54. Pościg

– No to na co czekamy? – powiedziała babcia. – Gońmy go! Trzeba powstrzymać mojego brata!

– Nieee, no błagam, tylko nie pościgi, za stary na to jestem. Według moich obliczeń mam już ponad cztery setki ze sporym kawałkiem. Tylko nie to. Pościg? Co za baaanał, Nadieżda proszę cię.

– Jesteś młodziutkim kotem, ledwie podrostkiem. Wiek duchowy nie ma tu znaczenia – stwierdziła babcia pośpiesznie pakując torbę.

– Leje deszcz odkąd tu sobie gaworzymy. Leje jak z cebra. Roz pa da ło  się – przesylabizował.  – Po za tym czym zamierzasz go ścigać? Masz tylko stary rower i taczkę – kot przewrócił się na drugi bok. Po chwili wstał. Przyjrzał się uważnie babci. Wykonał swój koci piruet w miejscu i spytał zaniepokojony: – Chyba nie zamierzasz?…No nie, proszę cię! Nie odważysz się? Nadieżda apeluję do twego rozsądku!

Nadieżda jednak już go nie słuchała. Włożyła okulary i zaczęła na przedpotopowej, czyli trzyletniej komórce wybierać numer z listy kontaktów. Po chwili znalazła właściwy numer i wstukała: Pilne. Spec. znacz. Nadia.

– Ten wasz milicyjny żargon. Wchodzi w krew i nigdy nie mija – prychnął kot. – Pilne specjalnego znaczenia! I te wasze skróty – obrócił się na pięcie i skierował kroki w stronę spiżarni z godnością prężąc ogon. – Zaraz zobaczysz jak działa w praktyce eksperyment z kotem Schrödingera. Znikam. Będę w spiżarni, czy nie będę? Zarówno będę jak i nie będę, jednocześnie będę we wszystkich możliwych położeniach. Udaję się do alternatywnego świata.

– Ani mi się waż! Jedziesz ze mną!

– Ani mi się śni! – odpowiedział.

– Felek, nie przeginaj! – babcia uniosła palec i zamierzała powołać się na kontrakt, jeśli kot się nie ugnie, ale w tej samej chwili z podwórka doszedł ich hałas i dziwne odgłosy ni to grzmotów, ni to wybuchów.

Po chwili do sieni wszedł potężny Lesław Mgiełka w tradycyjnym dla siebie nakryciu głowy, w poniemieckim hełmie z antenkami, w butach narciarskich na styropianie i  w czymś w rodzaju drelichu. Był jednak dwa razy grubszy niż zwykle.

– Dobrze, że jesteś Lesiu. Piorunem przygnałeś – przywitała go babcia.

– A pewnie, że piorunem Nadia. Do ciebie to w mig. Zawsze! A jak jest spec. znacz. to i pół miga wystarczy – ucieszył się Mgiełka.

– A co cię tak rozdęło, Lesiu?

– Nie rozdęło, tylko się gazetami opchałem, bo zimno. Ty też się ubierz dziewczyno, bo przy szybkości strasznie duje.

Babcia  wskazała kotu koszyk a ten z niechęcią wszedł do środka prychając złowrogo po zamknięciu drzwiczek. Po chwili siedzieli w wehikule Mgiełki, a właściwie na wehikule. Było to coś zbliżonego do kajaka na kółkach. Z tymże ów kajak nie posiadał tradycyjnego kadłuba jedynie żebra i to najprawdopodobniej zrobione ze starych anten telewizyjnych. Z tyłu widoczne było coś w rodzaju śmigła od motolotni i skrzyni przypominającej kufer. Gdy wszyscy usadowili się w machinie, Mgiełka z tyłu, babcia z przodu i kot w środku, Lesław trzasnął swoją kosą w ziemię. Posypały się iskry, kufer-silnik zafurkotał, strzelił z niego piorun, potem następny i wreszcie pojawi się niebieski łuk światła pomiędzy skrzynią, kosą i śmigłem. Machina targnęła z ziemi sporej wielkości płytę chodnikową i uniosła dziób ku górze.

– Po co ten beton z przodu!? – krzyknęła babcia.

– Balast Nadia! – odkrzyknął Mgiełka. – Dupę mam za ciężką i dlatego tył idzie w tył. Dla równowagi beton z przodu potrzebny jest! Jedziemy!

– Na Warszawę leć, wzdłuż szosy! – krzyknęła.

– Lecimy! Trzym się Nadia!

Głos Mgiełki rozszedł się echem po obejściu babci Nadii i wraz z trzema kolejnym wyładowaniami kajak uniósł się w niebo i poszybował nad wioską. Po chwili widać było zakole rzeki i basztę starego kościoła. Dosłownie w kilka sekund znaleźli się nad Wężymordziem. Chmury był nisko i w niektóre z nich wlatywali czując delikatne muśnięcia. Wtedy deszcz ustawał. Mgiełka zniżał lot wpadając wprost w deszcz a potem unosił wehikuł ponad chmury, wysoko, gdzie świeciło słońce. Ziemi wtedy nie było widać, jedynie odległe krainy chmur, pierzaste przestrzenie widnokręgu. Zwolnił. Przez chwilę szybowali w ciszy. Po jakimś czasie znowu skierował dziób w dół, w stronę chmur, deszczu i ziemi.

– Na Warszawę leć. Duży biały samochód. Musimy go zatrzymać.

– Biały, duży? – zawołał Mgiełka przekrzykując świst wiatru i skrzypienie żeber kajaka.

– Mercedes! – uściśliła Nadia.

– Znaczy się, jak biały, duży mercedes, to Feliksa ścigamy. Znaczy się ukradł cuś.

– Ukradł. Z kościoła! – krzyknęła.

– Nic kurde nie widać przez ten deszcz. Zrób Nadia poduszkę z powietrza.

– Nie zrobię, bo wtedy nie będę miała siły żeby go powstrzymać.

Po kilku kilometrach lotu, pomimo zacinającego deszczu, bez trudu dostrzegli białego mercedesa na parkingu przed karczmą. Mgiełka sprawnie wylądował na zapleczu. Weszli do środka od kuchni. Feliks siedział tyłem do nich i coś jadł. W środku przy stolikach siedziało też kilka osób zajętych rozmową i posiłkiem.

– Czego tu, włóczęgi, zabierać mi się stąd, śmierdziele – usłyszeli za swoimi plecami. – Jazda mi stąd! Straszycie mi gości! Wynocha śmierdziele i zabierać ten wasz złom z mojego podwórka. Wynocha! –

Tęgi mężczyzna w białej koszuli i fartuchu szarpnął babcię za rękę. W tej samej chwili na jego plecy wskoczył kot. Utrzymał się w pionie przy pomocy kompletu swoich pazurów wbitych w ciało. Po potwornie długiej chwili, kot szepnął do ucha przerażonego i cierpiącego mężczyzny, który próbował niezdarnie zgonić kota wykonując półobroty i machając krótkimi rękami:

– Jesteś tu szefem, tak? Kiwnij lekko głową, jeśli to prawda. Doskonale. A teraz przez najbliższe trzy dni będziesz mówił tylko dwa słowa: Jestem śmierdzielem. Życie to smród. Pytanko, zamówienie, cokolwiek, a ty: Jestem śmierdzielem. Życie to smród. A potem:  Trzeba życie osłodzić. Deser gratis. Zapamiętasz? Wspaniale!

Kot zeskoczył z pleców karczmarza i zbliżył się do Feliksa. Kilkoro zaniepokojonych gości zaczęło odganiać kota, inni wycofywali się w stronę drzwi. Mgiełka walnął kosą o podłogę, z której posypał się snop iskier. Goście, kelnerka oraz właściciel wybiegli, ten ostatni krzycząc: Jestem śmierdzielem. Życie to smród! Deser gratis! Deser gratis!

– I co, zamierzacie mnie teraz pojmać? Będzie jakaś szarpanina? Walka staruszków? – Feliks spytał z uśmiechem, kończąc jedzenie krokietów do barszczu. Odgryzł kawałek i zastygł jak człowiek z katatonią, jak zatrzymany kadr w filmie, jak ktoś zadławiony ością w przedłużającej się w nieskończoność minucie. Zmarmurowiał.

– To ty? –  spytał kot przyglądając się Mgiełce.

– Myślałem, że to ty? – odpowiedział Mgiełka patrząc na kota.

– Nie, my, koty z rzadka rzucamy czary. Co najwyżej delikatne sugestie, jak do tego tu, śmierdziela. Jeśli to nie ja i nie ty, to ona – obaj spojrzeli na babcię Nadię, która siedziała na krześle wspierając głowę na dłoni.

– Boże, własnemu bratu musiałam to zrobić. – Wstała, otarła serwetką usta Feliksa zaplamione barszczem i powiedziała: – W nogi chłopaki, to nie potrwa zbyt długo! Piorunem! Już nas tu nie ma!

54. Pościg
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. Panie Macieju, jakbym była w Pana drużynie to mogę i być “Coachem Cwaniakiem” :) Byłabym dumna ;) To idę szukać tych anten i tego od piorunów a potem zapytam znajomej z Ukrainy, czy zna te sposoby na hipnotyzowanie :)

  2. Był jeszcze taki wcześniej, Franklin mu było.

  3. @Aniula – oczywiście, jest takie szkolenie ale warto pamiętać jak pisze Andrzej S. że coache to cwaniaki i za nic nie biorą odpowiedzialności :-) a tak bardzo serio, to trzeba zacząć od zbierania starych anten telewizyjnych no i trzeba odszukać Lesława Mgiełkię, gdyż tylko on ze znanych mi osób opanował moc piorunów :) uściski…a pościg trwa

  4. Dziękuję za pościg :) Ja też tak chcę umieć jak kot i babcia:) jest szansa na jakieś szkolenie? :)

Komentarze są wyłączone.