35. Proszszsz

– W takim razie podsumujmy – powiedział Łasabi upijając łyk herbaty.

– W takim razie podsumujmy – przytaknął kot.

– Co wiemy? – dodał Gonzo.

– Co wiemy – powtórzył kot.

– Boże, przestań – jęknął Gonzo.

– Miło mi, miło i rzeczywiście, co racja to racja, koty bywały bogami, bywały. Z resztą zwierzęta magiczne to długa tradycja sięgająca jeszcze… – kot zaczął swój wywód ale Gonzo mu przerwał:

– Proszę przejdźmy do rzeczy, podsumujmy sytuację, proszę. Jakoś ją ogarnijmy – zaapelował.

– Proszszsz – zgodził się kot. – A swoją drogą zauważyliście, że na przykład lekarze, choćby taka doktor Żuk zjadają końcówki? Mówią na przykład: proszszsz zamiast:  proszę z dźwięcznym: ę na końcu. Uwielbiam to! Taka oszczędność samogłosek!

– Proszę, błagam kocie! Przejdźmy do rzeczy – raz jeszcze poprosił Gonzo.

– W takim razie do rzeczy. Proszszsz bardz. Miłosne uroki? Baaanał. Rzucało się je najczęściej z powodów posagowych żeby przechwycić majątek, ewentualnie wywołać skandal, ewentualnie z  powodu chuci, czyli tak zwanej chcicy seksualnej – stwierdził kot przechadzając się po pokoju. – Następnie skradziona nam klątwa. Klątwy? Baaanał. Klątwy, przekleństwa, obelgi, wyzwiska, jeden pies. Rzucano je, żeby komuś zaszkodzić. Do dziś, kto może ten rzuca. Ojczyzna nasza rzucaniem słynie. Rzucaniem stoi! Gęsto. Im gęściej tym odporność wzrasta. Kiedyś byle złorzeczenie potrafiło zmieść ze sceny, zniweczyć karierę, wywołać załamanie psychiczne. Obecnie? Baaanał. Ot, choćby wczoraj, w telewizji mówili, że nastolatka, dziecko przecież, przeklinając zbiła pięścią po twarzy dwie koleżanki, gdyż kibicowały innej drużynie piłkarskiej. I co? Baanał. Faceci bili się przez kilka godzin na plaży na gołe pięści, lincz, samosąd. I co? I nic. Baaanał!

– No i do rzeczy kocie, co z tego wynika? – powiedział Gonzo.

– A dajże mu spokój, z tym: do rzeczy i do rzeczy – zaprotestował Łasabi. – Przecież mówi, niech mówi, bardzo ciekawie mówi. Niech mówi. Tylko on, z nas trzech, ma jakieś pojęcie o co tu chodzi?

– Proszszsz. Tłumaczę, zastanawiam się, wyjaśniam na ile potrafię – koty wyprężył się z dumą. – Proszszsz bardz. Jednakże zastanawiam się najintensywniej w jakim celu, czyli po co, jednocześnie rzucać urok miłosny i klątwę? Nie rozumiem? Chyba, że mamy do czynienia nie z jedną osobą rzucającą ale z dwoma? Ale to już w zasadzie wiemy po spotkaniu z czarownicą Samantą. Z pewnością była zaskoczona. Czym? Wszystkim – kot odpowiedział sam sobie i ponownie spytał: – Kto zatem jest tym drugim? Jesteśmy my, czyli ja i baba wiedźmicha i ja, ach prawda, siebie już wymieniłem, oraz niestety obaj panowie w roli ofiar uczepieni do nas jak rzep psiego ogona. Jest dziad proszalny i jego świta. Z nim nigdy nic nie wiadomo? Jest oczywiście Samanta, spryciulka jedna ale nie aż tak sprytna jak sądzi oraz, oraz jest…ktoś. Nie wiadomo kto? Kto jeszcze wstępuje w naszej historii? Doktor Żuk? Doktor Żuk! Doktor Żuk też jest ofiarą, mamy niezbite dowody, więc kto? Nie wiadomo! Proszszsz bardz.

– No i proszę – podsumował Gonzo – tośmy się dowiedzieli ciekawej historii od gadającego kota, który twoim zdaniem ma 422 lata, pamięta Zygmunta Augusta i już wie: o co tu chodzi? Ale przecież w zasadzie nie wie. Mam wrażenie, że zaraz się obudzę z tęgim bólem głowy i minie mi dopiero po wypiciu kawy i zjedzeniu jajecznicy.

 – A no właśnie! –  ucieszył się kot – Zygmunt August! To wszystko przypomina mi historię sprzed lat. Melchior z Mościsk, inkwizytor, był wtedy czarnym charakterem, prawdziwym, czarnym charakterem. Spowiednik króla – zamyślił się kot.

– A kto u nas jest czarnym charakterem? – spytał Łasabi. – Przecież my jesteśmy ci dobrzy. Tak czy nie? Dziad proszalny też w zasadzie nam pomagał. Dzięki Samancie awansowała Bodzia, zasłużenie, a prezes Kryszula był straszny, naprawdę straszny. Nie życzę mu źle ale cieszę się, że go nie ma w firmie. Nic z tego nie rozumiem? Doktor Żuk też przecież jest niewinna, sami mówicie. To kto jest w takim razie winny?

– Proszsz, typowe myślenie dzisiejszej młodzieży – kot rozciągnął się na kanapie. – Niczego nie rozumie dopóki nie ma winnego. Dobro i zło. Ustalmy kto jest tym złym. Dopiero wtedy ustalimy kto jest tym dobrym. Tymczasem zastanawiam się drogi Łasabi, czy nie martwią cię te wszystkie gry, uniki i manipulacje, którym ulegałeś? Nie zastanawia cię puste życie, które prowadzisz. Dopiero szalony lipiec i sierpień wybiły cię z rutyny i teraz nie wiesz co masz z tym fantem zrobić?

– Znalazł się kot filozof? Halucynacja, z którą rozmawiamy i która mówi nam jak mamy żyć – stwierdził Gonzo wciąż podenerwowanym głosem.

– No proszszsz odezwał się nasz nadworny sceptyk. Ten, co to ucieka od świata, myśl depresyjna goni myśl depresyjną a nieudana próba samobójcza, kolejną. Nasz samotny racjonalista – kot przewrócił się z boku na bok.

– O czym on mówi? – spytał zaniepokojony Łasabi.

– Mówię o rozpaczy w jakiej tkwi Gonzo. O starych ranach, o strupach, od których nie może się odkleić. O wyobcowanym cyniku, któremu wydaje się, że tylko dzięki sarkazmowi jest w stanie utrzymać się na powierzchni. Mówię o samotności, z resztą dotyczy was obu. Gonzo wybrał Islandię żeby stamtąd nie wrócić, a ty nawet nie pamiętałeś, dokąd twój najlepszy przyjaciel wyjechał. Kiedy wrócił u kresu sił, a może resztką woli życia, zarzuciłeś go tymi swoimi miłostkami, banałami, banalnymi balonami, banialukami, badziewnymi emocjami, bzdurnym bzdetami. Proszsz bardz. Jak mi się pięknie powiedziało. No i kolejny baaanał – kot ziewnął ale nie dokończył procesu ziewania z przeciąganiem, gdyż w jego stronę poleciała poduszka rzucona przez Łasabiego i groźniejsza: tenisówka, którą śmignął w jego stronę Gonzo. Przestraszony kot zerwał się i wskoczył pod łóżko w sypialni, gdzie zaszył się w najodleglejszym kącie.

– O co wam poszło? – spytała babcia przyglądając się całej sytuacji z przedpokoju. Dopiero co weszła do mieszkania.

– Ten kot jest irytujący – stwierdził Gonzo.

– To prawda, babciu. Jest nie do wytrzymania – przytaknął Łasabi.

– Co też wy, chłopcy? To tak, jakbyście powiedzieli, że sierpień jest nie do wytrzymania albo księżyc na niebie zbyt jasny. Kot to kot. Trzeba go słuchać, tak samo jak słuchacie wiatru. Gdy wieje wiatr po prostu zamykacie okna, gdy pada deszcz chowacie wysuszone pranie.

– Ale on się mądrzy, babciu – usprawiedliwił się Łasabi.

– Mówi co myśli, a co ważniejsze mówi jak jest i mówi prawdę. Wali prosto z mostu. Kot to kot. Niełatwo wysłuchać co ma do powiedzenia dlatego większość ludzi w ogóle nie słyszy tego, co mówią do nich koty. Macie szczęście chłopaki, wy słyszycie! Ale do rzeczy. Przeproście kota i zabieramy się do roboty. Spotkałam się z dziadem proszalnym i mam plan!

35. Proszszsz
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

2 komentarzy

  1. Najtrudniej jest słuchał ludzi mówiących prawdę, bo tylko prawdę może naprawdę zaboleć.

  2. Czasem pytam się ludzi czy mnie słyszą :) Nie lubię gadać po próżnicy :)

Komentarze są wyłączone.