55. Pościg, pościg

Deszcz ustał. Wehikuł wzbił się w górę. Oczywiście kot nie zechciał wejść do wiklinowego koszyka, usiadł obok Nadieżdy, lecz natychmiast zaczął narzekać na przewiew i nieznośny pęd wiatru. Zatoczyli koło nad rzeką i Mgiełka zaczął obniżać lot kierując się w stronę łączki, na której miał zamiar wylądować, na tyłach starej poczty. Byli na wysokości dachów, gdy babcia zauważyła białego mercedesa swojego brata parkującego pod pocztą. Mgiełka postanowił się wzbić. Wykonał nagły skręt ale wówczas kot przeleciał na drugą burtę i w ostatniej chwili wczepił się pazurami. Babcia, rzuciła się na ratunek kotu ale wówczas wehikuł przechylił się na bok i stracił sterowność. W ślad za babcią, ponad jej głową przeleciał pojemnik, który chwilę temu wykradli z mercedesa. Kot wczepił się w płaszcz babci i po jej plecach wspiął się wyżej. W tej samej chwili Mgiełka próbował odzyskać sterowność, ale śmigłem zahaczył o blaszaną owiewkę na dachu. Drgania wehikułu zmieniły się w gwałtowne wirowanie wokół własnej osi, a skrzynka, skrywająca napęd, zaczęła świstać i buczeć. Tymczasem blaszany pojemnik z tajnym archiwum roztrzaskał się o dach i owinięte ceratą rulony rozsypały się po całym podjeździe przed budynkiem poczty. Feliks, brat Nadieżdy żwawo, jak na swój wiek i dopiero co mijające zdrętwienie, które wywołała Nadia, wyskoczył z samochodu i zaczął wrzucać rulony do bagażnika, do którego chwilę wcześniej, przed karczmą, dość brutalnie włamał się Mgiełka. Pogięta blacha kiwała się na sprężynach jak półotwarta, rozharatana szczęka. Tymczasem z pomocą kosy pilot ustabilizował lot wehikułu na tyle, że wznosili się na wysokości dachu wciąż drżąc i wibrując, jednak bez ruchu obrotowego. Spocony Feliks zbierał rulony. W pewnej chwili zauważył dwóch nastolatków, przyglądających się całej scenie. Wręczył im banknot i wówczas obaj ochoczo ruszyli do zbierania pozostałych skarbów z archiwum. Gdy kajak wreszcie usiadł z hukiem na podjeździe w tej samej chwili mercedes ruszył z piskiem opon, a Feliks pomachał na pożegnanie ręką wystawioną przez okno. Spojrzeli na tył samochodu kłapiącego półotwartym bagażnikiem. Ostro wziął zakręt i zniknął za rogiem.

Kot zeskoczył pierwszy. Wstrząsnął się, oblizał sierść i już miał zamiar wygłosić jakiś komentarz do całej sytuacji, ale Mgiełka bez słowa wpadł do domu, a w ślad za nim Nadia. Dwaj nastolatkowie zbliżyli się z ciekawością do wehikułu. Zapalili papierosy. Jeden szarpnął za antenę, element konstrukcji, drugi kopnął w gumowe kółko od taczki, fragment podwozia. Pierwszy szarpnął za śmigło a drugi, najwidoczniej bardziej utalentowany w kopaniu, zamierzał kopnąć rudego kota, który kręcił się w ślad za nimi, lecz noga chłopca nieoczekiwanie ominęła kota i poleciała dalej, ciągnąc w górę całą resztę, czyli nastolatka. Fiknąwszy w powietrzu kozła upadł tak nieszczęśliwie, że podciął swego kolegę, sam lądując w kałuży.

– O kurde – powiedział. – Moje nówki Najki. Matka mi da.

– Co tam twoje Najki, głupku – powiedział drugi. – Moje wypasione dresiki całe w błocie.

– Co tam twoje dresiki, jak se kieszeń wyrwałem w bluzie, debliu.

– Sam jesteś debil. Co mi twoja kieszeń, świrze, fajka mi jęzor upaliła jak się rymsłem. O mało co jej nie połkłem.

I tak rozmawialiby pewnie dłużej leżąc w kałuży, gdyby nie Mgiełka, który wybiegł z domu z nowym śmigłem i sporej wielkości kluczem, a w ślad za nim Nadia z koszykiem pełnym kabelków i wiadrem pełnym pomidorów. Mgiełka warknął na leżących chłopców a ci pognali przestraszeni w dziwnych podskokach usiłując wzajemnie się kopać uciekając i uciekać kopiąc.

Znowu wzlecieli ponad domy. Kot zły i mokry zamknięty w koszyku obwiązanym drutem, babcia przebrana w worki od śmieci uszczelnione gazetami, podobnie jak Mgiełka. Nie wypowiedzieli ani słowa, żadnych krzyków, narzekań, czy choćby ustaleń. Milczał nawet kot. Dopiero za Nidzicą dopadli białego mercedesa z kłapiącym bagażnikiem. Mgiełka zniżył lot i po raz pierwszy od długiego czasu wydał komendę:

– Uwaga! Szarpnie i rzuci do tyłu, trzymać się! – wyhaczył karabinek i betonowy balast w postaci płyty chodnikowej poszybował w dół wprost na dach mercedesa.

Uderzenie było tak silne, że płyta zgniotła blachę zagnieżdżając się w niej jak rodzynka w cieście. Mercedesem zarzuciło, kołami złapał pobocze, ześliznął się niebezpiecznie w kierunku rowu, lecz po chwili wrócił na trasę. Wehikuł natomiast gwałtownie poszybował dziobem w górę na kilkaset metrów, ustabilizował lot i ponownie obniżył. Jedynie kilka gazet z zaimprowizowanej puchówki wyleciało w powietrze. Feliks opanował samochód i przyspieszył spychając innych kierowców na pobocze. Migał światłami, trąbił. Wszystko na nic. Wehikuł Mgiełki był szybszy. Znowu obniżył lot tak bardzo, że śmignięcie kosy rozsypało iskry po całej masce pędzącego samochodu. Mercedes jeszcze bardziej przyspieszył. Prawy pas, lewy, środek jezdni, znowu lewy, Feliks wyprzedzał na trzeciego, na czwartego wyprzedzając wyprzedzających. Po kilku kilometrach i kolejnych śmignięciach kosą do pościgu dołączył policyjny radiowóz drogówki. Mercedes nie dość, że trzykrotnie przekroczył dozwoloną prędkość, to jeszcze nie zatrzymał się do kontroli.

W górze kot miauczał z zachwytu naśladując wycie policyjnej syreny. Zapomniał o mokrej sierści i chłodzie. Rozpalały go emocje. W pewnej chwili mercedes gwałtownie przyhamował i skręcił w las. Korony jesiennych drzew zasłaniały leśną drogę. Policyjny radiowóz również nie dawał za wygraną, mknął leśnym duktem, powoli doganiając auto Feliksa. Wtedy babcia zaczęła ciskać pomidorami. Większość z nich chybiała celu, lecieli zbyt wysoko by omijać korony drzew, lecz w końcu jeden, sporej wielkości malinowy pomidorek trafił w szybę… radiowozu. Przestraszony aspirant puścił kierownicę i zasłonił oczy, a wówczas policyjna KIA jednym podskokiem wpadła w podmokłą przecinkę, miękko osiadając w zaoranym, przeciwpożarowym pasie. Mercedes mknął jednak dalej a pomidory powoli się kończył. Wówczas Mgiełka wpadł na genialny pomysł: zamiast gonić, znacznie wyprzedził mercedesa. Po chwili nadleciał nad polankę, do której wiodła droga, po której mknął mercedes.

– Nie mam już pomidorów! – krzyknęła Nadia.

– Użyj kosza! – odkrzyknął Mgiełka. – Zawrócę i jak auto będzie na polanie, ciepnij koszem!

– A kot? – krzyknęła babcia.

– A ja? – krzyknął kot.

– Kota wyjmij – krzyknął Mgiełka.

Zawrócili. Tuż nad polaną Mgiełka obniżył lot i zawisł. Od strony lasu pędził na nich biały mercedes. Gdy znalazł się na skraju polany Mgiełka dał znak. Ruszyli w stronę auta na pełnej szybkości i gdy byli o metr od siebie, Mgiełka poderwał wehikuł, a babcia z precyzją rzuciła wiklinowym koszykiem wprost w przednią szybę samochodu. Feliks stracił panowanie nad mercedesem. Auto obróciło, koła zabuksowały w miękkim gruncie, samochód przekoziołkował i zatrzymał się na krzakach, na skraju lasu. Wylądowali, dopiero po chwili, gdy Mgiełka kolejny raz tego dnia opanował wehikuł nagle zmuszony do pikowania. W samochodzie nikogo nie było. Rozejrzeli się, ani śladu. Mgiełka pobiegł w las szukać Feliksa, tymczasem babcia otworzyła bagażnik. Wyjęła jeden z rulonów owiniętych w ceratę. Rozwinęła rolkę i wyciągnęła jedną z wielu, szarych teczek. Była pusta. Otworzyła kolejną. Pusta. Rozpakowała kolejny rulon. W każdym były dziesiątki szarych, zrolowanych, pustych teczek.

55. Pościg, pościg
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

2 komentarzy

  1. Dialog z rzucaniem kotem pyszny!

  2. Piękny pościg :)

Komentarze są wyłączone.