Praca

Thich Nhat Hanh pisze: Podczas zmywania naczyń powinniśmy być tylko zmywaniem naczyń, co oznacza, że zmywając, powinniśmy być w pełni świadomi faktu, że zmywamy naczynia. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać trochę głupie: dlaczego przywiązywać tak wielką wagę do tak prostej czynności? Ale o to właśnie chodzi. Fakt, że jestem tu i zmywam naczynia, jest cudowną rzeczywistością. Jestem całkowicie sobą, podążając za oddechem, świadomy swej obecności i świadomy swoich myśli i czynności. Niemożliwe jest wtedy, bym miotał się nieprzytomnie tam i z powrotem, jak butelka unoszona przez fale oceanu.

Kim jest Thich Nhat Hanh? To buddyjski mnich, Wietnamczyk osiedlony we Francji. Przyjaciel Thomasa Mertona, katolickiego zakonnika, myśliciela i mistyka, a także Martina Luthera Kinga. Działacz pokojowy, autor książek, wykładowca, twórca pojęcia: buddyzm zaangażowany.

W ślad za Nhat Hanhem mówię czasem na wykładach, że kiedy nie lubisz kroić cebuli, nie rób tego, szkoda twoich palców, łzawiących oczu i cennego czasu. Łatwo powiedzieć, lecz jeśli ma się przekonanie, że życie jest ciężkie, pełne poświęceń, nic nie przychodzi łatwo, a obowiązki należy spełniać, co więcej brakuje pieniędzy, a przecież z nieba nie spadają; to wówczas nawet światełko w tunelu, okaże się światłami nadjeżdżającego pociągu.

Jednym z najbardziej marnotrawionych przez ludzi zasobów jest czas. Jutro się tym zajmę, pojutrze porozmawiam z szefem, na wiosnę zrobimy porządki. Ludzie pytają mnie często kiedy znajduję czas na malowanie, pisanie, wykłady, warsztaty, podróże, prowadzenie firmy, nowe projekty, działalność w infosferze, gotowanie, zwierzęta, rodzinę… No cóż odpowiedź jest prosta: pracuję 7/24 ale w zasadzie nie pracuję, gdyż to co robię, nie podlega kryterium pracy. Robiłem kiedyś, na dużej próbie, badania dotyczące wymarzonej pracy. Zdaniem prawie 70% respondentów powinna być to praca korporacyjna; raczej na niskim szczeblu zarządzania, gdyż nie chcą mieć odpowiedzialności; w związku z tym akceptują, że będzie nisko lub średnio płatna, za to stabilna; bez dyspozycyjności czasowej i konieczności wyjazdów; przewidywalna; rutynowe zadania, których łatwo się można nauczyć.

Niekiedy odpowiadam słowami Nhat Hanha mając nadzieję, że czasami zbliżam się do ich sensu: Co rano, kiedy się budzimy, czekają na nas dwadzieścia cztery nowiutkie, jeszcze nie napoczęte godziny. To bardzo cenny dar! Mamy szansę przeżyć je w taki sposób, by przyniosły nam i naszym bliźnim pokój, szczęście i radość.

 

Praca
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

28 komentarzy

  1. W Polsce, dość już dawno temu, byłam związana, jak to się u nas szumnie mówi, z ludźmi gór.
    A w Irlandii okazało się, że bycie gierojem, bycie nieustająco w jakimś sporcie ekstremalnym jest zupełnie nie modne. Modne byłoby wejście na szczyt, jeśli temu przyświecałby taki cel, jak zebranie pieniędzy na dzieci chore na białaczkę, itp. W Irlandii modna jest zabawa, robienie wszystkiego razem z innymi ludźmi, radość, dobroczynność. Ale gierojstwo nie jest na topie. Żeby zacytować Macieja B, wszystkie kryteria są zupełnie umowne. Dzisiaj też wydaje mi się, że narażanie własnego życia po to, żeby pobić jakiś tam rekord świata, wydaje mi się bez sensu.

  2. pasja, miłośc….a ja właśnie wróciłam z pogrzebu i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu byłam w kościele (mała litera zamierzona, przepraszam z góry jeśli to kogoś urazi) i podczas kazania usłyszałam, że pasja jest zła, że życie z pasją jest złe, bo jest egoistyczne, a teraz na świecie żyje pokolenie dążące do potępienia. I wiecie co ? ręce mi opadły, nie tylko mi zresztą. Tym bardziej, że żegnaliśmy człowieka który żył pełnym zyciem, pełnym pasji i miłości

  3. Łukasz, prawdę powiadasz :-)
    Jeśli za szybko wlezę, zadyszka i trup! :)
    Bez tego „przygotowania” niżej, nic po mnie wyżej :-)
    Piękna piosenka… Dziękuję :-)

  4. Niezwykła ta synchroniczność… o himalaistach dowiedziałam się od Ciebie Bartku, jestem dość ograniczonym odbiorcą wiadomości ze świata… i ósmego marca na blogu u siebie napisałam o 5.55 rano…
    „Wspinam się na górę, którą KTOŚ dla mnie przewidział. Zbudowana jest z tylu różności… Idę, choć mam lęk wysokości. Idę, bo chcę stanąć na samym czubku i powiedzieć tej, która tu weszła: – Patrz, to twoje życie, udało ci się je przeżyć. Nie uciekłaś. Nie odwróciłaś się do niego tyłem i nie zaczęłaś wspinaczki po nie swojej górze. Teraz możesz rozłożyć ręce i skoczyć. Jesteś wolna. Leć.

    Na razie się wspinam… I boję się… Tak, boję się i wspinam.”

    W weekend w Gdyni KOLOSY, Idę!

  5. Dziwią mnie trochę te wyniki (70%).
    U nas praca na stanowisku kierownika niższego szczebla (tak samo jak i jakiegokolwiek szczebla) na pewno nie jest stabilna, ani przewidywalna, to zasługa naszego szefa (piszę bez ironii, bo to cenne, stagnacja jest czymś okropnym). Dyspozycyjność czasowa i konieczność wyjazdów też nie ma nic wspólnego z tym „szczeblem”. Jeździ ten, kto lepiej załatwi sprawę, czasem kierownik, czasem specjalista.

    Miałam (i miewam nadal) propozycje pracy jako kierownik, ale na razie nie widzę powodów, dla których miałabym zmieniać stanowisko. Jako specjalista mam ogromną możliwość (w zasadzie konieczność :) rozwoju i działania w dziedzinach, które naprawdę mnie pasjonują. Zarządzanie zespołem też lubię, ale, powiedzmy, wykonuję to gratisowo jako lider zespołów projektowych :)

    Aha zapomniałam dodać, że nigdzie nie jest powiedziane, że specjalista ma mniej zarabiać niż kierownik :)

  6. Pasja… hobby…flow…miłość…śmierć…

    MACIEJ BERBEKA i TOMEK KOWALSKI

    Za Paulo Coelho: „Umarli żywi”.

    Zrealizowali swoje marzenie, swój cel. Myślę, że odeszli szczęśliwi… mimo wszystko. Nam nie mieści się to w głowie… Niezwykli…

    SZACUNEK!!!

    Ja nie potrafię wejść na piętro… poddaję się… upadam…

    Mogę wiele, realizuję niewiele…

    Gdzie mój Broad Peak?

    Jaki przekaz dali mi Maciek i Tomek?

  7. Grunt gruntem, żeśmy się tu ładnie skomunikowali ;-)
    jak się chce to się da :-)
    PS dziś pokroiłam jedną cebulę, jak sobie wspomniałam te wczorajsze dysputy metalowo-ostro-tępe to od razu raźniej się ciachało :) ładne „zaprogramowanie” :) z tego wszystkiego wyszło mi, że 2×2 jest 2 :)))

  8. Wyznaja zasade ze tak jak w ciazy nie mozna byc na 50 % – w ciazy sie albo jest ( na 100%) albo nie , tak w zyciu albo robie cos ze 100% zaangazowaniem ( bez wzgledu na to czy jest to obszar osobisty czy zawodowy) albo po prostu nie robie z pelna odpowiedzialnoscia za podejmowane przez siebie decyzje. jedyna stala jak znam ze swojego zycia – jest zmiana , tego moge byc pewna. tak podchodzac do zycia latwiej mi funkcjonowac . Stabilnosc nosze w sobie i wiem ze oprocz mnie nikt nie jest w stanie mi jej zagwarantowac.

  9. Mnie to fascynuje, każdy z nas ma inną mapę w dłoni, ale na każdej znajdą się punkty wspólne choć mogłoby się wydawać, że przecież z tym osobnikiem obok to nas NIC nie łączy ;-) A czasem można z mapy na mapę przeskoczyć i razem powędrować, a potem sio, do siebie ;-)
    pozdrawiam serdecznie

  10. Mnie np. zmywanie naczyń relaksuje i odprężam się przy tej czynności.
    Jacek Walkiewicz chyba dobitnie powiedział o stablizacji. Największą miał jak wypadł mu dysk i założyli mu stabilizator.
    Mam co raz więcej wrażenia, że najbardziej cenną cechą jest w życiu elastyczność. Dzięki niej jesteśmy w stanie dopasować się do nieustannych zmian.
    I przeczytałem niedawno Getting Things Done- Davida Allena i tam poznałem jedną zasadę, która rewolucjonizuje organizację czasu. Najpierw zrób to co zajmie Ci mniej niż dwie minuty! Albo zasada Pareto – zrób 20 % najważniejszych rzeczy a otrzymasz 80 % profitów. I tak jak powiedział mistrz Joda- nie ma próbowania, albo coś robisz albo tego nie robisz. DZIAŁAJ!

    Wieczorem się powinno mieć więcej energii niż przy wstawaniu rano.

  11. Prawda, że „dobrze robi”? od razu mi się coś w głowie robi fajnego, się zmniejszam i jestem jak dzieciak, bawić mi się chce zamiast w szkole siedzieć! :))) te obliczanki mnie tu wodzą na pokuszenie i spamuję!
    PS Noooo to jak Gdynię lubisz, to już mnie w niej znajdziesz! :)

  12. też lubię :) i Gdynię lubię :)

    ps. świetna ta matematyka :))

  13. Polecę fejsem, na którym nie mam konta: Lubię to! :)))
    dzięki!
    Jak to dobrze, że taka różnorodność w narodzie! Jest co poznawać. Gdyby było więcej takich jak ja, umarłabym z nudów! :P

  14. PS a sam fakt, że już zauważasz pozorną naturę swej akceptacji to już OGROMNIE dużo, gratuluję! Ty wiesz jak często nie mamy tej świadomości i gramy świętych? Na przykład sama ostatnio byłam no wypisz wymaluj święta Agnieszka! :))) A tu proszę, życie pacnęło i akceptacja okazała się atrapą zdobiącą ciało pozornej świętej. I golusieńka stanęłam i sama z siebie się naśmiewałam… No bolało jak cholera… Więc gratuluję Ci z całego serca i trzymam kciuki choć Cię nie znam, to bliźnich lubię ;) A gdybyś szukała towarzystwa to gaz do dechy i kierunek Gdynia! zawsze możemy razem cebulę pokroić i drzeć się wniebogłosy, albo kulturalnie pomilczeć :):)

  15. yyyyy… no takiego przepisu chyba nie ma… :-) jedyny jaki znam, to utaplanie się w tym co jest, do bólu trzewi, bez ucieczki, bez kół ratunkowych, do utopienia się w tym, co jest… a jak się człek wynurzy… no wtedy sam zobaczy co się zmieniło. A jak za ciemno się robi, można na chwilę świeczkę zapalić, albo latarkę i mroki się rozproszą ;-) Nie ma innej rady (chyba) na akceptację, jak samo życie i nurkowanie w nim po delifiniemu, czyli oddech zanurzenie, oddech wynurzenie.
    Mnie właśnie pomogła muzyka, na cały regulator, szalona, energetyczna, choć mnie w dół ściągało. To się nie dałam i raz Agnieszka może być niegrzeczna i sąsiadom dać popalić, a co! też mogę :) I wibracje przelazły i się teraz mnie trzymają głupoty, więc zadziałało :))) może i Tobie zadziała? zawsze można kroić cebulę i drzeć się na całą paszczę z ulubioną kapelą! :) przyjemne z pożytecznym :))

  16. PS Łukasz, to w takim razie taki metal lubię! :) Przyczyniłeś się dziś po poszerzenia horyzontu mego umysłu ciasnawego ;-) i od razu wiem ile jest puste razy pięć by dało dziesięć :) no nie wiem czemu, ale ta matematyka mnie szalenie tu rozbraja i bawię się z nią świetnie! Odbija mi? Tak się cieszę! :) Moje świeżuśkie 24 godziny dobiegają końca, dobrze je zużyłam, wycisnęłam i teraz spijam ostatnie soki ;-) zdrówko!

  17. dzięki Agnieszka:) przydał by mi się przepis na prawdziwą akceptację, zamiast tej pozornej obecnej….może być z cebulą;-)

  18. marta, oj tam zaraz za głupia, a myślisz, że ktoś ma monopol na tę mądrość? trza się unurzać w tej rzeczywistości, zgolić łepetynę, dać czas włosom odrosnąć, stępić noże, naostrzyć noże, cebuli się nakroić, zryczeć się ile wlezie, mięchem porzucać i w końcu te burze miną, jak wszystko co z życiu. raz góreczka raz dołeczek, jakoś nam za długo ani na jednym nie pozawala się siedzieć, ani w drugim :-)
    mnie się ostatnio włączył jakiś abstraktyjny dystans, bo już mnie się nie chce w te mądrości zagłębiać, życie i tak ma zgotowane dla mnie coś innego, więc żaden podręcznik mi nie pomoże. Mnie to już nic nie pomoże ;))
    alleluja i do przodu jak to ktoś gdzieś powiedział ;-)) wgryzać się wżycie warto, nawet jak potem z paszczy jedzie cebulą ;-)))
    a trzy plus sześć daje dziewięć :) o jak mi skoczyło doświadczenie matematyczne! dziękuję Panie Macieju, a raczej Panu informatykowi za świetną pracę umysłową dla takiego kudłatego stwora jak ja :))
    PS nie ponoszę odpowiedzialności za me słowa, są one totalnie absurdalne i wywołane dawką muzyki i trzepaniem głową w amoku, freedom! :)

  19. a Hair uwielbiam :)

  20. dziwnie się to wszystko plecie, zaczęłam czytać, bywać tutaj, zauważać, dostrzegać….a czas zmian wybitnie mocnych przechodzę, rozsypał się związek po 4,5 roku, w pracy wypowiedzenie…dałam sobie czas, zadaje pytania. I z pracą to jeszcze jakoś ogarniam, „samo się robi” :) gorzej z tym sercem, i niby wiem, że zmiany, że nowe otwarcie, ale boli mimo wszystko. I na rozum wiem, rozumeim, akceptuje, ale jednak czasem mysle, że to pozorna akceptacja i zgoda…i jak przyjdą smuteczki…to jest cięzko. Chyba za głupia na to jestem :(

  21. Z pewną dozą nieśmiałości włączyłam tę muzyczkę, spodziewając się ostrego metalu :-) a tu jaka miła niespodzianka ;-)
    fajnie tak dać się zaskoczyć.

  22. Łukasz, Ty po prostu noś długie włosy i niech Cię rodzina z domu wygania :D
    a reszta się sama ułoży :D przynajmniej problem kuchni odpadnie :-)))

  23. PS Łukasz, zawsze można zmienić kuchnię na taką, gdzie krojenie cebuli odpowiada Tobie i daje frajdę ;-). Czy to łatwe? Nie. Czy usłane różami? Nie? Czy warto? Kiedy się znajduje TAK. Ale to moja opinia, możliwa jest inna wersja wydarzeń ;-)

  24. Hmmm… a propos krojenia cebuli… Będąc w Indiach, mieszkałam pół roku z hinduską rodziną sześcioosobową. Moja gębusia była siódmą do wyżywienia. I Agnieszka chciała pomóc… No i wpadła! Dostałam górę cebuli do pokrojenia, a to tylko na jeden posiłek… I… zabrałam się za to z energią godną mnie samej. Bo umiem i nie mam problemu z
    cebulą i lubię nawet…
    Tylko, że… kroiłam ok 20 cebul tępym nożem i za cholerę nie szło go naostrzyć… Nóż nie grzeszył wielkością… Załamałam ręce… Po 5 cebulach zrobiły mi się odciski… po
    kolejnych 5 klęłam na czym świat stoi, że przyjechałam tu przecież duchowo się rozwijać a nie kroić cebulę! (potem do cebuli doszło jeszcze ze 30 główek czosnku do obrania…ząbek po ząbku…). I tak obierałam, kroiłam, klęłam, a mój szanowny nauczyciel się wylegiwał, spał i jak już łaskawie schodził to czas posiłku był, i może ze mną popracował, a może nie… I stałam w upale, z muchami, komarami czy innymi stworami i kroiłam, kroiłam, kroiłam… Warunki zewnętrzne były trudne do zakwalifikowania europejskiemu umysłowi jako sprzyjające…
    Śmiali się ze mnie, że po miesiącu byłam jak mistrz zen, nic mnie nie ruszało taka byłam pochłonięta cebulą i nawet szefowa kuchni z podziwem patrzyła jak równe kosteczki cebuli kroję…
    A kiedy cebula gotowa, czosnek gotowy, wtedy żona brała wszystkie składniki, mieszała, doprawiała i… posiłek wart był mąk piekielnych! Przez pierwszych kilka tygodni cierpiałam okrutnie, no bo przecież chciałam coś zrobić, pomóc, ale czy koniecznie kroić codziennie stos cebul i nabawić się odcisków na palcach od tępego noża?
    Dziś widzę ile pokory i cierpliwości nauczyło mnie zwykłe obieranie cebuli… i choć nie aspirowałam na głowę szefa kuchni to we mnie więcej cierpliwości się zbudowało… A potem… no potem była nagroda… A teraz? Teraz też jest nagroda, której nie sposób wycenić…
    PS dziś z ostrym nożem i jedną cebulą potrafię zrobić naprawdę dużo i szybko ;-) ale i tępego noża się już nie boję…

  25. W książce pana Hanha pt. „The miracle of mindfulness” znalazł się wspaniały przykład ojca, który niegdyś dzielił swój czas na czas dla siebie, dla jego żony, dla jego dzieci i pracy. Podzielił tak naprawdę siebie. Ostatecznie uznał, że każdy czas jest jego czasem i dzięki temu zyskał wolność, integralność.

    Kolejnym ciekawym przykładem była czynność polegająca na myciu naczyń. Możemy myć naczynia, aby umyć naczynia lub myć naczynia, aby myć naczynia. „Umyć naczynia” to liczenie na efekt błyszczącej zastawy i sztućców, podczas gdy mycie naczyń dla mycia naczyń to postawienie na proces, którego produktem ubocznym są umyte naczynia.

    Polecam ową książkę :)

    Pozdrawiam!

  26. Cytowany przez Hanha Tołstoj jest dla mnie niezwykłą, codzienną inspiracją.

Komentarze są wyłączone.