51. Samanta Sabina

-Świat nie jest dobrym miejscem i nigdy nie był. Nie jest też ani sprawiedliwy, ani sensowny. Niektórym ludziom udaje się tak doskonale wmówić sobie, że ich losy mają jakieś znaczenie, że z uśmiechem wpajają własnym dzieciom cały ten chłam – powiedziała Samanta z wysiłkiem opadając na fotel.

– Co pani nazywa chłamem? – spytał Gonzo.

– To co pan, panie Gonzo, z tymże pan to robi intuicyjnie, po omacku a ja niestety całkowicie boleśnie, chyba głównie z tego powodu, że robię to świadomie od bardzo dawna.

– Co takiego? – spytali niemal jednocześnie Gonzo i Bożydara.

– Żyję, moi drodzy. Żyję, przeżywam życie i znów żyję. Trochę inne kostiumy, trochę inne zabawki ale ludzie ciągle ci sami. Chłam. Nauczyłam się dawno temu wszystko wydrapywać własnymi pazurami i to dosłownie. Walczyć o swoje. Walczyć o przetrwanie.

– Przecież jako żona prezesa, a teraz właścicielka firmy ma pani wszystko, wszystko czego dusza zapragnie – zdziwiła się Bożydara.

– Majątek, wpływy, władzę – uzupełnił Łasabi.

– Trzeba było jeszcze dodać panie Czarku, że wypasioną brykę, niezły tyłek i wielkie cycki –  zaśmiała się Samanta. – No dobrze. Chwilami mam wrażenie, że jesteście takim samymi kretynami jak większość ludzi: jedzenie, seks, alkohol i koraliki, błyskotki i gadżety. Bezpieczeństwo. Tak chciałabym się czuć bezpiecznie – zmieniła głos na wyższy i bardziej piskliwy. –  Ach mój mąż mnie nie rozumie. Taka jestem samotna. Etat daje mi bezpieczeństwo finansowe. Emerytura, ach moja emerytura. Mój kredyt –  przedrzeźniała wyimaginowanych ludzi.

– Co w tym złego? – spytała Bodzia.

Bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo – Samanta znów zmieniła głos wykrzywiając twarz. – Najbezpieczniejsze są zwierzęta w ZOO. Nie ma się co obrażać, zdajecie sobie doskonale sprawę, że to prawda. Chwilami mam przebłysk nadziei, że zaczynacie rozumieć jak kręci się ten świat. Nie mówię o tych wszystkich interesach, biznesach – wskazała ręką na ściany biura – ale o tajemnicy życia. A potem, po raz setny przeżywam zawód.

– Zawód? – spytał Gonzo.

– Tak, panie Gonzo. Podobnie jak pan, siedząc na zimnej, mokrej skale obrosłej dwustuletnim mchem, kiedy zrywał pan płaty porostów i mchu, czuł pan fizyczny ból. Jest pan biologiem. Przyroda przez lata mocowała się ze skałą, walczyła żeby zakwitło na niej życie, a pan jednym ruchem to życie niszczył. I ten jeden moment zadecydował o tym, że pan żyje. Bezsenna noc w hotelu to była jedynie konsekwencja tamtej chwili. Uświadomiłeś sobie chłopcze, coś bardzo, bardzo…

– Skąd pani o tym wie, skąd wiesz, że byłem na Islandii? – Gonzo spurpurowiał.

Coś bardzo? Nie dokończyła pani?– wyszeptał Łasabi jak zawsze ślepy na uczucia swego przyjaciela.

– No cóż, my wiedźmy, czarownice, istoty osobne, inne, odmienione wiemy więcej, zaglądamy w różne zakamarki, potrafimy przyglądać się wydarzeniom z przeszłości. Trudniej przychodzi nam prognozowanie przyszłości, lecz niektóre z nas i to potrafią. Koty, te mają dar proroczy, ale są niezależne i kapryśne.

– Skąd wiesz? Skąd to wiesz? – Gonzo powtórzył przez zaciśnięte zęby.

– Mam przed sobą trójkę samotnych ludzi, samotnych jak ja. Co ciekawe wciąż się spotykamy. Skąd wiem? – pstryknęła palcami i w tej samej chwili ogromny, przytwierdzony do ściany, telewizor rozświetlił się. Z głośników huknęły dźwięki.

– Znam ten obraz! – krzyknęła Bożydara – Boże ja znam te sceny, pułkownik mi je pokazywał, tej nocy gdy pani wyskoczyła z okna!

Na ekranie widać było, zadymione wnętrze klasztornego kapitularza. Przez wąskie witrażowe okna wpadały resztki światła kończącego się, deszczowego dnia. Przy ławie okrytej zaplamionym suknem siedzieli trzej mężczyźni w białych habitach i czarnych szkaplerzach. Czwarty, siedzący u szczytu zapisywał starannie, powolnymi ruchami pióra – słowa, które dyktował mu zakonnik siedzący po środku na krześle z najwyższym, zdobionym oparciem. Jedynie jego habit lśnił nienaganną bielą. Odbywał się sąd nad dziewczyną, która stała na środku, zakuta w kajdany, o krok od drewnianego zydelka i klęcznika, pod umieszczonym wysoko na ścianie krucyfiksem. Jej suknia, niegdyś wytworna i zdobna stała się łachmanem. Mężczyzna dyktował:

– Oskarżona o wiedźmostwo, uprawianie czarnej magii, herezję a także rzucanie czarów Sabina Magdalena Taube przed oblicze Świętego Trybunału wezwana i przesłuchana w obecności ojców prokuratorów pod przewodnictwem Wielkiego Inkwizytora Ojca Melchiora z Mościsk, w mieście stołecznym Krakowie, dnia trzynastego września Roku Pańskiego 1555. Przywieziona z więzienia miejskiego po jurysdykcję kościelną. Zaprzeczyła zeznaniom niejakiej Bogumiły Pawlik, posługaczki, jakoby z diabłem pod postacią kota obcowała, raz w kolorze rudym innym razem o sierści czarnej.  Zaprzeczyła takoż, że czary rzucała i bluźnierstwa przeciwko wierze świętej katolickiej, świętemu kościołowi rzymskiemu a także przeciwko imieniu Pana Naszego i Zbawcy wielokrotnie wypowiadała. Dane w klasztorze Ojców Dominikanów w mieście Krakowie

– Krakowie – powtórzył skryba.

– Czy nie należałby zapisać w księdze, przewielebny ojcze Melchiorze, że i tu, w świętym miejscu, pod dachem ojców Dominikanów odważyła się czary rzucać pod postacią pająka i dopiero woda święcona, modły i egzorcyzm…

– Nie ojcze Remigiuszu, nie należałoby pisać, że wiedźma aż tak wielką moc posiada i bezczelność – przerwał mu ten, który dyktował. Uderzył ręką w stół i dyktował dalej:- Takoż ojcowie prokuratorzy zważywszy powagę oskarżeń, odprawiwszy mszą świętą, post i pokutę, za radą i ojcowskim błogosławieństwem ojca Melchiora postanowili Sabinę Magdalenę Taube wydać katu miejskiemu na badanie, gdzie palona będzie żywym ogniem, a w razie hardości w wyznawaniu win swoich jej członki zostaną poddane rwaniu, szarpaniu i rozciąganiu według procedury z użyciem instrumentów. Po badaniu doprowadzona zostanie ponownie przed oblicze świętego trybunału.

– Boże, widziałam to! – powtórzyła Bodzia. – Chyba wiem, chyba wiem co będzie dalej. Boże!

– Dalej będzie trochę zamieszania – odezwała się Sabina. – Kat był miejski, utrzymywany z kasy Krakowa, a sąd kościelny. Rajcy miejscy nie lubili kościelnej roboty, zwłaszcza gdy ociekała krwią. Przewożenie oskarżonych środkiem miasta, do baszty przy rynku skąd dochodziły rozpaczliwe krzyki, to psuło interesy. Zaraz, zaraz a czy poznajecie państwo aktorów?

– Dość ponury ten film – stwierdził Łasabi – wypatrując się w scenę przewożenie skazanej na tortury do więzienia miejskiego.

– To nie jest film – wyszeptała Bodzia.

– Więc nie poznajecie? – zdziwiła się Samanta. – No cóż i znów zawód. Ludziom można pokazać prawdę a oni i tak swoje. Rozumieją tyle ile rozumieją, czyli nic. – Pstryknęła palcami i film przewinął się do sceny odczytywania wyroku. Wychyliła się do przodu i wskazywała palcem na ekran jakby tłumaczyła dzieciom kim są postacie z ich ulubionej kreskówki. –  Ten na środku, co wygłasza wyrok, to znany wam pułkownik, tylko młodszy, znacznie młodszy niż teraz. Ten wredny, ten co to podjudzał, ambitny lisek, ojciec Remigiusz, to Gonzo. Tak, tak miły panie, to ty, parę lat temu. No cóż, moja rola jest oczywista. Nade mną toczy się ten sąd. A w cieniu, o tu, za filarem, kto to? – pstryknęła i na ekranie telewizora pojawiło się zbliżenie. – Kogo tu widzimy? Ach to Bogusia Pawlik, służąca, dziewczyna z ludu, co to u niemieckiej pani w mieście służyła i postanowiła się zemścić. Kto to? To nasza pani dyrektor, Bożydara Gzik.

–  A ja, kim jestem w tym filmie? – spytał Łasabi.

– Łasabi, to nie jest film – powtórzył Gonzo smutnym głosem.

– Jak nie jest, jak jest – zdziwił się Łasabi.

51. Samanta Sabina
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Nie podoba mi się ta powtarzalność. Jestem zwolenniczką teorii, że jednak kolejne życie przynosi nowe doświadczenia a nie w kółko to samo :)

Komentarze są wyłączone.