albo przestaje pić albo przeciwnie baluje do upadłego; zarabia duże pieniądze albo traci dorobek życia. Wszystko z powodu klucza, który coś otwiera w nim, w samym środeczku albo zamyka. Potrzebujemy klucza! Klucza! Sposobu Heniu!

S czełowiekom proishodit toże, czto i s djerewom, czem bolsze strjemitsja on w wjerch, k swetu, tem głubsze uchodjat korni ego w zemlju, wniz, w mrak i głubinu, ko złu – nieoczekiwanie odezwał się Karnickel, który nigdy nic nie mówił. Królik drgnął, zastygł i po chwili zaczął falować jak pejzaż w powietrzu rozgrzanym słońcem.

– Co on powiedział? – spytał Heniu.

Człowiek tak jak drzewo: im bardziej dąży ku górze, ku światłu, tym bardziej jego korzenie zagłębiają się w ziemię, w dół do mroku i zła – przetłumaczył dziad proszalny – to z Friedricha Nietzsche’go – dodał.

Wmiesto togo cztoby poswjatit sjebja miru, czełowiek rastraczywajet sjebja na djeła – ponownie odezwała się Karnickel a dziad przetłumaczył:

Człowiek zamiast poświęcić się światu, rozdrabnia się na duperele. Nie wiem skąd to? – powiedział i usiadł przy stole. Tymczasem królik gwałtownie się powiększył jak nadmuchiwany balonik i przybrał niemal ludzką, mglistą postać, która to znikała, to znów nabierała barwy, gęstości i konkretnego kształtu.

No se puede entrar dos veces en el mismo río el no etras de donde no puedas libremente salir – powiedział Karnickel.

Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki lecz nie wchodź tam, skąd nie możesz wyjść bez problemu – przetłumaczył pułkownik spoglądając jak zjawa nabiera ludzkich, wyrazistych kształtów. Ruchem dłoni wskazał miejsce przy stole. Zjawa, która była jeszcze chwilę temu królikiem, który był klątwą, która była zmyślnie skonstruowanym przekleństwem, stała się teraz mężczyzną o egzotycznych rysach twarzy w czarnym garniturze,  w haftowanej koszuli, w kapeluszu. Kapelusz z resztą był najmniej jednoznaczny, gdyż raz wydawał się melonikiem, innym razem wojskową czapką. Dziad proszalny spojrzał z satysfakcją na Karnickela jakby chciał powiedzieć:  dobra robota towarzyszu!

– Skąd wiedział? – spytał major.

– Skąd wiedział co? – spytał pułkownik wpatrując się uważnie w mężczyznę w czerni.

– Skąd wiedział jak do niego zagadać i że po rusku a potem po tamtemu?

– Heniu, na miłość boską, czasami pomyśl chłopie, a nie tylko w mordę albo w ryj – zirytował się pułkownik i dodał po chwili: – składniki czarów Samanty były rosyjskie i jeden dziwny: jakieś boliwijskie ziele. Karnickel, zuch. Słuchał Edzia, spróbował i trafił. Najlepszy dowód, że źródło może być to samo. – Pułkownik odwrócił głowę w stronę mężczyzny w czerni i spytał: – Kto twoj komandir? Ty nasz, ili nie nasz, ili ty innostrannyj czort? Gawaritie bystro!

Mężczyzna w kapeluszu, ów niedawny królik, odwrócił głowę, rozejrzał się po kuchni, przypatrzył się uważnie każdemu z mężczyzn i powiedział:

– Nora, no przykro mi powiedzieć nora panie pułkowniku Śluzak. Zastanawiam się, jak już jesteśmy w klimacie nieco lingwistycznym i semantycznym, czy Śluzak pochodzi od śluzu, czy tez od śluzy? Oczywiście wiem, że to pana dawny pseudonim. W czasach, kiedy robotnicze nazwisko dobrze brzmiało, kiedy należało ukrywać swoje pochodzenie oraz prawdziwą tożsamość, takie odrzeczownikowe, banalne nazwisko było jak skarb: Drabiniak, Murarski, Kielnia, Furman ale nie zapominajmy o prekursorach: Kamieniew, Fornalska, Stalin. Niektórzy proletariusze z dumą nosili te wszystkie plebejskie przezwiska, ale pan, dzisiaj, ze swoimi możliwościami? Mógłby się pan bez trudu nazwać inaczej: Śluzowicz, Śluzowski, Śluzawski a nawet skończyć z tym śluzem. Zastanawiam jakie nazwisko by do pana pasowało? Co by pan powiedział na Gris Sombra albo Sieraja Tień albo Grey Shadow? I mógłby pan  wreszcie zamieszkać nieco ładniej. Stać pana. W pewien sposób rozumiem ten pana śluz, wywołujący nieco obsceniczne skojarzenia.

– No i się swołocz rozgadał i dobrze – pułkownik przerwał wywód czarnej zjawie. – Nie musimy już ziołami w królika dmuchać ani piszczeć na fujarce, tylko możemy konkretnie pogadać a nawet i w ryj dać, jak radzi major, jeśli tylko zgęstnieje ci facjata, bateryjko. Zdziwiony? Jesteś bateryjką i niczym więcej. Możesz być człekokształtną bateryjką ale tylko dzięki nam. Naładowany i rozładowany. Większość ludzi to człekokształtne bateryjki, więc możesz się całkiem nieźle urządzić, jeśli zamieszkasz pośród nich ale na naszych warunkach, więc nie dokazuj chmurko, bo się rozwiejesz w kurzu i pyle. Lepiej mieć jakąś postać i tożsamość niż rozpuścić się w smrodzie. Już rozumiesz? – pułkownik wyjął papierośnicę a potem wsadził papierosa do ust i udał, że się zaciąga.

Czarny demon skinął głową jakby na potwierdzenie słów pułkownika po czym niespodziewanie wyjął identyczną papierośnicę i skrupulatnie, jakby w zwolnionym tempie powtórzył gesty Śluzaka. Wreszcie do koniuszka papierosa przystawił zapaloną zapałkę i ku zaskoczeniu wszystkich, jego papieros zapłonął żarem. Zaciągnął się i wypuścił kłęby pachnącego tytoniem, papierosowego dymu.

– Widzisz, ty nie możesz palić z powodu lęku przed rakiem. Zostało ci jedno, słabe płucko. W dzieciństwie zapalenie, potem gruźlica a teraz ta zaraza. Ledwie dychasz – odezwał się mężczyzna w kapeluszu. Mówił spokojnym, głębokim, niskim głosem. -Tymczasem ja jestem rakiem. Jestem nim samym, żywię się wszystkim czego tak nie lubicie, pochodzę z waszych myśli, zdegenerowanych tkanek, zmutowanego białka. Jestem nieśmiertelny. Mnie chcesz przestraszyć? Ja się każdym lękiem i groźbą karmię! – mężczyzna w czerni odchylił się do tyłu, zaśmiał się gwałtownie i chrapliwie, po czym wstał i zamierzał wyjść z mieszkania. Karnickel zagrodził mu drogę do drzwi i powiedział:

Nunca digas la verdad a la gente que no se lo merece.

Ja nie zasługuję na prawdę? – oburzyła się zjawa. – Co masz na myśli kundlu?

– Co Karnickel powiedział temu skurczybykowi, panie pułkowniku? No co powiedział? – Heniek gorączkowo dopytywał.

– Nigdy nie mów prawdy ludziom, którzy na nią nie zasługują – odpowiedział Śluzak.

– Na jaką to niby prawdę nie zasługuję? –  warknął demon.

– Nie zasługujesz na prawdę o swoim pochodzeniu, każdy jest ciekaw jaki jest jego początek  –  stwierdził pułkownik i spytał po rosyjsku: – A wy znajetie kakoje wasze naczało, ili nie znajetie? Wy ot kogo priszli? Goworitie dobrom!

– Dobrom? No sztorz, ja dorogoj towariszcz, prichorzu ot Feliksa, waszego druha – odpowiedział mężczyzna w kapeluszu.

Kak tiebja zawód?

Nazywajut mienia Eszu.

– Od Feliksa? Przecież ten drań plugawy zaginął – zdziwił się Matuszewski.

– I najwyraźniej się odnalazł – stwierdził Heniu.

– I jak teraz skurczybyka obłaskawić? – spytał kapitan Matuszewski.

– Najpierw go trzeba dorwać Edziu – odpowiedział Heniek.

– Nie tamtego, tylko tego tu – Edziu Matuszewski wskazał na zjawę w męskiej postaci.

Tymczasem Karnickel zbliżył się do demona, zdjął jego kapelusz i zaczął go delikatnie głaskać po głowie. Demon w jednej chwili zmalał, zrobił się przeźroczysty, jeszcze bardziej przeźroczysty i powoli osunął się na krzesło.

– I żadnych kurwa, agresywnych wypowiedzi! – pułkownik podniósł głos lecz w tej samej chwili demon zgęstniał i uniósł się na krześle. Wówczas Śluzak uśmiechając się dodał: – Tylko miłe, sympatyczne słowa. Dobre słowa. Po dobroci. Dobro. Samo dobro. Dobrze, ze spokojem. Spokojniutko. Miło. Tak jest. Karnickel ty geniuszu, przypunktowałeś chłopie. Nie ma co, przypunktowałeś, mój ty geniuszu!

34. Eszu
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. ad myślę, że to trzeba mieć przy sobie taką ekipę jak pułkownik :) Samemu trochę straszno:) a Karnickiel z rosyjskim to podstawa :)

  2. Nie próbowałem jeszcze karka kłaskać po głowie. Może warto?

  3. Żeby to tak od razu na wszystkich „karków” działało eh….

Komentarze są wyłączone.