36. Czarny koń

Eszu poprawił krawat pod szyją i wykonał ruch koniem. Pułkownik odpowiedział zbiciem wieży. Partia szachów wchodziła w decydującą fazę.

– Jeśli wygram panie pułkowniku, to zrobić pan coś dla mnie?

– Nie wygrasz, upiorze, gdyż w trzech ruchach dam ci mata – zaśmiał się pułkownik i zaciągnął się niewidocznym dymem z niezapalonego papierosa.

– Panu tu rządzi, ale jeśli wygram, zrobi pan coś dla mnie? – upierał się Eszu, demon w czerni wycofując hetmana, który dotąd szachował lewe skrzydło proszalnego dziada. Dziad odpowiedział atakiem pionka na gońca, gdyż hetman pozostawił na polu walki niebronioną figurę. Co za strata. Śluzak odłożył zbitą figurę na bok i zadowolony z siebie powiedział:

– Szach królowi! Zgadzam się Eszu, jeśli mnie pokonasz, wszystko co zechcesz.

– Oficerskie słowo?

– Słowo.

– Słowo milicjanta na służbie?

– Słowo.

– Słowo komunisty? – upewnił się upiór.

– Nie przesadzaj skurczybyku, bo się doigrasz! – poirytował się Śluzak.

Eszu chwycił swego czarnego konia, przestawił go na szachownicy i spokojnie powiedział:

– Szach i mat pułkowniku. Przykro mi ale to mój trzeci ruch kończy tę partię.

Śluzak przyjrzał się szachownicy. Ewidentny szach i mat. Jak mógł tego nie zauważyć? Ewidentny błąd. Wbrew zasadom cofnął swój ostatni ruch. Znowu go wykonał. Rozważył inne możliwości. Raz jeszcze powtórzył fatalne posunięcie. Powolnym ruchem zdjął swego białego króla z szachownicy i spytał:

– Czego chcesz?

– Proszę uwolnić Anansi.

– Kogo? – zdziwił się pułkownik.

Karnickel, który nigdy nic nie mówił wstał jakby zamierzał coś powiedzieć ale uprzedził go Eszu:

– Pająka, niech pan wypuści pająka. I tak będzie pod waszą kontrolą a w tym maleńkim, ohydnym pudełku, po jakiś robakach na ryby albo co gorsza kanapkach z pasztetową, po prostu się męczy. To dla niego upokarzające, a nawet nieludzkie. Przede wszystkim zaś przyda się nam, czyli wam. Co sześciu to nie czterech, tym bardziej, że  teraz jest was dwóch, bo tamci wyjechali. A roboty huk! – Eszu uśmiechnął się od ucha do ucha. Tymczasem Karnickel zbliżył się do stołu i ostentacyjnie pokręcił przecząco głową wpatrując się w pułkownika. Oczy miał wielkie jak naćpany królik, jak Karnickel, jak kozioł ofiarny, jak królik, który się bardzo się boi.

– Trudno – stwierdził pułkownik wpatrując się w Karnickela – no trudno mówię! Dałem słowo, kurwa! Wiem, wiem, wiem nie powinienem z demonem grać w szachy, w cokolwiek! Wiem! Hazard jest zły! Demon jest zły! Podpuścił mnie ale to w końcu demon! Na tym polega jego praca. Wiem – raz jeszcze powtórzył świdrując wzrokiem Karnickela – ale dałem słowo. W końcu coś powinno obowiązywać na tym popapranym świecie. Co, jeśli nie dane słowo, a zwłaszcza, zwłaszcza słowo dane demonowi! Jeśli coś ma się kurwa liczyć, to niech się liczy właśnie to, najgłupsza z możliwych rzeczy: słowo byłego milicjanta!

Wstał podszedł do kuchennego kredensu. Wyjął plastikowe pudełko i postawił je na stole. Eszu delikatnie uchylił wieczko. Po chwili w szparce znalazł się mały pajączek i ciekawie wychylił łebek. Demon dotknął go palcem, wówczas pajączek szybko wbiegł po ręce Eszu aż do obojczyka, wspiął się po szyi i wszedł do jego ust.  Przez długą chwilę nic się nie działo. Nagle demon rozchylił wargi,  z których wydobywały się płomienie, na jego wysuniętym języku pojawił się pajączek, zeskoczył na stół, ze stołu na podłogę i błyskawicznie urósł do rozmiarów mężczyzny. Ukształtował się, zmaterializował w ciemnoczerwonym garniturze, ukłonił się i nieproszony usiadł przy stole. Wierzchem dłoni potarł usta, spojrzał na figury szachowe i powiedział:

– Zagramy?

– O, mowy nie ma – zaprotestował pułkownik. – Coś za jeden? – spytał.

– Nazywam się Anansi, w niektórych kręgach zwą mnie tricksterem, a w innych pająkiem. Możesz mi mówić Spider – zachichotał.- Ta dziewczynka, Samanta poznała skądś stare zaklęcia ale kompletnie nie była świadoma z czym ma do czynienia. Niedocenianie narzędzi, których się używa, to brak profesjonalizmu ale traktowanie istot jak narzędzi to w zasadzie nie tylko świństwo ale..

– Ale przekleństwo, które się na siebie ściąga – dokończył Eszu.

Do stołu zbliżył się Karnickel blady jak ściana i trzęsącymi się dłońmi zaczął szarpać pułkownika za marynarkę. W końcu na kawałku papieru zaczął coś niewyraźnie pisać.

– Do kurwy nędzy przestań Karnickel, mów po ludzku, nie gryzdaj mi tu na kartkach. Przecież to nie są ludzie, nikt cię nie usłyszy, nikt cię nie skrzywdzi, to tylko demony, mgiełka, zmaterializowane lęki i takie tam pierdoły! Mówże!

Towariszcz komandir – wyjąkał Karnickel.

– Po polsku mów, do cholery! – pułkownik walnął ręką w blat.

Sie dem Obersten –

 – Po polsku!

–  Panie pułkowniku – przemógł się Karnickel – to Candomblé albo Santeria albo coś jeszcze gorszego, der Oberst. Ten tu to jest Eszu, czyli Elegbara, a tamten…

– Czyli co, kto, mów konkretnie Karnickel.

– Przepraszam, że się wtrącę ale chyba najlepiej będzie, jeśli osobiście wyjaśnimy sytuację. – odezwał się Eszu. – Rzeczywiście sprawa jest bardzo serio, obaj traktujemy nasze zadania niesłychanie odpowiedzialnie ale dodam z całą mocą, że jesteśmy po waszej stronie.

– W takim razie mówcie o co chodzi i co za kandelabry? – ponaglił pułkownik.

– Nie tyle kandelabry co Candomblé oraz Santeria. Sympatyczna religia wyznawana w brazylijskim Bahia, Tocantins i Mato Grosso…

– Oraz w Santa Cruz w Boliwii, to taki sympatyczny stan na granicy z Brazylią – dodał Anansi.

– Co, macie mi tu zamiar streszczać artykuł z National Geografic? – wtrącił Śluzak.

– W żadnej mierze pułkowniku. Mówimy o naszej ojczyźnie – Anansi otarł udawaną łzę – mówimy o tym, że przybywamy z daleka.

– Aby nieść pokój – Eszu podniósł dwa palce do góry – oraz te inne rzeczy jak: segregowanie śmieci i ograniczenie łapówkarstwa w Polsce, w tym pięknym kraju Chopina i bociana. Niesiemy kaganek oświaty, edukację pod te proste ale zadbane strzechy. Chcemy też ratować wasze zabytki, na przykład Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina.

– I popierać starania o olimpiadę w Zakopanem albo nawet w Białce Tatrzańskiej – dodał Anansi.

– Albo w nawet w Murzasichlu, tysz pikna wioska, hej – dodał Eszu.

– Dosyć! Dosyć błazny bo was powsadzam za łby do butelek! – pułkownik kolejny raz tego dnia walnął pięścią w stół, tym razem jednak tak silnie, że szachy pospadały na podłogę.

Her Kommandant, towariszcz połkownik, pasłuszajtie pażałujsta!  – odezwał się coraz bardziej zdenerwowany Karnickel. – Ta religia to voodoo, to czarne diabelstwo jest. Stąd boliwijskie ziele.Wszędzie są panie pułkowniku: w Afryce, na Karaibach, w Amazonii, w Portugalii a teraz i u nas. Wszędzie są. Anansi i Eszu to nie są jakieś tam, jakieś tam te, no byle te, byle jakieś te, to są bóstwa, to ichni bogowie są, pułkowniku. Bardzo groźni bogowie są. Stało się niedobrze, panie pułkowniku. Bardzo niedobrze się stało.No niedobrze.

36. Czarny koń
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. No ja nie wiem, ale te demony to chyba nieświadome do końca dokąd trafiły :) Myślę, że zostali przez kogoś wkręceni :) Oni chcą działać w w kraju moherowych beretów, ojca Rydzyka , gdzie zabrania się organizowania w przedszkolach zajęć dodatkowych , żeby równać dzieciaki do dołu , gdzie stolica nie ma obwodnicy i gdzie występ Madonny przynosi straty ?:) Popłakałam się ze śmiechu :) Oni za ciency są :) W depresję demony popadną a NFZ już nie ma kasy po sierpniu na leczenie … O matko , brzuch mnie rozbolał od śmiechu :)

Komentarze są wyłączone.