43. Narada u Mgiełki

Był późny wieczór kiedy dojechali do Wężymordzia Kościelnego. Miasteczko składało się z dwóch ulic i trzech uliczek bocznych oraz tak zwanej kolonii i kilku rozrzuconych domostw lecz pomimo tej niezbyt rozległej topografii, dopiero za czwartym okrążeniem miasta odnaleźli właściwy dom. Babcia zarządziła nieoczekiwany odwrót z Warszawy a może po prostu załatwiła sobie powód do powrotu na wieś. Gonzo wrócił już do pracy po urlopie i z radością oddał się swojej laboratoryjnej, przewidywalnej profesji. Dopiero po trzecim telefonie od Łasabiego dał się przekonać do piątkowego wyjazdu. Kiedy przestał się widywać ze zwariowaną babcią i jej wnukiem Łasabim wszystkie niepokoje minęły jak ręką odjął. Otaczali go normalni, zwyczajni ludzie. Cudowne, krzepiące uczucie normalności. Fartuchy, kanapki, menzurki, pipety, praca, korytarze, rozmowy o korkach, złorzeczenie na rząd, narzekania na inwestycje, krytyka szefostwa, obmawianie kolegów i koleżanek, zwłaszcza koleżanek, narzekanie na jesienne seriale w nowej ramówce telewizyjnej. Cudownie, zwyczajnie, przewidywalnie. Nareszcie koniec wakacji, wracała normalność. Gonzo zdawał sobie sprawę, że Łasabi jest przygnębiony, rozbity a może po prostu nieco zdezorientowany ale szybko stan przyjaciela wytłumaczył sobie obecnością babci. Mały metraż mieszkania Łasabiego, apodyktyczna starsza pani i kot. Mieszanka wybuchowa. Unikał Łasabiego jak mógł choć uważał go za swego przyjaciela. Kot. Na sam dźwięk słowa kot robiło mu się nieswojo, odczuwała mieszaninę lęku oraz irytacji. Kot stanowił problem. Dziwaczne zachowanie Łasabiego i jego znajomych, a zwłaszcza znajomych babci, Gonzo przypisywał chorobie przyjaciela. Muszę postawić sprawę jasno, przynajmniej przed sobą, przekonywał sam siebie: Łasabi jest chory. Ma poważne problemy psychiczne, chodzi na terapię. Jego znajomi, kto wie, kto wie, to najprawdopodobniej również osoby niezrównoważone. Kot jednak mówił ludzkim głosem i to kilkakrotnie. Ale zaraz, zaraz. Przecież nie kto inny jak znajomy babci, ów pułkownik, stwierdził, że to trick z brzuchomówstwem. Ależ tak! Brzytwa Ockhama! Nie tworzyć bytów nadkoniecznych i wyjaśnień zbyt skomplikowanych. Rzeczy należy wyjaśniań w sposób najbardziej oczywisty! Babcia była brzuchomówcą! Oczywiście! Staruszka igrała sobie z nimi. Stara manipulantka. Co za wstyd, pomyślał, że przez kilka dni dawał się wodzić za nos babci i jej trickowi z gadającym kotem.

W samochodzie, w czasie drogi do Wężymordzia niemal milczeli, co bardzo odpowiadało Gonzowi. Milczał też kot, czyli babcia nie dawała swoich, pożal się Boże, popisów brzuchomówczych, a zwierzak zasnął w wiklinowym koszyku przykryty kocem. Czemu Gonzo zgodził się na podróż do Weżymordzia? Żeby Łasabiemu było raźniej wracać. Trochę to było żenujące ale się zgodził, trudno. Żeby być całkiem szczerym wobec siebie, przyznał w myślach, że był trochę ciekaw, co tym razem wymyśliła babcia? Wydarzenia, których był świadkiem i poniekąd uczestnikiem miały w sobie jakiś magnes. W pewien sposób bawiły go. Przez chwilę nawet zastanawiał się nad ich logiką i przyczynami ale koniec końców wszystko dało się wyjaśnić ziołami halucynogennymi, których używała stara wiedźma. Odkąd wsiadł do samochodu pił tylko wodę z butelki. Wziął nawet kanapki na drogę, żeby niczego nie jeść i nie pić z niepewnego źródła.

Jaki był plan zwariowanej babci? Jej zdaniem cztery osoby padły ofiarą miłosnego zauroczenia: Łasabi, doktor Żuk, Bożydara Gzik i Miłka Śmietana, być może również inne. Najprawdopodobniej sprawczynią całego zamieszania była Samanta Gołąbek-Kryszula, zdaniem babci, nie kto inny, tylko wiedźma, której zależało na przejęciu interesów męża. W jakim celu rzucała ów czar miłosny? Żeby podporządkować sobie współpracowników męża. Szesnastoletnia Miłka i doktor Żuk to były wypadki przy pracy, osoby zdaniem babci zainfekowane miłosnym czarem przy okazji i przez przypadek. Swoją drogą babcię, tajemniczego pułkownika i jego ludzi coś łączyło, nie tylko praca w milicji i jej tajnych organach przed wielu, wielu laty, ale coś jeszcze, najpewniej półlegalne interesy. Staruszkowie, pomyślał Gonzo, a jacy sprytni i aktywni? Babcia powtarzała cały czas, że był ktoś jeszcze, ktoś wmieszany w całą tę, pożal się Boże, aferę. Jak duch powracał temat brata babci – Feliksa, który zniknął dawno temu w niewyjaśnionych okolicznościach. Jego zniknięcie miało jakiś związek z ich młodością: babci, pułkownika, być może matki Łasabiego. Słowem: rodzinna tajemnica. W Wężymordziu babcia chciała się spotkać z przyjacielem Feliksa jeszcze z lat szkolnych i ponoć znalazła sposób, żeby uzyskać odpowiedzi na ważne pytania. Jakie? Nie chciała zdradzić.

Zastukali do drzwi. Po długim czasie z wnętrza domu doszedł hałas. Domostwo stało nieco na uboczu. Kiedyś mieścił się tu budynek poczty, a przed wojną niemiecki urząd rolny. W czasach restrukturyzacji poczta szukała pieniędzy, łatwych oszczędności, więc małe urzędy likwidowano. Podobny los podzielił również urząd w Wężymordziu. Dom był zrujnowany, nieremontowany przez całe lata i takim pozostał, gdy za grosze kupił go Lesław Mgiełka, zdaniem babci kolejny dziad proszalny, czyli cudak z jej niestworzonych historii. Ściany z czerwonej cegły pokrywał bluszcz. dach w jednym miejscu był zarwany podobnie jak rynny i drewniane okiennice, niegdyś duma budynku. Po chwili nad drzwiami wejściowymi zapaliła się żarówka i w drzwiach stanął wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna w damskiej sukience i butach narciarskich, do których przytwierdzono grube kawałki styropianu. Na głowie miał poniemiecki hełm z doczepionymi antenkami.

– Czego? – warknął. – Dzisiaj już zamknięte, nie przyjmuję! Jest noc. Jutro.

– To ja, Lesiu, Nadia – powiedziała babcia. Mężczyzna podkasał sukienkę i zza gumy od majtek wyjął okulary, przetarł je rąbkiem materiału i powiedział:

– Ach to ty Nadia, a tamci? Wyglądają jakby narobili w spodnie. Co za jedni?

– Nasi, Lesiu, nasi. Wpuść nas. W ważnej sprawie przyjechaliśmy – powiedziała babcia.

– Nasi już tu są – stwierdził Lesław Mgiełka. – Myślałem, że wy ze wsi. Urok z krowy zdjąć albo jaki papier urzędowy obłożyć klątwą a tu Nadia z dziećmi. Powitać, powitać. Wchodźcie, wchodźcie.

– Jak to nasi już tu są? – zdziwiła się babcia.

– A no są, na naradę przyjechali żeby się naradzić.

43. Narada u Mgiełki
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

2 komentarzy

  1. He he a co to jest normalność ? :)

  2. Piękna postać, po prostu piękna. Biedny Gonzo znów będzie w szoku.

Komentarze są wyłączone.