44. Palomita

– A czemuś ty się tak przebrał Lesiu? – spytała babcia spoglądając na hełm a potem na narciarskie buty na nogach Lesława podkute styropianem.

– Orzechi trząchałem, a buty izolowane, bo od ziemi już ciungnie – odpowiedział.

– Mów prawdę Lesiu – babcia pogroziła palcem. – Znów piorunami się bawisz. A tak ciebie prosiłam. Jak jesteś sam w domu, żadnych piorunów!

– E tam, takie tam pioruny. Jeden malutki, lipcowy jeszcze. Złapałem w buteleczkę a tak mnie dzisiaj głowa napierniczała, że musiałem sobie troszku bzyknąć w potylicę – Lesław zrobił minę kilkuletniego łobuza.

– Jedni od gorzały uzależnieni, a ten od piorunów, nie zmienisz człowieka Nadia. Ustrój zmienisz, ministra zmienisz, wojnę wywołasz, wojnę skończysz, żonę zmienisz, męża przegonisz ale człowieka nie zmienisz. – Z ciemności odezwał się głos a w ślad za nim kroki i szczupła sylwetka pułkownika Śluzaka. – Człowieka nigdy. Człowiek jak skała. Uparty jest.

– No to się porobiło – powiedział Łasabi i dodał podniesionym głosem – oddawaj nam naszego królika złodzieju!

– Nie chcielibyście waszego królika, bo on już nie królik a demon, niestety.

– Jak to demon, jaki demon, co mówisz pułkowniku? – zaniepokoiła się babcia.

Za plecami pułkownika pojawił się Karnickel. Miał zabandażowaną głowę razem z uchem i rękę w gipsie. Z ciemności w ślad za tamtymi wyłonił się  młody, modnie ubrany mężczyzna w skórzanej kurtce.

– Usiądźmy – zaproponował Lesław Mgiełka wskazując ręką stół, który niegdyś służył do sortowania poczty. Uczestnicy wybrali swoje siedziska spośród zbieraniny stołków i krzeseł. Po chwili otoczyli stół. Wraz z Łasabim Mgiełka ustawił na środku starodawny samowar opalany drewnem, który świstał i dymił gotowy do częstowania herbatą. Obok rozstawili szklanki, podobnie jak krzesła pochodzące z różnych kompletów, zastaw i epok. Konfitura, miód, chleb i masło dopełniły listę dań na kolację. Ogromne pajdy chleba Mgiełka odkroił z bochna kosą, którą przytrzymywał pod pachą za trzonek i podpórkę. Wywijał bochenkiem jakby główkę kapusty okrawał z liści, lecz w ten dziwny sposób pajdy w oka mgnieniu znalazły się w koszu na stole. Znajdowali się na dawnym zapleczu pocztowym, gdzie wciąż jeszcze stały szafki pocztowe, regały z przegródkami i stalowe szafy. Pod sufitem zaś wisiał dziwny stelaż przypominający połączenie anteny satelitarnej, kilku maszyn rolniczych i ozdób świątecznych. Pułkownik usiadł jako pierwszy i swoim zwyczajem wyciągnął papierośnicę. Zaciągnął się nie zapalając papierosa.

– Niestety demon, dwa demony – odezwał się po chwili, gdy Mgiełka napełnił jego szklankę herbatą. – Z pozoru niewinne sztuczki magiczne okazały się mieć potężną moc i stały się emanacjami sił, z jakimi jeszcze nie mieliśmy do czynienia. Wasz królik to teraz trickster. Niestety popełniłem błąd. Szkolny błąd niedocenienia przeciwnika. Karnickel próbował ich zatrzymać i omal nie zapłacił za to swoim życiem. Spalone włosy, zerwane ucho, złamana ręka, pęknięte żebra. Nie posłuchałem go i mamy efekt. Moja wina.

– Triker? – zdziwił się Łasabi – co za triker?

– Nie triker tylko trickster – odpowiedział Gonzo. – Bóg lub demon prześmiewca. Łącznik pomiędzy światem ludzi i bogów. Żartowniś, błazen ale i okrutnik. Jednocześnie mówi prawdę i kłamie. Bóstwo występujące w różnych religiach. Mitologii germańskiej, celtyckiej, religiach Afryki, Ameryki łacińskiej, Karaibów. No proszę i znowu zostaliśmy wciągnięci w te ich brednie i klechdy domowe. Zabawy mitami.

– Co za jeden? – Lesław wskazał ruchem głowy na Gonza.

– Nasz, Lesiu, nasz tylko nieprzekonany, oczytany ale nieprzekonany  – babcia machnęła ręką. – I zdejmijże ten hełm Wehrmachtu, bo aż mnie ciarki przechodzą.

– W każdym razie miesza skurczybyk. Znaczy się ten trickster, te dwa trickstery – potwierdził Lesław ignorując prośbę babci.

– Jak się trickster pojawia, zawsze zwiastuje zmianę, koniec starych rzeczy i początek nowych – dodał pułkownik smakując herbatę z konfiturami.

– Znaczy się badziew i rozpierducha – Mgiełka stuknął kosą z całej siły o podłogę.

– Więcej nawet, to zwiastun kataklizmu. Zmiata stary porządek i ustanawia nowy ale zawsze na drodze ostrej konfrontacji. Burzyciel i budowniczy w jednym. Niestety ci dwaj pochodzą z konfesji Candomblé lub brazylijskiej czy też boliwijskiej sekty Santeria – odezwał się młody mężczyzna.

– Przepraszam nie przedstawiłem jeszcze syna naszego towarzysza. Młody zdolny. Młody Jemioła, poszedł w ślady ojca. Komisarz policji. Nadia, powinnaś pamiętać Januszka, jego ojca.

– Podkomisarz – poprawił Jemioła.

– Mam nadzieję, że niebawem nadkomisarz. Pracujemy nad tym – zaśmiał się pułkownik.

– Mój wnuk Łasabi – przedstawiła babcia – jego serdeczny przyjaciel Gonzo i mój serdeczny przyjaciel Felek – wskazała na kota, który wyskoczył z koszyka i usadowił się na wysokiej ławie, na której kiedyś stał telegraf. Kot wykonał dwa obroty w lewo i jeden w prawo. Usadowił się wygodnie i od razu zabrał głos.

– Znaczy się sojusz zawieramy tak? Zawieszenie broni, bo mamy wspólnego, groźniejszego wroga, tak?

– No proszę, no bardzo proszę już bez tych brzuchomówczych sztuczek, kochana pani – zniecierpliwił się Gonzo. – Błagam, proszę to zrobić dla mnie i sobie darować.

Uczestnicy spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.

– Jak o nasz, Nadia, jak nie nasz? – zdziwił się Mgiełka. – Encyklopedię nam tu z głowy opowiada ale nic nie rozumi.

– Młody jest i głupi – stwierdził kot. – Wymyślił sobie w międzyczasie, że koty nie mogą gadać. Najlepiej do jego racjonalnych przekonań pasował mu pomysł pułkownika o brzuchomówstwie, typowe. Ciekawe, że wszystko inne jakoś jest w stanie zaakceptować ale najbardziej fascynuje go i drażni jednocześnie, że mnie słyszy i rozumie, choć oczywiście według niego to jestem gadającym kotem. Jestem i nie jestem, bo przecież nie mogę być  gadającym kotem,  gdyż w jego świecie nie ma gadających kotów. Dla niego to coś jak kobieta z brodą, człowiek pingwin, karzeł atleta. Żenujący są ci ludzie. Ale ad rem: znaczy się sojusz?

– Jest jeszcze gorzej – stwierdził młody Jemioła. – Ekipa emerytów już wcześniej znalazła ślady boliwijskich ziół ale to zignorowali, idioci. A dalej było jeszcze gorzej. Starsi panowie postanowił zwabić wiedźmę Samantę i zamiast ją złapać, tylko ja rozwścieczyli.

– Tylko nie starsi panowie, proszę z szacunkiem Jemioła – ponuro odezwał się pułkownik.

– Dziady stare, wzięły się za łapanie młodej wiedźmy! W koc ją chcieli złapać jak polną myszkę – Jemioła podniósł głos. – Kretyni, wszystko popsuliście!

Pułkownik gwałtownie, z całej siły trzasnął ręką w stół aż podskoczył samowar i wstał a wraz z nim Karnickel, który zdrową ręką wyciągnął z kieszeni sznurek, który w jednej chwili wyprostował się i zmienił w długi, sztywny pręt.

– Siadać, kurwa i się uspokoić! Siadać! – wrzasnął Mgiełka i pociągnął za wiszącą nad stołem porcelanową rączkę od spłuczki. Z sufitu, z dziwacznego urządzenia posypały się iskry. W jednej chwili sznurek na powrót stał się sznurkiem, samowar zabulgotał a włosy uczestników narady stanęły dęba. – Wszyscy siadać i się uspokoić! Młody z szacunkiem, stary siada, siada mówię! Ten mądrala – wskazał na Gonza – gęba na kłódkę! Dziwi się po cichu i morda w kubeł. Nadia chleb smaruje masłem i miodem. Cukru wam trzeba. Kot mówi! Reszta słucha!

– Bardz dziękuj, bardz dziękuj wielce szanowny gospodarzu – odezwał się kot. – Proszsz, proszsz bardz jak na dziada proszalnego przystało porządek i ład trzymasz na swoim terenie. Szacun. Pełen szacunek i podziękowanie! Tak czy siak, kto komu uciekł, a kto nie uciekł, kto komu demona podkradł i tak dalej, ogłaszam rozejm, czyli zgoda, zgoda, zgoda a Mruk wtedy rękę poda, czy jakoś tak – zaśmiał się kot.

– Jaki znowu Mruk? – wyszeptał Gonzo ale dziad proszalny Mgiełka walnął kosą o podłogę a z sufitu znowu sypnęły się iskry.

– Mruk, to żart taki panie Gonzo. Prócz poważnych spraw, bardzo poważnych, bardzo, bardzo poważnych spraw my lubimy żartować czasem.  Zmieniając temat. Jak wam uciekła? – zwrócił się do pułkownika ale odpowiedział młody Jemioła:

– Wyskoczyła z drugiego piętra przez okno jak się zorientowała co i jak. Nieźle ją potargało ale miała dosyć sił żeby sfingować napad w swoim domu. Chyba nie wie kim jestem. Prowadzę oficjalne śledztwo. Jest rozwścieczona. Raz tylko w życiu widziałem rozłoszczoną wiedźmę ale ta jest gotowa na wszystko. Wierzcie mi.

– No cóż, proszsz bardz, mamy pasztet. Co tu dużo wmówić, młody Jemioła miał rację: pierdoły pułkowniku, z całym szacunkiem ale jesteście pierdoły – powiedział kot. Pułkownik drgnął i wychylił się do przodu ale Mgiełka w tej samej chwili poskrobał kosą swój hełm. Kot zaś zeskoczył na stół, obwąchał ze zdziwieniem, a nawet z pewnym obrzydzeniem jak się zdawało Gonzowi, konfiturę i miód, polizał masło, usiadł obok samowara i spokojnie kontynuował. – No cóż, ja w swym długim i bogatym życiu widziałem ze sto razy a może nawet sto setek, a może…no nie ważne ile razy, widziałem rozwścieczone wiedźmy ale Samanta Gołąbek to przecież Sabina Taube, Soledad Paloma, nasza polomita, gołąbeczka. Mam nadzieję, że jesteście dostatecznie poruszeni i świadomi znaczenie tego faktu? Nadieżdo Konstantynowna, panowie, zrobimy tak…

44. Palomita
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Muszę się wujka zapytać czy miał jakieś kontakty z wiedźmami w policji ;)

Komentarze są wyłączone.