37. Upadek

Samanta niechętnie zgodziła się na wieczorną wizytę w mieszkaniu Bożydary Gzik. Miała pilniejsze sprawy na głowie. Coś trzeba było zrobić z Kryszulą, na którego napar oddziaływał coraz słabiej. W dodatku musiała ze zdwojoną uwagą śledzić ruchy jego kompanów, którzy najwyraźniej nie zamierzali oddać meczu walkowerem. Rano znalazła na podjeździe zabitego gołębia, nachalna aluzja do jej panieńskiego nazwiska. Do białej wstążki przyczepiono wiadomość: Czekamy na poprawę zdrowia naszego przyjaciela. Był to już trzeci gołąb. Na kartce dopisano: kolejna prośba będzie ostatnią.

Teraz jeszcze to: alarmistyczny telefon od Bożydary, a właściwie nagranie: poczta głosowa. Histeria w jej głosie nie dawała jej wyboru: musiała odwiedzić Bodzię, gdyż najwyraźniej ona również nietypowo reagowała na mikstury lub przestała ich używać. Odsłuchała wiadomość raz jeszcze:  Z tej strony Bożydara Gzik. Nie mogę się do pani prezes dodzwonić. Niestety, będę musiała zrezygnować z posady kierowniczej w pani firmie.  Przepraszam ale nie daję rady. Ostatnie wydarzenia kompletnie wytrąciły mnie z równowagi. Kompletnie mnie przerosły. Proszę o pilne spotkanie. Zapraszam wieczorem do siebie. Mieszkam na ulicy… W tym momencie skończył się limit czasu poczty głosowej. Sprawdziła w dokumentach adres Bożydary. Bez wątpienia jej nagranie i podenerwowany głoś świadczyły o tym, że czar przestawał działać. Tamte eliksiry były zbyt silne, nowe okazały się najwyraźniej za słabe. Tak czy siak musiała działać. Mżył deszcz. Lato w ciągu kilku dni zmieniło się w jesień. Temperatura spadła do kilkunastu stopni. Samanta nienawidziła tego momentu, kiedy lato niespodziewanie zanika, karleje i staje się czymś mokrym, niewydarzonym, oślizłym, chorym. Nie lubiła strefy klimatycznej, w której przyszło jej żyć. Zaraz zacznie się plucha, gnijące liście, mgły. Okropność. Tęskniła za ciepłą bryzą od rozgrzanego oceanu, za słońcem którego nigdy nie zasłaniały chmury. Za plażami, które tonęły w błękicie, szmaragdzie i żółcieniu. Być może już niedługo, westchnęła. Jeszcze tylko upora się z tutejszym śmietnikiem, bałaganem, z tymi dziwnymi ludźmi, których motywacji nigdy nie rozumiała. Wjechała na ulicę Dobrą, na której mieszkała Bożydara. Jeszcze parkowanie. Teraz tu zaparkuj, pomyślała, bądź mądra i znajdź miejsce w nocy, w deszczu, a potem wyjdź prosto w kałuże, w nowych butach. Samochód będzie musiała postawić pod jakimś śmietnikiem albo wciskać się przez dziesięć minut pomiędzy słupek i samochód jakiegoś kretyna, który zostawił zbyt mały odstęp. Okrążyła kwartał ulic i nic, żadnego wolnego miejsca. Co za miasto? W centrum handlowym zawsze stawia samochód pod wejściem, wygodnie, blisko. Raz, może dwa wzywano ją przez megafon, to całkiem sprytna metoda żeby jakiś cieć za darmo pilnował jej auta, ale teraz, teraz żadnych szans. Kolejna pętla bez efektu. Co najwyżej kogoś zastawi. U Bożydary spędzi  przecież tyko kilka minut.

Usłyszała dzwonek domofonu. Przymknęła okno żeby uniknąć przewiewu. Stała dłuższą chwilę i wpatrywała się w noc. Delikatne krople deszczu niesione wiatrem spadały na jej twarz. Uwielbiała tę porę roku, kiedy lato zmieniało się w obfitą, pełną darów jesień. Na straganach pojawiały się dojrzałe jabłka i śliwki, w lasach grzyby. Natura oddawała swój ciężki, letni wysiłek, dzieliła się swoim plonami. Deszcz koił. Wybuchowe, gęste i chwilami bolesne, wyraziste, dotkliwe lato zmieniało się w łagodną jesień, która uspokajała emocje, wyciszała słowa. Lato stawało się przeszłością dając miejsce obfitej jesieni, opiekuńczej zimie, przebudzającej się wiośnie, tyle nowego wydarzy się przez kilka następnych miesięcy.

– Proszę niech pani wejdzie, pani prezes – zaprosiła Samantę do środka. – To moja przyjaciółka Gosia, najlepsza przyjaciółka – przedstawiła Gosię trochę obronnie na wyrost, jako najlepszą przyjaciółkę. Do tej pory widziała w niej co najwyżej dobrą znajomą, kumpelkę gotową do wyjazdów wakacyjnych, niewymagającą wczasowiczkę. Jednak tego wieczoru potrzebowała asekuracji, a może świadka, wsparcia, w każdym razie bała się spotkać z Samantą sam na sam. Niewiele pamiętała z ostatnich dni. Lato ją otumaniło, w pewien sposób oszukało i zaczarowało. Awans spadł jak grom z jasnego nieba a spotkanie z tajemniczym pułkownikiem i jego groźby – przeraziły. Od tego dnia jej pamięć szwankowała. Pamiętała jakby tylko zarysy wydarzeń. Jak zatarty w pamięci, dawno temu obejrzany film. Uczucie euforii przeplatało się z lękiem jakiego nie znała. Wówczas odkryła, że czuje się dobrze niemal tylko w towarzystwie Samanty a jednocześnie, że nigdy nie przeraziła się tak bardzo, jak tego wieczoru, kiedy były razem w biurze, a właściwie widoku pająka na jej włosach. Pamiętała przede wszystkim pająka a potem pana Matuszewskiego, który go schwytał. Nie chciała przeżywać nigdy więcej czegoś podobnie przerażającego. Czuła, że ma to związek z firmą, z jej awansem, chorobą prezesa Kryszuli a przede wszystkim z Samantą, jego żoną. Jednak kiedy w biurze, tamtego popołudnia, pojawił się pan Matuszewskie zrozumiała, że jest marionetką w jakiejś grze, w której nie chce uczestniczyć. Oczywiście od dawna wiedziała, że prezes prowadził nieczyste interesy, że co najmniej połowa zleceń pochodziła z ustawionych przetargów, a spora część obrotu była fikcją, pralnią pieniędzy. Nie wiedziała jednak nic ponadto. Dlaczego się na to godziła? Praca, obowiązki, spłata kredytu. W zasadzie nigdy się na tym nie zastanawiała, nawet wtedy, kiedy z radością godziła się na awans, spełnienie jej zawodowych ambicji. Nie zastanawiała się  aż do chwili, kiedy pojawił się lęk, świdrujący, nieprzyjemny, coraz bardziej obezwładniający. Wymiotowała całą noc. Dopiero długa, gorąca kąpiel przyniosła ukojenie. Nad ranem zaczęła jej wracać pamięć. Urywki, fragmenty, pojedyncze obrazy i pająk. Wtedy zadzwoniła do Gosi przypominając sobie, że przecież kilka tygodni temu przyjaciółka randkowała z panem Matuszewskim. Przecież musi mieć do niego kontakt, może nadal się spotykają? Wierzyła, że rozmowa z panem Matuszewskim pomoże jej znaleźć wyjaśnienie sytuacji, w której się znalazła a może choćby rzuci promyk światła na wydarzenia ostatnich dni. Spodziewała się,  że pan Matuszewski, prezes Kryszula i pułkownik to znajomi, których łączą nieczyste interesy, to było oczywiste. Między innymi dlatego chciała zrezygnować z posady dyrektora. Jednak potrzebowała wyjaśnienia dotyczącego lęku, który w niezrozumiały sposób łączył się ją z pająkiem, którego pan Matuszewski w końcu złapał. Nigdy nie bała się pająków, była dziewczyną ze wsi. Jednak wspomnienie tamtego, na włosach prezes Samanty doprowadzało ją do dygotu. Gosia przerażona rozmową a właściwie stanem Bożydary zaoferowała swoją pomoc. W gruncie rzeczy okazała się wspaniałą dziewczyną. Po wakacyjnych wojażach, Gosi z panem Matuszewskim i jej ze Zlatanem, chorwackim motocyklistą, rozstały się bez słowa. A teraz, również bez słowa Gosia zaoferowała swoją pomoc. Po południu odwiedziła ją z panem Matuszewskim, który specjalnie w tym celu przyjechał z Kłocymia razem z panem Henrykiem, który miał jakieś sprawy urzędowe w stolicy i zgodził się być kierowcą. Wyjaśnili jej sytuację. Była zaskoczona w zasadzie tylko jednym, że Gosia tkwi w tym od dawna po uszy.

– Proszę niech pani siada pani, prezes. Herbaty? – zaproponowała wskazując imbryczek z dymiącym jeszcze naparem.

– Chętnie – odpowiedziała Samanta. Odebrała filiżankę, osłodziła, odstawiła zbyt gorący napój i powiedziała: -Zmartwiłam się, że jesteś chora złociutka. No wcale nie wyobrażam sobie żebyś mnie z tym bajzlem zostawiła, kurczę. Spokojnie wszystko razem poukładamy sobie, bynajmniej jak się należy, kochana – uśmiechnęła się od ucha do ucha i upiła spory łyk herbaty.

– Nie musisz się już wysilać i udawać przed nami – odezwała się Gosia – wiemy kim jesteś.

Samanta zatrzepotała sztucznymi rzęsami i powiedziała:

– Co proszę?

– Wiemy kim jesteś Samanto – powtórzyła Gosia. – Nie musisz już udawać głuptaski.

– O co wam chodzi? – prezes Gołabek-Kryszula upiła kolejny łyczek zasłaniając twarz filiżanką i nagle rzuciła ją na podłogę wypluwając napar. Zachwiała się na nogach i opadła na kanapę.

– No imamy mamy wiedźmę! – pan Matuszewski i Heniek wyskoczyli z drugiego pokoju z kocem w rękach.

– Co robicie, nie tak się umawialiśmy! – krzyknęła Bożydara.

– Musimy, bo inaczej ździra wykończy najpierw nas a potem panią, pani Bodziu, tak samo jak załatwiła Kryszulę – krzyknął Heniek.

– Daliśmy jej szansę i czas do namysłu – stwierdził Matuszewski zarzucając koc.

W tej samej chwili Samanta zerwała się na równe nogi i przerzuciła koc na głowy napastników. Gosia zagrodziła jej drogę. Wówczas czarownica wiele się nie namyślając zrobiła gwałtowny zwrot w tył i wyskoczyła przez okno tłukąc szybę własnym ciałem. Poczuła gwałtowny, nieprzyjemny pęd powietrza. W jednej sekundzie całą swoją magiczną moc skierowała do mięśni dając im sygnał, żeby stały się sprężyste. Celowała w koronę kasztana, który rósł pod oknem, na podwórku kamienicy. Smagnęły ją pierwsze, mokre, oślizłe gałęzie, poczuła ból ranionej skóry, a potem jedno, drugie, trzecie i kolejne coraz silniejsze uderzenia. Rozpostartymi ramionami i dłońmi starała się wyhamować impet. Czuła jak pękają jej tipsy i paznokcie a liście i końcówki gałązek, które starała się uchwycić wyrywają się z dłoni pozostawiają piekące ślady. Kurczowo, oburącz uchwyciła się grubej gałęzi i usłyszała jej trzask a potem znalazła się na miękkiej ziemi. Stopa a w ślad za nią cała noga podwinęły się, skręciły i Samanta opadła na bok, na mokrą trawę. Zacinał deszcz. Kolano, twarz, barki i dłonie przeszywał piekący ból. Wstała i noga  odmówiła jej posłuszeństwa. Runęła na mokrą ziemi. Natychmiast, gorączkowo sprawdziła dłońmi czy kość jest cała. Na całe szczęście zwichnęła jedynie stawy. Zdrętwiała stopa gwałtownie spuchła napinając paski, które oderwały się od buta. Z kolanem też było coś nie tak. Uderzeniem sprawnej ręki nastawiła zwichnięty bark, a potem stopę. Kolano było sztywne. Spróbowała je nastawić kolejnym silnym ciosem ale ból był zbyt silny. Szybko podczołgała się do pnia. Wstała czepiając się kory i po chwili kuśtykając wzdłuż muru skierowała się na ulicę. Z bólu zagryzła wargi. Brzęczyk zamka, bramka, ulica, deszcz. Poczuła smak krwi w ustach. Mokre włosy zakrywały jej twarz. Rozejrzała się. Samochody pędziły przez deszcz. W oddali widać było ludzi ukrytych pod parasolami. Wyszła na Solec. Kilkaset metrów stąd zaparkowała. Skąd wziąć coś do podparcia? Coś, co umożliwi jej szybsze poruszanie się? Kij. Laska. Cokolwiek. Zdrową ręką wyrwała słupek podpierający drzewko. Wystarczył jeden ruch i drzewko pofrunęło w górę uwalniając podpórkę. Schowała się w cieniu. Postać w oddali przypominała Matuszewskiego. Zbliżyła się do swojego bmw. Jeszcze kilkanaście kroków, jeszcze kilka. Nogę przeszywał ból nie do zniesienia. Przy aucie, które zaparkowała trochę blokując inny samochód a trochę przejście dla pieszych stał mężczyzna moknąc na deszczu, w zablokowanym samochodzie od strony pasażera siedziała kobieta. Klik. Otworzyła samochód. Jeszcze dwa, trzy metry. Mężczyzna zagrodził jej drogę.

– To pani samochód? Wezwałem policję i straż miejską. Teraz to ja nie pozwolę pani odjechać – stwierdził mężczyzna. Spojrzał na Samantę i wykrzyknął: – Boże co się pani stało?

Próbował Samantę chwycić za rękę; czy to żeby ją podtrzymać; czy też żeby nie pozwolić jej wsiąść do samochodu; czy też żeby sprawdzić, czy kobieta zalana krwią i umazana błotem, żyje; czy też żeby sprawdzić czy jest prawdziwa? Jednak nie zdążył tego zrobić, gdyż słupek podpierający jeszcze chwilę temu drzewko, uderzył w jego brzuch, potem spadł na jego plecy i jeszcze kilka razy na plecy. Potem trafił w łydki kobiety, która wybiegła z samochodu na pomoc mężczyźnie i w końcu znowu opadł na plecy tym razem ich obojga. Po chwili Samanta odpaliła silnik wzdychając z wdzięcznością do nieba w podziękowaniu za automatyczną, dwusprzęgłową, supernowczesną skrzynię biegów. Prawą nogą wdepnęła gaz. Lewą, coraz bardziej sztywną, zgięła a potem upchnęła bolesnym kuksańcami. Na całe szczęście w tej chwili lewa noga nie była jej potrzebna. Na czerwonym świetle skręciła w Tamkę i pognała w kierunku mostu. W lusterku zanim skręciła, dostrzegła dwóch mężczyzn, którzy dobiegali do leżącej na ziemi pary.

37. Upadek
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Kieca też chyba w strzępy poszła :) Mimo wszystko zazdroszczę Samancie energii :)

Komentarze są wyłączone.