58. Kuria

silentio
silentio

Lesław Mgiełka siedział na bogato zdobionym krześle i miął w rękach beret. Miał na sobie niemodny, granatowy garnitur dwurzędowy w prążki, który kupił w sklepie z tanią odzieżą w Wężymordziu, tuż obok swojej starej poczty. Zakup dokonany specjalnie na tę okazję. Nie wypadało do stolicy jechać w codziennym ubraniu, czyli w byleczym, które na siebie narzucał dla wygody. Na nogach miał wypastowane na czarno pepegi z powodu elegancji i deszczu, który zapowiadano. Miasto tego dnia było wyjątkowo zakorkowane z powodu protestów kilku central związkowych. Mgiełka nie rozumiał z jakiego powodu ludzie sądzą, że ktoś posłucha ich krzyków i gwizdów i zrobi coś tylko dlatego, że krzyczą i gwiżdżą. To tak, jakby stanąć na polu z transparentem i syreną w nadziei, że zmusi się kapustę żeby stała się kalafiorem. Owszem sam wielokrotnie rozmawiał z pomidorami i ogórkami w swoim ogródku za pocztą.Teraz jesienią, mówi do jabłek, śliwek i grzybów i to nawet często. Ale mówi z zachętą, mówi czule, prosi, czasem nawet przeprasza, że nie dopilnował, mrówek nie odgonił, gałęzi suchej nie uciął na czas. Dba i troszczy się, podlewa, przynosi ulgę krzakom i gałęziom, gdy z wdzięcznością zbiera ich trud, ich owoce. Cieszy się obfitym darem, dziękuje, obiecuje jabłonce, że ją zaszczepi, osłoni przed mrozem i przed zającami z pola. Grzybom dziękuje, że pozwoliły się znaleźć, nie narusza ich grzybni, ściółką okrywa. A tutaj? Skąd takie dziwne przekonanie w ludziach, że jak hałasują w kupie, to z tej kupy wyłoni się ich lepszy los. Owszem, jak własną gracą zadbasz o pielenie własnych ogórków, będziesz miał pożytek, ogórki odsłonięte pięknie urosną, ale w kupie nikt o twoje ogórki się nie zatroszczy. A gdyby nawet chciał, to przecież jednemu na ogórkach zależy, a drugiemu na nowym aucie, innemu na zdrowiu dziecka, a jeszcze innemu na taniej wódce. Jeden chce się w robocie obijać, a innych chciałby sprzedać łączkę pod lasem, jeden chce kobitę do łóżka zaciągnąć, a inny mieć szczęście w kartach. Jak to mierzyć? Jak porównać? Jak temu sprostać? Ludziska to dziwny naród. Miasto całe ludźmi zawalone, zatkane, a on tymczasem w rządowe rewiry musiał się udać na aleję Szucha. Nie chciał, wzbraniał się ale musiał. Pułkownik go prosił w imię odpowiedzialności, Jemioła prosił, znaczy się Jemielina Janusz, najpierw przez syna prosił a potem sam, w nocy przyjechał  wielkim autem z kierowcą i prosił. Prosił, że jak on, znaczy się Mgiełka, dziad proszalny z Wężymordzia Kościelnego nie pomoże, nie wesprze, nie upomni się, to wszystko przepadnie. Prosiła Nadia i dopirosz ona ostatecznie Mgiełkę ubłagała.

Co znaczy, że wszystko przepadnie? Spokój dzieci, przyszłość wnuków, mówił Januszek, minister ważny i przestraszony zarazem. Tłumaczył, że przecież jak nowa Polska powstawała, to z czegoś musiała powstać. A z czego miała powstać jak nie z kradzieży? Jak wszystko jest znacjonalizowane a potem ma być na powrót sprywatyzowane, tłumaczył Jemioła, znaczy się Januszek, to kto ma to państwowe kupić, kiedy nikt nie ma kapitału, co tam kapitału, grosza nie ma? Trzeba rozdać, przydzielić, uwłaszczyć, jakąś ludzką twarz tego przydzielania i uwłaszczania pokazać. Ale wszystkim wszystkiego nie da się rozdać. Można rozdać tylko tym, co będą gospodarskim okiem rozdane dobro pomnażać. I u nas się to udało. Ludzka twarz, nie to co w Rosji, czy na Ukrainie. Nikt przecież pokojowo władzy nie oddaje, żeby ją oddać i nic z tego nie mieć, tłumaczył Januszek. Za komuny zamiast pieniędzy niektórzy ludzie mieli władzę, a cała reszta święty spokój, jak dzieci, które niczym się nie muszą martwić. Dziś mają to i to.  Wszystkim się polepszyło. Sklepy pełne, półki się uginają, a dzieci zamiast wodę pić, kolorowe, słodzone soki piją, parówkami się opychają, a kiedyś parówka, to było marzenie. Wódka za grosze i to markowa, piwa ile zapragniesz, a samochód może mieć każdy. Telewizory kolorowe i programów telewizyjnych osiemset, jedne śmieszniejsze od drugich. I gdyby to miało upaść, to upadnie całkowicie i już nie wróci, bo po latach tłustych przychodzą chude, a jak przyjdą te chude, tłumaczył Januszek, to długo nie będzie tych tłustych, dla nikogo. Nadieżda powiedziała tylko, że nie po to świat ratowali z powietrza dekonspirację robiąc Mgiełki i jego wehikułu, nie po to bombardowanie pomidorami i koszykiem robili, żeby teraz odpuścić.

Na miejsce, z przystanku pekaesu przywiózł go młody Jemioła. Całe szczęście, że znał dobrze miasto a w samym centrum użył kilka razy niebieskiego światła i syreny dlatego zdążyli na czas. Jednak czas, rzecz względna. Siedział i siedział i nic. Nawet szklanki wody nie podali. Siedział i myślał. Myślał co powiedzieć. W końcu wymyślił, że powie po swojemu, jak starszy brat do młodszego, a jak ten nie posłucha, to tak czy siak w ryj się należy, ale kulturalnie, z liścia, a nie z piąchy, jakby normalnie w Wężymordziu, w takiej sytuacji postąpił, znaczy się przywalił.

Wysokie dębowe drzwi otworzyły się i do obszernej poczekalni, w której  oprócz Lesława Mgiełki siedziało jeszcze dwóch księży wyszła zakonnica i uśmiechając się służbowym, smutnym uśmiechem zwróciła się do dziada proszalnego:

– Szczęść Boże. Bardzo proszę. Jego Eminencja ksiądz biskup Mgiełka przyjmie. Zapraszam.

– Przepraszam siostro Anzelmo – odezwał się jeden z księży – jest siostra pewna, że teraz ten pan. Byliśmy zapisani na audiencję do Jego Ekscelencji księdza biskupa dziś na godzinę trzynastą, a  jest już prawie czternasta?

– Za pięć – uściślił drugi z księży.

– Wiem, wiem proszę księdza prałata. Niestety długie czekanie, długie czekanie. Dzisiaj ksiądz biskup miał nieoczekiwaną wizytę osobistego sekretarza Jego Eminencji księdza kardynała Pytko, z samego Watykanu i niestety długie czekanie, długie czekanie ale zobaczę co się da zrobić. Ach przecież, bo później Jego Eminencja jedzie do biura konferencji episkopatu i będzie tam, aż do wieczora. Może uda mi się choć na krócej, powiem księdzu biskupowi, poproszę w waszej sprawie. Wiem, wiem, no dzisiaj taki dzień, długie czekanie, długie czekanie. – Znowu uśmiechnęła się i zniknęła za drzwiami przepuszczając Lesława.

Mgiełka wszedł do przedsionka gabinetu, który był większy od całej jego starej poczty. Przemoczone pepegi zapadły się w miękkim dywanie. Na środku stało biurko, za którym siedziała kolejna zakonnica. W oddali wielkie, podwójne wrota prowadziły do gabinetu biskupa, przy nich stanęła siostra Anzelma wykonując zapraszający gest. Wielkie wrota zatrzasnęły się.

– Zdajesz sobie sprawę, że przesadziłeś Lesław, mogłeś dyskretniej poprosić o spotkanie – biskup odezwał się podając rękę do ucałowania w charakterystycznym, biskupim geście, ni to kobiecym, ni to władczym, jednocześnie jakby nazbyt miękkim, a jednak męskim, oczekującym, nachalnym, niepokojąco groźnym.

Jego dłoń zawisła a ciało biskupa zastygło. Wysoki, przystojny, przywódca przypatrujący się z ciekawością cudakowi, który stał przed nim i ani myślał całować. Zamiast tego podszedł do karafki, którą wypatrzył na stoliczku pod oknem i łapczywie, z gwinta wypił całą jej zwartość, po czym usiadł, zdjął tenisówki i skarpetki. Podsunął sobie sporej wielkości paprotkę i zaczął precyzyjnie wyżymać skarpetki do doniczki. Nogi osuszył najpierw w dywan a potem w gazety, które znalazł na kolejnym stoliczku.

–  Masz tu piecyk albo jaką farelkę? – spytał Mgiełka. – Troszku mi wilgoć w obuw wlazła i chętnie bym podsuszył.

– Dam ci na nowe buty, nieprzemakalne. Mów czego chcesz i się wynoś – powiedział biskup wyrwany z odrętwienia, czy to spowodowanego odmową pocałunku, czy też samym spotkaniem, czy też bezceremonialnym zachowaniem Mgiełki.

– Nieprzemakalne to ja mam, solidne, pierwszorzędne gumofilce, ale nie wypadało do stolicy w garniaku i gumofilcach jechać, to sobie lakierki wyszykowałem jak się patrzy, tylko mnie w nie wilgoć wlazła, przecież mówię.

– Słuchaj – biskup gwałtownie zbliżył się do Mgiełki. – Mów czego chcesz człowieku, nie ma czasu na jakieś głupie paplaniny?

– Człowieku? Człowieku do mnie mówisz? Do starszego brata? Ja dla ciebie teraz człowiek a nie brat?

– Lesław gadaj na miłość boską!

– Czesław uspokój się na miłość boską, przede mną biskupa nie musisz zgrywać. Dupę ci łopianem na polu podcierałem. Masz tę farelkę, czy nie?

Biskup wyszedł bez słowa drzwiami z tyłu gabinetu i po dłuższej chwili wrócił z parą czarnych trzewików i suchymi skarpetkami. Podał je bratu w dalszym ciągu milcząc i unikając jego wzroku. Lesław wziął buty, starannie obejrzał, wsadził rękę do środka, obwąchał i przymierzył podeszwą do gołej stopy. Naciągnął skarpetki, poruszył palcami od nóg i przymierzył trzewiki. Zrobił kilka kroków, poskoczył, znów się przeszedł i usiadł.

– Feliks wrócił – powiedział patrząc na brata. – Pęczak. Feliks Pęczak. Major Feliks Pęczak wrócił. Wrócił i zapierdzielił teczki. Nie wrócił sam, tylko z dwoma dziwolągami. Wiesz co to znaczy?

– Z jakimi dziwolągami? – Czesław także usiadł podkasując sutannę.

– Wuu duu, Czesiu – Lesław przeciągnął samogłoski. – Oni, to są szatany wuu duu.

– Chyba szamany?

– I to, i to, Czesiu, wszystko. Co najgorsze jest, pomaga mu jego córka. Znaczy się Pęczaka córka. Pomaga im, czyli mu.

– Sabina? – spytał biskup.

– Samanta, Sabina, Paloma a pies ją trącał, jak się zwie tak się zwie, wedźmicha, paskudnie wredna jest i wredna strasznie.

– To już mówiłeś.

– Że co, mówiłem? – zdziwił się Lesław.

-Że wredna, mówiłeś dwa razy.

-No. Wredna strasznie i okropnie wredna. Wredota. No i musisz Czesław pomóc, bo jak nie, to wszystko pierdolnie.

– Hamuj się ze słowami, Lesław, jesteś w pałacu biskupim.

-A w dupie mam hamowanie, Czesiu. Mówię ci, że pierdolnie, a wtedy i pałacu nie będzie i nic już nie będzie, całkiem nie będzie już niczego, bo się z wszystkiego ruski chaos zrobi, taki sam, jak cara obalali. A chętnych do koryta nie brakuje. A Jeżow, Jagoda, Beria też się znajdzie, w tej ojczyźnie naszej, co w niej nam przyszło żyć. O Jeżowów łatwiej, niż o te twoje święte Faustyny.

58. Kuria
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Ale koligacje no no :)

Komentarze są wyłączone.