57. Obediencja błękitna

błękitne mogą...
błękitne mogą…

Gonzo wjechał na podjazd sporej wilii na ulicy Rosochatej. Mieli tu zawrzeć pakt o nieagresji i choć przez wszystkie tygodnie lata to Gonzo towarzyszył i wspierał swego przyjaciela Łasabiego, tym razem wyraźnie czuł, że sytuacja się odwróciła. Nie dość, że postanowili zaufać Samancie, spisać z nią nowe umowy o pracę dla Bożydary i Łasabiego, omówić warunki kontraktów menedżerskich, to jeszcze pani prezes miała dać dowód. Potwierdzenie czego? Tego nie sprecyzowali. Gonzo wyobrażał to sobie tak: racjonalność versus magiczność; logika zdarzeń obserwowana zmysłami versus baśniowość; fizyka i chemia kontra cuda; nieuniknione zjawiska biologii przeciwko czarom. Dowód prawdy. Weryfikacja tego, czego byli świadkami przez ostatnie tygodnie. Odpowiedź.

Warunki pracy przedstawione przez Samantę, jako akt dobrej woli, zapowiadały się znakomicie. Dla obojga jej menedżerów: Bodzi i Łasabiego oznaczały sukces finansowy i prestiż zawodowy. Już nie dyrektor a wiceprezes, już nie kierownik a dyrektor, oczywiście pełen wgląd w księgi i wypłata dywidendy z zysku. Ponadto dowód, a raczej próba, że nie postradali zmysłów, że nie są po prostu manipulowani przy pomocy tricków i środków halucynogennych, próba miała być przeprowadzona z użyciem metody naukowej. Jak? Przez ostatnie dwa dni Gonzo nie myślał o niczym innym. Jak oddzielić oszustwo od sugestii, jak oddzielić manipulację od prawdziwej percepcji? Jak w domu kuglarki, a może nawet całego zespołu prestidigitatorów i mentalistów, oprzeć się wyrafinowanej grze iluzji, do której zaprzęgnięto z pewnością elektronikę? Jak nie dać się wywieść w pole? Pomijał motyw. Z pewnością chodziło o ciemne interesy związane z firmą, w której pracował Łasabi. Łasabi natomiast kilka razy spotkał się z Bożydarą, a potem ze znajomym prawnikiem, by uzgodnić wszystkie warunki,  ewentualne kruczki prawne lub pułapki zawarte w nowych umowach. Bodzia natomiast studiowała dokumentację firmy.

Nie ufali Samancie, wtedy w biurze, choć przełamane zostały lody nie zniknęła nieufność.  Próba wyjaśnienia zdarzeń nawet Łasabiemu, który był skłonny uwierzyć we wszystko, nie wydawała się przekonująca, ponadto jemu jedynemu Samanta nie przydzieliła żadnej roli w dwuznacznym filmie o sądzie nad czarownicą. Za każdym razem było tak samo, analizował Gonzo, im dalej od jakiegoś niby- magicznego wydarzenia, tym słabsze wydawały się odczucia i z czasem kompletnie bledły. Nagła obsesja religijna Łasabiego, wydawała się śmiesznym epizodem, kolejne zauroczenia miłosne również, sierpniowe halucynacje – pijackim zwidem, demony w słoikach – sprytnym trickiem, nawet jego własna apatia i myśli samobójcze, wydawały się odległe, a ich ciężar gatunkowy zmalał. Do tej pory to był dla niego najlepszy dowód na iluzoryczność wszystkich tych wydarzeń i zjawisk, martwiła go jedynie powracająca siła i pewna trwałość zdarzeń nonsensownych, w które od pewnego czasu obfitowało jego życie. Co gorsza nie tylko jego, inni byli w tym samym miejscu i czasie świadkami podobnych zdarzeń, a zatem manipulacja, kosztowna ale manipulacja. Jak powracająca fala. Nie było dnia, w którym nie wydarzyłoby się coś nader dziwnego. W końcu Gonzo przed wizytą, która właśnie się rozpoczynała, poradził się nawet swoich kolegów i koleżanek biologów, w jaki sposób badaliby wydarzenia paranormalne, nadnaturalne czy jak tam jeszcze je nazwać? Odpowiedzi było tyle, co pytań, a pytań tyle, co dziwnych uśmiechów. Dlatego w końcu zaniechał dalszych konsultacji i po bezsennej nocy wymyślił  w jaki sposób sprawdzi i obnaży manipulacje i sztuczki, którym byli poddawani. Brzytwa Ockhama! Najprostsze jest najlepsze!

Po konwencjonalnym powitaniu Łasabi, Bożydara i prezes Samanta zajęli się umowami a Łasabi za zgodą gospodyni przygotowaniami do eksperymentu. Miał wolną rękę, gdyż Samanta stwierdziła, że na każdą, dosłownie każdą  propozycję się zgodzi w imię nowego przymierza. Po kilku minutach podpisy zostały złożone. Samanta zwróciła się do Gonza, który wciąż myszkował po salonie.

– Teraz na pana kolej, to znaczy na ciebie drogi Gonzo, przeszliśmy przecież na ty. Chciałeś słuchaweczki z mego ucha ale nie wiedziałeś co ma być tą słuchaweczką. Czy już wiesz? W dowód zaufania powiedziałam, że pokarzę ci wszystko co zechcesz – odezwała się uśmiechając się w najbardziej urokliwy sposób, w jaki czarownice potrafią onieśmielać mężczyzn.

– Chciałbym żebyś uleczyła swoją nogę i obrażenia ręki – stwierdził rzeczowo.

– Niestety, przykro mi, czarownice mojej obediencji nie mogą się samouzdrawiać.

– Wiedziałem, że tak odpowiesz – ucieszył się Gonzo.

– Co to ta: obietiencja? – spytał Łasabi.

– Obediencja to przyrzecznie, ślubowanie, akt wierności – wyjaśnił Gonzo.

– Nie tylko – uzupełniła Samanta. – U nas, czarownic obediencja to również spełnianie nakazów reguły po przyjęciu danej godności, pod karą jej pozbawienia. Mówiąc prościej: tracimy moc w chwili krzywoprzysięstwa wobec zasad własnego powołania i reguł naszej gildii lub wtedy, gdy wbrew przyznanym zasadom używamy swojej mocy. Dlatego czarownice wolały cierpieć męki i pójść na stos, niż na wieki utracić swoją magię.

– Przysięgnij zatem na swoje zgromadzenie – powiedział Gonzo stanowczo.

– Nie muszę, mnie to po prostu obowiązuje. A ponadto nie mogę przysięgać bez ważnego powodu. Widzisz, my nie jesteśmy ludźmi, nie zmieniamy zdania w zależności od chwili lub mody, dla nas zobowiązania, przysięgi są dawane raz na całe życie, nie zmieniamy ich w zależności od emocji jak wy, ludzie. Kocham cię, już cię nie kocham, przestało mi się tu podobać, przytyłaś, zestarzałeś się, już ci nie wierzę, zakochałam się, odkochałam, idę do lepszej roboty, super ale trendy, och jakie wspaniałe wow. Widzisz Gonzo, twój kłopot polega na tym, że chcesz coś zmierzyć ludzką miarą, dokonując wadliwych założeń już na samym wstępie. Jesteś więźniem paradygamtu. Coś ci pokarzę. – Wstała a Łasabi usłużnie podał jej kulę. – My wiedźmy karminowe, lub jak zwą nas niekiedy: ciemne lub pąsowe, nie możemy się uzdrawiać ale błękitne mogą. – Podeszła do stoliczka, na którym stały owoce, chwyciła nóż, utykając zbliżyła się do Bożydary i z całej sił ugodziła ją w dłoń. Dziewczyna zawyła z bólu i zwinęła się na kanapie, po chwili wyprostowała się i znów zwinęła. Krew zaczęła obficie wypływać z rany plamiąc jej ubranie i jasną kanapę.  Wszyscy  w trójkę zaczęli jednocześnie krzyczeć. Mężczyźni rozbiegli się i wrócili do kanapy. Gonzo zaczął nerwowo szukać czegoś do zatamowania krwi a Łasabi chwycił butelkę z barku żeby dezynfekować.

– Napluj na zdrową dłoń Bożydara. Napluj mówię! – Samanta rozkazującym tonem wydała polecenie. – Dobrze, teraz nałóż dłoń na ranę i trzymaj. Trzymaj mówię, uciśnij!

Mężczyźni otoczyli Bodzię, która posłusznie wykonywała polecenia czarownicy. Na ich oczach krew przestała płynąć a rana z każdym uniesieniem oplutej dłoni zasklepiała się coraz bardziej.

– Napluj jeszcze – rozkazała Samanta.

Gonzo wziął do ręki zakrwawiony nóż i oglądał jego ostrze. Łasabi natomiast wpatrywał się w ranę jak zahipnotyzowany. Ślad zranienia zniknął całkowicie, powoli zanikała również blizna.

– A w gildii błękitnej mogą – powiedziała Samanta układając usztywnioną nogę na podnóżku.

– Mogą? – powtórzył Łasabi.

– Mogą się samouzdrawiać – odpowiedziała Samanta.

57. Obediencja błękitna
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. No to ja nie z błękitnych, bo jakoś mi nie idzie :( Można poprosić coś więcej o pozostałych dwóch gildiach ? :)

Komentarze są wyłączone.