Stary Mistrz

Stary Mistrz
Stary Mistrz

Lao tsy lub według innych transkrypcji Laozi lub Lao tzu, Lao tzy, Lao tse, Lao tsy – Stray Mistrz jest postacią legendarną. Prawdopodobnie żył w czasach Konfucjusza, drugiego z wielkich chińskich mędrców, czyli około VI wieku przed nasza erą. Osiem tysięcy lat temu! Taoiści twierdzą, że zarówno buddyzm jak i konfucjanizm są mutacjami nauk Starego Mistrza. Z czasem uznano go za boga, nieśmiertelnego Teishang Lao jun. Podobnie jak to było z Jezusem Chrystusem wiele tysiącleci później, w innym zakątku świata, za Konstantyna Wielkiego, uznano mistrza za boga a jego poglądy, czyli  Tao, za religię panującą i jedyną, co pozwoliło dynastii Tang umocnić swoją władzę na prawie 300 lat.

Współcześni politycy mają z tym kłopot, owszem przysięgają na biblię ale ich władza jest pusta, pozbawiona czynnika duchowego. Powołują się i owszem na mniej lub bardziej filozoficzne tezy pod ogólnymi hasłami jak liberalizm, konserwatyzm, socjaldemokracja; odwołują się do makroekonomicznych poglądów a to Keynes’a a to Friedmana lub Marksa – lecz co to oznacza dla zwykłego człowieka? Niewielu obywateli potrafi  odróżnić poglądy konserwatywne od liberalnych, chadeckie od friedmanowskich, a marksistowskie od  newageowych. Odwołanie się do religijnego namaszczenia było nośne i zrozumiałe. Ich bóg jest zły, nasz jest dobry. Jeśli przypadkowo wierzymy w tego samego boga – jeśli zwyciężamy, bóg jest po naszej stronie, jeśli w państwie dzieje się dobrze – bóg nam błogosławi, jeśli źle – karze nas za grzechy. Owszem rewolucja naukowa i kolejne rewolucje społeczne, tak krwawe jak tylko okrutny może być ssak drapieżnik wyposażony w sprawny umysł i wyprostowane ciało, odsunęły religię od rządów lecz efekt okazał się mizerny. Brak odpowiedzi natury duchowej, czyli uzasadnienia własnego losu. Brakuje tego zarówno rządzącym jak i rządzonym. Współcześni protestujący związkowcy jak przed  wiekami protestujący lud Rzymu albo Aleksandrii,  wydziedziczeni bojarzy albo drudzy i trzeci synowie bez spadku, nic nie chcą rozumieć zależności i nie muszą rozumieć. Oczekują od władzy zaspokojenia ich potrzeb. Władza natomiast ma pusty skarbiec, klęskę lub niespodziewany urodzaj, bariery handlowe lub geopolityczne, ulotne sojusze lub niepewne zależności, dawne prawo i nowe oczekiwania oraz koterie, spiski, klany, sitwy, strefy wpływów oraz, jak dziś mówimy, lobbystów. Ileż problemów rozwiązał by nam wszystkim bóg, który definitywnie orzekłby ze swojej wysokości nieprzeniknionej i jedynie słusznej co jest prawdą, a co kłamstwem, co jest karą a co nagrodą i przede wszystkim…kto ma rację!

A tak pozostaje nam wpatrywać się w gwiazdy, wzdychać do starych bogów, nieufnie przyglądać się nowym, powątpiewać w naukę wciąż wierząc, że zastąpi nam boga i udzieli najważniejszych, prostych i jednoznacznych odpowiedzi, a w między czasie poddawać się starym religijnym rytuałom, wierząc, że wciąż mają moc. I jak żyć panie premierze? On też nie wie, mógłby wiedzieć, gdyby był jak dawni królowie pomazańcem bożym ale przecież nie jest. Nikt nie jest. Skąd zatem wiedzieć kto ma rację? Racja oznacza pewność. Wiara oznacza pewność bez wątpliwości i racjonalnego uzasadnienia. Jej brak zbija nas z tropu, tym bardziej, że nauka zmienia nasze dawne przekonania i poczucie pewności nawet co do faktów empirycznych z równą szybkością jak zmienia się moda na trampki, a fizyka kwantowa mówi o cudach jakich nawet Joanne Rowling nie byłaby w stanie wymyślić.  Co za ciekawe czasy!

Stary Mistrz
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

8 komentarzy

  1. Tak sobie jeszcze myślę skąd czasem we mnie taki przypływ wiary, że ten poziom polityki czy władza pieniądza przy dozwalaniu na byciu rozwielitką duchową nie może trwać wiecznie. Łacińskie przysłowie mówi contra spem spero. Wiara wbrew nadziei. Pod tym tytułem Maria Konopnicka pisała wiersz, w którym snuła wizję wolnego państwa. Dziś je mamy.
    Kiedyś opinii w USA narażały się takie osoby jak Margret Fuller czy Henry Thoreau. Prawo sankcjonowało niewolnictwo. Czy wtedy ktokolwiek na horyzoncie widział czarnoskórego człowieka na fotelu prezydenckim? Ludzie wbrew systemom, wojnom, konszachtom polityczno-biznesowym potrafią wywalczać zmiany. Światłe jednostki, epigoni, bakałarze natury, mędrcy, dobre dusze są jakby nie było siłą przeciwstawiającą się masowej głupocie.
    Zamiast, wcale nie mówię że niemożliwych, najazdów islamistów snujmy dobre cele, mądre wizje ciągnące nas w nawet na wyrost, lepiej na wyrost rozmarzonym pozytywnie kierunku???

  2. Damian, na Twoje pytanie w zasadzie odpowiedziała ania.

    Coaching, psychoterapia, zajmują się naprawą ego i próbują poprawić samopoczucie za pomocą głaskania ego, rozbieraniem go na części i tłumaczeniem jak nasze relacje z matką w 3 mies życia wpłynęły na nasz stosunek do mężczyzn w 38 roku życia.

    I jak już się jako tako dojdzie ze sobą samym do ładu, np. dzięki w/w technikom, to wtedy jest się gotowym na porządny skok do szczęścia, który polega, no cóż, na zamordowaniu ego :-) i uwolnieniu się od wszelkich sztywnych i wpojonych nam ograniczeń.
    To jest inny poziom. Coaching, psychoterapia to podstawa.
    Zaś dla chętnych jest coś jeszcze :-) Nawet jest całkiem sporo tego “coś jeszcze”.

    Może dlatego w grupie buddyjskiej do której mam przyjemność należeć jest kilku coachów – skądś muszą brać energię do pracy :-) Pan Maciej zdaje się szuka tego samego u mistrza Lao Tsy. Tak to jest :-)

    Cel, medytacja, pytanie PO CO.
    Medytacja buddyjska jest środkiem do celu. Jednym ze środków do celu. Przy okazji osiągamy spokój, zmniejsza się stres i jest nam samym przyjemniej, łatwiej znosić “przeciwności losu”. Medytacja nie jest celem, ani spokój wewnętrzny nie jest celem. Ani nasze dobre samopoczucie nie jest celem. To są dodatkowe efekty uboczne medytacji.

    Skupianie się na sobie i swoim ego stłamszonym przez wyrodną matkę nie jest drogą do szczęścia. Przenoszenie odpowiedzialności na innych, w tym na matkę też nigdzie nas nie doprowadzi.

    Buddyzm bardzo jasno pokazuje cel, metody, środki, współpracowników, pomocników i drogę. No ale samemu trzeba wstać i pójść tą drogą. Nikt za nas tego zrobi. Samo czytanie też niewiele da. Tak jak czytanie o smaku truskawki albo o seksie nie jest tym samym co zjedzenie truskawki i uprawianie seksu. Trzeba spróbować truskawki, w żaden inny sposób nie dowiesz się, jaki ona ma smak. Tak samo jest z buddyzmem. Trzeba doświadczyć, sprawdzić samemu. Nie ma wiary.

    Celem jest wyzwolenie, oświecenie i bycie bodhisattwą (definicje pojęć w linkach poniżej). Nie jakaś tam nirwana, odlot i niemyślenie i dziwne uduchowienie, jak to się czasem niektórym wydaje. Buddyści których znam to pełni radości i energii ludzie, niesamowicie żywiołowi, weseli i bardzo skuteczni w działaniu, znakomicie bawiący się na imprezach. Konkretni i praktyczni, skupiający się na rozwiązaniu a nie na problemie itd. Ludzi, którzy lubią jeździć fajnymi samochodami, ale jak przypadkiem noga w biznesie się podwinie to są zupełnie zadowoleni jeżdżąc rowerem. Czasem mówimy, że wśród nas są same trudne przypadki ;-) ludzi mega niezależnych, idących całe życie w poprzek. No cóż, dlatego świetnie się tam czuję :-)))))

    Nie sądzę aby to było miejsce, aby się rozpisywać nt. buddyzmu tybetańskiego, jego czterech szkół, różnic między nimi. Ludzie są różni, różni nauczyciele gromadzą różne ludzkie typy koło siebie, stąd różnice. Tu są linki do stron mojej szkoły Karma Kagyu:
    http://buddyzm.pl/pl/
    i do ośrodka w Warszawie:
    http://stupahouse.pl/

    Zapraszam :-)

  3. aaaa…poza intelektualna spojnoscia…cnota jest wspolczucie,czyli tlumaczac na nasze …milosc.to oprocz medytacji nalezy praktykowac przede wszystkim ,jak mawia moj przyjaciel buddysta…..
    moze dlatego buddystow nie obawiamy sie,mimo ze sa “inni”,obcy jak i muzulmanie????

  4. AgaWa….jesli mozna by wybierac,wolalabym buddyzm /niz na przyklad islam/ -daleko bardziej zaawansowany w rozwoju duchowym niz chrzescijanstwo…choc przeciez pierwotne nauki Chrystusa czerpia z buddyzmu,a przynajmniej nie kloca sie z nim…dziwnie ewoluowaly religie w naszym zachodnum swiecie…nie znam Koranu,ciekawe czy i nauki Mohameta zmienialy sie i jak przez lata????

    w kazdej religii musi byc otoczka rytualu…ludzie ,zwlaszcza ci inetelektualnie czy duchowo mniej zaawansowani potrzebuja swiec ,kadzidel,procesji ,kwaitow, bostw,swietych od kazdej bolesci….;))))))))))))) ale to otoczka-i jesli pod nia nie jest pusto ,wyrastajac w jakiejs tradycji,potrafimy sie i tym cieszyc ;))) zlobkiem ,msza rezurekcyjna ,pierwsza komunia dziecka….rozumiejac ze sens czesto jest gdzies indziej.w ten sposob tez przynalezymy do naszego swiata, tworzymy ciaglosc,stopniowo sie zmieniajac….
    no bo po co to wszystko???

    ja sobie wciaz zadaje pytanie : po co…….i o ile pamietam jeszce z warsztatow coachingowych, to ono sie tez wciaz przewijalo ,w roznych formach na roznym poziomie piramidy Diltsa i roznych innych piramid.potem dopiero bylo : jak?

    Pamietam tez z warsztatow ,ze zeby problem rozwiazac ,trzeba wejsc pietro wyzej.
    dopiero perspektywa kolejnego poziomu pozwala odpowoedziec na pytanie po co.

    piramida tez ma swoj wierzcholek i w pewnym momencie rozwiazania znajduja sie na polce “duchowej”-bez duchowego celu zycie traci sens.

    i daj boze ,zeby coraz wiecej z nas potrzebowalo szukac odpowoedzi na tym wlasnie poziomie.mysle ,ze buddyzm ma najwiecej do zaoferowania wkraczajacym w ten zakres

  5. @AgaWa:

    Co masz na myśli mówiąc “cel” i pytanie “PO CO?”? Jak to odnosisz do medytacji :-) chętnie usłyszę Twoje zdanie, pozdrawiam!

  6. Władza ma teraz jeszcze inny problem. Mianowicie – eksperci, profesorowie od nauk nieścisłych (makroekonomia) sami ze sobą się spierają, co czynić należy żeby “było dobrze” i co to w ogóle znaczy “żeby było dobrze” itd. I w ogóle nie jest w stanie ta nasza władza podjąc jakiejkolwiek decyzji i się jej w miarę konsekwentnie trzymać, a podjąć decyzję niepopularną (choć być może najsłuszniejszą) – nooooo, to jest w ogóle niemożliwe, bo grozi porażką w wyborach.
    A czasem chodzi o to, aby podjąć decyzję. Jakąkolwiek.
    Coś wybrać, na coś się zdecydować i realizować plan, bo to jest lepsze niż stagnacja i wieczne debatowanie i opluwanie się wzajemnie wyzwiskami.

    Królowie mięli władzę dożywotnią i jak jakiemuś państwu trafił się dobry władca, długo żyjący na dodatek, to taki kraj rozkwitał i widać było ten rozwój czasem przez kilka kolejnych wieków. Ale król miał czas (nie kadencję 4-letnią) a jego polecenia konsekwentnie realizowano.
    Zaś władza duchowa zapewniała spokój w państwie.
    Gorzej, jak na tronie zasiadł tyran albo inny świr …

    A brak duchowego celu faktycznie dokucza obecnie bardzo wielu ludziom, którzy takie potrzeby mają. Kościół katolicki ma coraz mniej do zaproponowania ludziom samodzielnie myślącym i wykształconym, wielu ludzi miota się między nihilizmem a materializmem (często nawet o tym niewiedząc).

    Więc co wejdzie w zachodnią próżnię duchową?
    Osobiście mam nadzieję, że buddyzm (ten tybetański, minimum mahajany lub najlepiej ‘diamond way’ vajrayany “odarty” z obcej nam całej nakładki etnograficznej tybetańskiej – same nauki są interesujące, kadzidełka mniej), system religijny który jest intelektualnie satysfakcjonujący, może i trochę trudny, ale idealny dla idealistów lubiących wszystko sprawdzać samodzielnie, którzy już wiedzą, że dwie wypasione fury, chata, rozmaite sporty ekstremalne, setki kochanek – szczęścia trwałego nie dają.

    Jakby to pięknie mogło być na świecie, gdyby każdego w wieku 9 lat nauczyc medytować ….
    A tak BTW:
    Bardzo ciekawe są doniesienia o tym, jak bardzo różni się mózg osoby medytującej od niemedytującej. Ci medytujący to inna kategoria ludzi :-)
    Ale sama medytacja (np. techniki medytacyjne stosowane w jodze) nie wystarczy. Bo najważniejszy jest cel, a tego new age i np. joga nie dają. Ani coaching, jak sądzę, bo nie odpowiadają na
    kluczowe pytanie “PO CO?”

  7. Przy obecnym stanie wiedzy, nie potrafimy zapanować na siłami, które uwolniliśmy -pisał w 1947 roku zakazany w USA Henry Miller. Obawiał się naszego wynalazku bomby atomowej w naszych własnych rękach, ale i ludzi małych z jakąkolwiek władzą nad ludźmi nakierowujących ich myślenie na to, że życie ludzkie jest krótkie, śmiertelne i bez sensu. On jak i wielu, wielu nie doczekał świata, do którego włożył własną pokaźną cegiełkę intelektualną. Czy my mamy szansę kiedykolwiek – jeśli to tak upragnione przez światłe jednostki od multum lat jeśli nie wieków – dożyć jakiegoś momentu głęboko duchowego, w którym pierdyknie to, co już dawno powinno pierdyknąć zostawiając wyczekane: powietrze i przestrzeń?
    Mistrz ma wielką, mądrą głowę. Jest cały niebiańsko niebieski. Zasłuchany w niego jelonek w słowniku Kopalińskiego, do którego kuknęłam, to atrybut wieczności i jesieni. pociecha zrozpaczonych, łagodzący namiętności. Nie bez kozery mistrz jest mistrzem. Odległy, bóstwo a przecież też po Millerowsku stworzony z tych samych pierwiastków co my.
    Historia ma swój okrutny nierzadko nurt. Na tysiąc sposobów ludzie przekonywali się, że wiara i religia to wcale niekoniecznie nie jeden tandem. Kiedyś bycie chrześcijaninem oznaczało powtarzanie za klerem, że ziemia jest płaska a słońce nas okrąża. Tu zainspirowana notką do takich, a nie innych moich przemyśleń postawię trzy kropki.

  8. Czas się zająć wróżbiarstwem :)

Komentarze są wyłączone.