48. Kontrakt

Elegbara odłożył telefon Samanty a właściwie wyspał z dłoni kupkę popiołu, która została mu w ręku. Obszedł cały salon. Obejrzał drzwi na taras wciąż prowizorycznie zabezpieczone sklejką. Chwycił telefon prezesa Kryszuli, w którym Samanta odnalazła kontakt do dziennikarza i w jednej chwili również drugi aparat spopielił zaciskając pięść.  Zrobił kilka rytmicznych kroków i niespodziewanie porwał w ramiona zaskoczonego Kryszulę, zawirował z nim w tańcu. Z głośników popłynęły dźwięki argentyńskiego tanga. Kryszula jakby nagle wytrzeźwiał. Perfekcyjnie uchwycił rytm i postawę. Eszu wykonał jeszcze kilka figur, zerwał z głowy kapelusz i rzucił nim pod sufit. Po chwili pchnął Kryszulę na fotel i zanim ten opadł na siedzenie zdążył wsadził mu do ręki odkorkowaną butelkę. Kryszula przytknął szyjkę do ust i zaczął pić duszkiem.

– Paloma, och Palomita. Mieliśmy być drużyną, zespołem, a ty chcesz wszystko zepsuć – westchnął Eszu siadając na poręczy schodów w dziwacznej pozie przypominającej ptaka, który usiadł na gałęzi.

– Tylko zemsta ci w głowie, dziewczyno – dodał Anansi, który zszedł z piętra. – Przyjdzie czas na zemstę.

– Jesteśmy drużyną? A gdzieście byli jak mnie ta hołota zrzuciła z okna? – Samanta wyrwała butelkę z ust Kryszuli i rzuciła nią w stronę Eszu. Ten jednak złapał butelkę w locie i ustawił na swoim palcu szyjką w dół. Balansując nią zbliżył się do Samanty. Nie uronił ani kropli alkoholu, przeciwnie, butelka z każdym krokiem napełniała się coraz bardziej.

– Nikt cię nie zrzucił. Sama wyskoczyłaś jak wiewiórka spryciulka. Tak nas witasz? Oskarżeniami? – stwierdził. – Braci swoich?

– Albo nawet ojców? – dodał Anansi.

– Albo nawet mężów swoich?  – uzupełnił Eszu.

– Albo i kochanków nawet – powiedział Anansi.

– Niedoczekanie wasze! – Samanta podniosła głos. – Mieliście mnie wspierać wiernie jak psy, jak niewolnicy, mieliście być moim cieniem, podnóżkiem i bronią. Dlatego zostaliście wezwani!

– I niestety pomyłka – Eszu ustawił na dywanie grill na trójnogu i zaczął w nim rozpalać węgiel. Był przecież bogiem wulkanów, władcą ognia, więc za jednym dotknięciem z grilla zaczęło się dymić. – Dwa razy warto się zastanowić kogo się wzywa – dodał.

– I w jakim celu? – wtrącił się Anansi, który z gazety odwinął dwa wielkie okonie i zaczął je obierać z łusek gigantyczną maczetą zrobiwszy sobie miejsce na stoliczku art deco, strącając z niego, równie kosztowny co mebel, wazon. Po chwili obie ryby wypatroszył, odciął im łby, wytarł maczetę w zasłony a wnętrzności wrzucił pod poduszkę fotela. Eszu nadział ryby na swoja laskę i zaczął je opiekać nad ogniem. Anansi zaś ze sporych rozmiarów kufra wyciągał coraz to nowe przyprawy, którymi obsypywał skwierczące nad węglem okonie. Wonny, egzotyczny aromat rozszedł się po całym salonie.

– Wszystko będzie dobrze. Nie ma się czym przejmować. Dostaniesz to, czego chcesz ale w swoim czasie – stwierdził Eszu obracając ryby.

– Najpierw nasze sprawy – dodał Anansi i zaczął się rozglądać po pokoju. Po chwili przyniósł kryształową misę i jej zawartość, biżuterię i bibeloty, wyrzucił na podłogę. Eszu jednym ruchem zsunął ryby z rusztu, zaś Anansi maczetą pokroił je na dzwonka.

– Jakież to sprawy możecie mieć w tym kraju? – Samanta znowu podniosła głos. -Tutaj nie znajdziecie wyznawców, nie ma najmniejszych szans na popularność waszych rytuałów. Tu nikt nie wierzy w magię, ani w czary. Ludzie siedzą przed telewizorami i zazdroszczą bogatym i  pięknym, że są piękni i bogaci. Ludzie tutaj w nic nie wierzą! Dlatego zostaliście wezwani, gdyż jesteście tutaj nierozpoznawalni!

– I kto to mówi? Wiedźma, doświadczona czarownica? – zaśmiał się Eszu nadziewając kolejne rybie dzwonka na szklane sople, które odłamał z żyrandola. Jeden kawałek ryby wręczył pijanemu Kryszuli, który zaczął równie łapczywie jeść jak przed chwilą pił. Odkorkowali kilka butelek próbując trunki po kolei. Po chwili zdecydowali się na jeden i napełnili nim szklanki. Poczęstowali Samantę ale ta odmówiła:

– Czego chcecie? Nie mam zamiaru ani pić ani jeść z wami. Narobiliście mi tutaj chlewu! – Samanta była coraz bardziej poirytowana.

– Wszystko posprzątamy – stwierdził Eszu mlaskając.

– Nie będzie ani śladu – dodał Anansi. – Proszę się częstować Samanto –  powiedział i wyciągnął rękę z  kawałkiem żyrandola i nadzianą nań rybą.

– Obróciliście się przeciwko mnie i nie ujdzie wam to płazem. Niech no tylko zbiorę siły. Jesteście w obcym kraju. Karmicie się siłą i wiarą waszych wyznawców jak wszystkie bóstwa i demony. Pokażcie mi swoich wyznawców? Pokarzcie mi ofiary i rytuały, które was wzmacniają?  Pokarzcie mi świątynie i waszych szamanów? Gdzie są śpiewy, które tak lubicie, gdzie tańce, które was ożywiają? Tutaj siłę dałam wam ja. Niebawem zaczniecie słabnąć i wtedy wsadzę was do butelki jak dżina z bajki.

– Soledad Paloma, Samanta Gołębek, nasza Samanta – westchnął Elegbara. – Czy naprawdę sądzisz, że jesteśmy jakimś samobójczym desantem?

– Sabina Taube, nasza Sabinka, Samantka, nasza mała Sole – zawtórował Anansi. – Nie złość się na nas. Chcemy zawrzeć nową umowę.

– Renegocjować starą – dodał Eszu. – Chcemy tu się rozgościć na dobre.

– Polubiliśmy ten kraj – uzupełnił Anansi. – To dla nas nowa, stara ziemia. Ludzie tu bezbożni ale zabobonni.

– Lękliwi ale dumni – dodał Eszu.

– Dumą podszytą poczuciem mniejszej wartości.

– Ale za to złośliwi i nieufni. Zachłanni i bez pomysłu na przyszłość, jak u nas. Och Porto Rico i Haiti nasze ukochane – uzupełnił Eszu.

– I Dominikana, Jamajka i Haiti.

– I stara nasza Brazylia i Boliwia i Ekwador i Honduras i Haiti – dodał Eszu.

– I Afryka zachodnia i Kuba i Polska i Haiti. Pusto w głowach, straszno w sercach i wątroby przegniłe. Wstyd i korupcja i taka niewiara we własne możliwości – stwierdził Anansi.

– Nas tutaj potrzeba. Musimy tu wszystko cudownie rozpieprzyć. Ludzi natchnąć energią do zmiany i przefasonować co się da. Urządzić święto błazeństwa i okrucieństwa.

– Mamy w żyłach polską krew. Wróciliśmy do ojczyzny – powiedział Anansi przywdziewając krakowską czapkę i kontusz. Chwycili się pod ramiona i zaczęli tańczyć jak opętani co chwila wywijając hołubce, przysiadając, klepiąc się w uda, zmieniając taniec i stroje z krakowskich na góralskie, z kurpiowski na kociewskie, z kaszubskich na łowickie. Wirowali po całym salonie, przewracali meble, kwiaty i krzesła wykrzykując co raz: – Nasza ojczyzna, krew i blizna, nasza krew ojczysta!

– Przecież wy nie macie krwi. Przestańcie wreszcie błaznować i powiedzcie o co wam chodzi! – Samanta starała się ich przekrzyczeć.

– O przepraszam, może nie w sensie dosłownym ale na Haiti dość się najedliśmy polskich duszyczek, więc to nasza krew – Annasi zasalutował. Oba demony miały teraz na sobie mundury legionistów Dąbrowskiego. Stanęli na baczność. Eszu zaczął recytować:

– I Batalion pod dowództwem Michała Wodzińskiego w sile 984 ludzi, II batalion w sile 773 kudzi pod dowództwem Wojciecha Bolesty, III batalion Franciszka Grabskiego ponad ośmiuset, II Półbrygada Tomasza Zagórskiego w sile 2447 ludzi. Wzywamy na apel poległych. Dzielnie tłumili murzyńskie powstanie wyżynając w pień zbuntowanych czarnych niewolników, wściekłe psy niewdzięczne. Dzielnie walczyli w imię Francji i Napoleona cesarza wszystkich Francuzów! Nasza narodowa, święta tradycja w cudzych wojnach przelewać krew naszą i waszą!

– A potem udowadniać, uzasadniać, perswadować, – dodał Anansi – że to cudza wina w cudzej wojnie, a niewinność nasza, wykorzystana, zhańbiona, bo przecież nikt nie wiedział po co na Haiti wojsko nasze płynie? Nikt nie mógł przypuszczać, że w Hiszpanii przyjdzie naszym legionom tłumić powstanie przeciwko Francuzom. Sądziliśmy, że to tylko misja pokojowa, patrolowa, przypadkowa. Och my niewinni! Oszukani, wykorzystani! Nikt nie mógł nawet domniemywać, że…

– Dosyć! – Samanta wrzasnęła na całe gardło.  W tej samej chwili oba demony zniknęły a wraz nimi cały bałagan, który wcześniej zrobiły. Rozejrzała się wokół. Kryszula lizał kryształowy szpikulec oderwany od żyrandola. Nie było jednak ani śladu po grillu i rybach, ani jednego przewróconego mebla, ani rysy na podłodze. Po chwili do drzwi wejściowych ktoś zapukał. Samanta wspierając się na kuli podeszła i energicznie otworzyła drzwi. W futrynie lekko drżała maczeta, jakby dopiero co wbita w drewno. Jej koniec przytrzymywał sporą płachtę papieru. Samanta wyciągnęła ją jednym szarpnięciem. Karta rozerwała się na pół. Czarownica weszła do domu i rozłożyła oba kawałki na podłodze. Widniał na niej napis wykonany ślamazarnymi literami: Kontrakt. Niżej napisano: My robimy co chcemy. Ty nie robisz niczego, czego my nie chcemy, ale robisz co chcesz, jak ci powiemy, że możesz się zemścić, tak jak chciałaś. Do tego czasu siedź cicho i nie rób nic, bo jak nie… Strony kontraktu. Zleceniodawcy: Przesympatyczni, zniewalający, czarujący i hipnotyczni, niżej podpisani – Eszu, Pan Ognia, Burzy i Wulkanu zwany Elegbarą lub Miedzianym Panem; oraz Anansi, Pan Pająk, Wielki Mędrzec i Oszust, Władca Iluzji. Zleceniobiorca: Samanta Gołąbek, zwana też Soledad Paloma oraz Sabina Taube; wiedźma, czarownica czarnej magii, okultystka siódmego  wtajemniczenia. Zapieczętowane zgodnie z zasadami: krwią, rybią łuską i czystym alkoholem. Kontrakt obowiązuje od teraz.

Samanta odrzuciła papier ze złością. Na podłogę upadł kapelusz, który Elegbara podrzucił do góry tańcząc tango z Kryszulą.

48. Kontrakt
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. Mnie Bóg obdarzył umiejętnością niezauważania błędów u innych i u siebie :) Przez całe życie mi wmawiano, że powinnam zwracać na to uwagę, a ja myślę, że ciekawsza jest płynność myśli :) Taka moja teoria :) Dlatego może zaprzestałam pisania, ponieważ , przeżywałam stres, że jakiś błąd będzie i ktoś mi go wytknie.

  2. @mn dzięki poprawione;
    walorem rękopisów jest ich rękopisowość,piekarnicza świeżość; w porze, gdy piekarnie wyjmują z pieca poranny chleb,ja nierzadko kończę tekst;
    wadą rękopisów jest ich rękopisowość, piekarnicza świeżość, tekst niekiedy parzy nazbyt jest gorący [a windows i word press nie wszystko wychwytują, czasem po tygodniu dostrzegam jakiegoś baboka]

  3. Lubię czytać pana opowiadania ,ale proponuje poprawkę ort. W odmianie czasownika “pokazać” “z” zamieniamy na “ż” Łącze wyrazy szacunku. :-)

  4. Kocie osobistości oraz postaci demonów – prześmiewców coraz natrętniej przypominają mi Mistrza i Małgorzatę.

  5. No to jak oni się tych polskich duszyczek najedli, to szybciej się nawzajem wykończą niż komuś krzywdę zrobią :)

Komentarze są wyłączone.