50. Mistrz i Małgorzata

– I czym się to skończyło? – spytała.

– Oczywiście pistolet nie wypalił, chyba ten młody policjant wcale nie miał zamiaru go użyć – stwierdził Gonzo.

Wziął wolne w pracy żeby towarzyszyć Łasabiemu. Czuł się nie tylko jego przyjacielem, choć nie lubił tego słowa, używanego niemal zawsze na wyrost, czuł się również za Łasabiego odpowiedzialny. Z jakiego powodu? Nawet nie chciał się zastanawiać. Zdawał sobie sprawę, że Łasabi go wykorzystuje. Jednak zgłębianie dlaczego tak się dzieje, z jakiego powodu się na to godzi, uznałby za niegodną siebie, tandetną psychoanalizę. Nie znosił psychologów, lekarzy, psychologizowania, tych wszystkich oszołomów, którzy powtarzali, że psychologia to ich hobby. W najlepszym razie stawali się domorosłymi  terapeutami na potrzeby naiwnych znajomych, w najgorszym, szli na jakieś studia podyplomowe by potem pokazywać wszem i wobec licencjat lub inny dowód własnej przenikliwości i znajomości ludzkiej natury. Gonzo właściwie w ogóle nie lubił ludzi. Mógłby wygłosić całą litanię dotyczącą własnych i cudzych przywar, chciałby wsadzać ludziom palec w oko za każdym razem, kiedy okazywali małostkowość. Dlaczego tego nie robił? Ze strachu, że zostanie odrzucony. Żeby nie być odrzuconym dawał się wykorzystywać przez przyjaciół i znajomych, w towarzystwie milknął i znikał, a jego uniwersalną tarczą był zawsze i wszędzie – cynizm. Kończące się lato wywróciło jednak utarty od lat porządek, zakwestionowało nawet jego pesymizm i beznadziejny powrót do życia w chwili, kiedy na ten powrót, rzecz jasna ze strachu, się zdecydował. Opuszczając Polskę w drodze na Islandię był pewien, że nigdy nie wróci ani do ojczyzny ani do życia. Jednak, gdy po bezsennej nocy w hostelu w Reykjaviku wydał resztę pieniędzy na prom do Norwegii, jedyne o czym myślał, to o książkach i o Łasabim. Dziwactwo, żyć z powodu miłości do książek i tęsknoty do niekończącego się przekomarzania w czasie rozmów z Łasabim. A teraz wszystko stanęło na głowie. Każda myśl, którą kiedykolwiek pomyślał wydawał mu się głupia, infantylna a jednocześnie wydarzenia, w których uczestniczył były purenonsensowe, groteskowe i same w sobie infantylne, jednak ich niedorzeczność dawała nadzieję. Nadzieję? Owszem, nadzieja nadawała rozpaczliwej, szarej codzienności i jego pesymizmowi nowy kształt. Wyłaniało się z niego zaufanie. Zaufanie? Owszem to był rodzaj zaskakującej Gonza wiary, że istnieje niewidzialny gołym okiem porządek, który nadaje sens, to była wiara, że istnieje kolejna warstwa, być może prawdziwa, prawdziwsza, nieco prawdziwsza, w której znajdzie choćby część odpowiedzi na swoje pytania.

– Przez ostatnie tygodnie widziałem już bardzo dziwne rzeczy ale kiedy pistolet  na naszych oczach stał się miękki jak gąbka poczułem się bardziej nieswojo, niż gdyby wypalił – odezwał się Łasabi.

– Boże, w co myśmy się wplątali? – westchnęła Bodzia.

– Raczej wplątano nas – stwierdził Gonzo. – Teoria chaosu. Przypadkowo znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu i czasie. Przecież nie mogliście przewidzieć, że wasza firma to pralnia brudnych pieniędzy, a jej właścicielami są ludzie z jakiejś bandy, która korumpuje połowę kraju.

– Przyznam szczerze, że od dawna podejrzewałam, że firma prowadzi lewe interesy. Nie ma się co oszukiwać, taka jest prawda. Byłam prawą ręką prezesa i choć nie dopuszczał mnie do swoich tajemnic, odbierałam dziwne telefony, jeszcze dziwniejsze dokumenty, faktury na usługi i zakupy, których nigdy nie dokonywaliśmy jako firma, pojawiali się dwuznaczni kontrahenci – Bodzia zamieszała nerwowo zamieszaną już herbatę. – Całe mnóstwo sygnałów, których nie widziałam albo nie chciałam widzieć. Tłumaczyłam sobie, że to naturalne, że tak prowadzi się u nas interesy, że i tak nic na to nie mogę poradzić, że w innym miejscu na pewno jest podobnie. Jednak te wszystkie dziwactwa, a przede wszystkim to,  że moja szefowa wyskoczyła przez okno z mojego mieszkania, z drugiego piętra, te wszystkie zwidy, obrazy, iluzje, które pokazywał mi pułkownik, to mnie przerosło. Kompletnie mnie rozwaliło. Całe szczęście, że wy obaj jesteście normalni. Najbardziej jednak zaskoczona jestem ludźmi. Przypadkowi, zwykli ludzie okazali się uczestnikami jakieś spisku. Nawet beznadziejny ośrodek wczasowy, do którego jeździłam, żeby uciec od wszystkiego okazał się częścią jakiejś zmowy.

– Dokładnie mam takie samo wrażenie – przytaknął Łasabi –  jakbym przeniósł się na karty jakiejś powieści fantazy, jakiegoś Piekła pocztowego albo Mistrza i Małgorzaty. Zaklęcia, wiedźmy, gąbczaste pistolety.

 – Gadający kot jak w Kocie rabina  – dodał Gonzo. – Od dawna zastanawiam się czy postradałem zmysły, czy może moje zmysły wreszcie się obudziły? Myślałem nawet, że babcia Łasabiego zabawia się naszym kosztem i jest brzuchomówczynią udającą kota, a reszta to halucynacje i manipulacje. Ale wiecie co? Zacząłem dobrze się bawić i po raz pierwszy od dawna dobrze czuć. Nigdy o tym nie mówiłem ale w lecie nie było ze mną najlepiej. Gdy wróciłem do pracy przez chwilę zapomniałem o kocie, wiedźmach i łapanych do butelki demonach ale  kiedy wróciliśmy do Wężymordzia ożyłem.

– Ożyłeś? Ja bałem się, że nas wystrzelają – stwierdził Łasabi.  –  Do tego ten mój straszny dziadek czy wujek, nie wiem jak się nazywa brat babci, w każdym razie ten Feliks, który nagle się odnalazł. W poniemieckim kościele, wtedy, w nocy przyszło mi na myśl, że jak w Mistrzu i  Małgorzacie padną zaraz strzały i kule nie będą imały się tych wszystkich cudaków jak Korowiow i Asassello w powieści, ale my oberwiemy. Ja do licha krwawię! Jestem prawdziwy!

– Pytanie kto jest mistrzem a kto Małgorzatą? – stwierdził Gonzo i dodał po chwili radośnie – w zasadzie wszystkie pozostałe postacie już mamy.

– Przestańcie, teraz wy zaczynacie świrować. Mieliśmy się zastanowić co dalej, co o tym wszystkim sądzimy a nie fantazjować i przerzucać się literackim analogiami – oznajmiła Bożydara.

W tej samej chwili do gabinetu wsunęła głowę asystentka i powiedziała:

– Pani dyrektor przepraszam, że przeszkadzam ale korytarzem idzie tutaj pani prezes Gołąbek – Kryszula. Idzie o kulach, chyba nogę ma w gipsie czy coś?

– No proszę – Gonzo uśmiechnął się od ucha do ucha. – I na tym kończy się normalność, za chwilę spotkamy się z wiedźmą.

– Dzięki bogu, że tu jesteście – Bożydara wstała z fotela i natychmiast usiadła. – Najbardziej na świecie obawiałem się tego spotkania.

50. Mistrz i Małgorzata
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

2 komentarzy

  1. No i wywołałem kota z lasu. Ale to nic, bo to moja ulubiona książka.
    Piekło pocztowe? Muszę sprawdzić!

  2. Coś ostatnio prześladuje mnie “Mistrz i Małgorzata” ciekawe :)

Komentarze są wyłączone.