49. Glock

Na przedzie szedł kot Felek, choć w zasadzie nikt nie wiedział czy Felek idzie, gdyż nikt go w ciemnościach nie widział, jak wiadomo w nocy wszystkie koty są szare, a niektóre znikają. Za kotem szedł dziad proszalny Lesław Mgiełka z gigantyczna latarką, za nim policjant podinspektor Jemioła, za nim Karnickel i pułkownik Śluzak, dalej Gonzo i Łasabi a na końcu babcia. Osiem osób podążało w kompletnych ciemnościach gęsiego i gdyby nie kot przewodnik w ślad, za którym podążał Mgiełka, pogubiliby się tym bardziej, że kot skręciwszy w chaszcze natychmiast zniknął im z oczu. Pozorna nielogiczność zdania wynika z faktu, że szli wyłącznie dlatego, że kot zobowiązał się być przewodnikiem. Kotom jak wiadomo bezgranicznie ufał Mgiełka, potężne chłopisko w ślad, za którym ruszyła cała reszta sądząc, że dziad proszalny nie tylko wie dokąd iść, ale  również, a może przede wszystkim, podąża z kotem, które to zwierzaki jak wiadomo oprócz stawania się szarymi w nocy, w tej porze doby również widzą znakomicie. Koniec końców zgubili się. Pół biedy gdyby szli od domu babci, tę trasę babcia znała na pamięć, szli jednak od strony Wężymordzia Kościelnego, przez opuszczoną wioskę, lasek, łąkę i chaszcze a tą drogą babcia nie chadzała. Kota ani śladu, drogi ani widu. Pułkownik na zmianę z Jemiołą klęli, jak to policjanci mają w zwyczaju. Co gorsza Mgiełka chcąc ich uciszać co rusz oślepiał piechurów idących z tyłu wymachując latarką. Wreszcie, kiedy już stracili nadzieję w oddali dostrzegli światło. Tym razem Gonzo przejął przywództwo stanowczo żądając nakierowanie się na punkt świetlny w oddali, zamiast bezustannego zawracania, zmiany kierunków i nawoływania Felka. Co gorsza, choć babcia wielokrotnie powtarzała, że jest to bezskuteczne, co rusz ktoś wołał: kici, kici. Na nic się zdały napomnienia babci aż  doszło do tego, że gdy ktoś z siódemki wypowiadał mimowolnie: kici, kici– pozostała szóstka chóralnie skandowała: on nie reaguje na „kici, kici”. Na co reagował kot Felek? Wyłącznie na swoje imię. Jednak na imię również nie reagował, jak to kot w nocy, nocny Marek, zniknął w ciemnościach.

Po dłuższym czasie wędrówki zwłaszcza pułkownik i jego zagipsowany druh Karnickel zaczęli odczuwać trud nocnej eskapady a zwłaszcza męczącą wędrówkę po podmokłej łące. Wreszcie ujrzeli w blasku nikłego światła zarys wieży kościoła. Dotarli na miejsce. Jemioła odbezpieczył pistolet ale wówczas pułkownik ostentacyjnie popukał się w czoło. O mały włos a doszło by znowu do sprzeczki między oboma mężczyznami ale rozdzielił ich Mgiełka. Odkąd zniknął kot a Mgiełka okazała się bezradny na swoim terenie zabrakło przywódcy. Szeptem powtarzane pytanie: Co robimy?  spotkało się za każdym razem z podobną refleksją w postaci kontrpytania: No właśnie, co robimy?  W rezultacie doszli do wniosku, że trzeba wejść do środka. Wszystkie pomysły, koncepcje i strategie w rodzaju:  okrążamy, wchodzimy na sygnał kilkoma wejściami, zaczajamy się na zewnątrz i temu podobne, spełzły na niczym. W końcu tak jak stali, tak weszli gęsiego dawnym, centralnym wejściem wprost do nawy głównej jak to bywa z topografią kościołów. W miejscu dawnej ambony paliła się świeczka, głębiej, w cieniu siedziała lekko zgarbiona postać a obok niej mały kot podrostek.

– Brawo, brawo! – rozległ się głos i oklaski. Postać wyprostowała się i nieco wyłoniła z cienia. – Prawdziwa siedmioosobowa zasadzka. Brawo! Prawdziwy desant.  Słychać was było od Wężymordzia. Chyba ze trzy razy okrążyliście kościół aż w końcu znalazłem świeczkę i ją zapaliłem, bo do rana byście tu nie dotarli.

– Feliks? – powiedziała babcia przecierając oczy.

– Pewnie, że Feliks. Przecie kurde mówiłem ja, że Feliks – stwierdził Mgiełka.

Babcia wysunęła się na przód, niepewnym krokiem zbliżyła się do mężczyzny, przyspieszyła i rzuciła mu się w ramiona krzycząc: – Braciszku! Wróciłeś!

– No żenada – odezwała się pułkownik. – Dwadzieścia pięć lat temu trafiłby pod sąd i jeśli nie kula w łeb, to co najmniej 25 lat, a teraz? Bezkarność.

– Ja też się cieszę Rysiu, że cię widzę – odezwał się Feliks.

– Dobrze, buziaczki z siostrą wymienione, a my uprzejmości nie musimy sobie prawić – odburknął pułkownik Śluzak. – Mów czego chcesz i po co wróciłeś?

W tej samej chwili młody Jemioła wbrew sugestiom pułkownika wyciągnął pistolet i powtórzył fragment pytania:

– Czego chcesz?

– Widzę Rysiu, że zacząłeś się otaczać młodymi pistoletami – stwierdził Feliks. – Naprawdę mi zaimponowałeś chłopcze – skierował się w stronę Jemioły –  jestem pod wrażeniem a nawet jestem nieźle przestraszony. To wielka, groźna spluwa chłopcze. Zdaje się glock. Muszę powiedzieć, że pasuje do ciebie, dodaje ci powagi. Jeszcze to migoczące światło. Naprawdę mocna scena. Noc, kościół, ogarek świeczki, spluwa.

– Schowaj to – syknął pułkownik. Jemioła jednak zignorował polecenie Śluzaka.

– Schowaj synku, nie słyszysz o co cię prosi Rysiu, znaczy się pan pułkownik? – zainterweniował również drugi dziad proszalny, Mgiełka.

– Mów czego chcesz i czemu psujesz nam szyki?– powtórzył Jemioła i wysunął się krok do przodu ignorując napomnienia starszych kolegów. Stojąc na wprost Feliksa dodał: -Broń jest nierejestrowana a za to, co zrobiłeś mojemu ojcu, mam ochotę odstrzelić ci łeb staruchu. –  Jednak w tej samej chwili…

49. Glock
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

2 komentarzy

  1. Gonzo niby taki kształcony człowiek a umysł zamknięty :) jak można na kota Felka kici kici wołać :)

  2. Spluwa w ręku powoduje, że nawet największe bzdury wydają się zdecydowanie mądrzejsze.

Komentarze są wyłączone.