60. Trzy raz nie

trzy razy nie
trzy razy nie

Biskup wszedł do pustego kościoła od strony zakrystii. Za nim podążał jego brat, Lesław w dziwacznych podrygach spowodowanych nowymi butami, do których nie mógł się przyzwyczaić. W środku migotała tylko lampka przed tabernakulum, panował niemal zupełny mrok. Usiedli w ławce przed głównym ołtarzem. Proboszcz parafii o nic nie pytał, najwyraźniej nawykły do późnych, niespodziewanych odwiedzin biskupa. Wpuścił ich i odszedł. Najwidoczniej sądził, że spowiedź i grzesznicy czasu nie wybierają. Ot, biskupie tajemnice.

Obaj bracia siedzieli w milczeniu. Lesław łapczywie zajadał kanapkę, którą kupili po drodze, a Czesław z dezaprobatą przyglądał się łakomstwu brata. Słychać było tylko mlaskanie Mgiełki, do chwili, gdy w nawie rozbrzmiały odgłosy kroków. Obok mężczyzn, w cieniu usiadła postać w kapturze:

– Zostałem wezwany strażniku. Oto jestem – głos rozbrzmiał głośno i wyraźnie w całym kościele. Lesław Mgiełka odłożył kanapkę, zajrzał pod kaptur nieznajomego i oznajmił radośnie:

– Karnickel, króliku to ty? O rzesz w mordę! Ty przecież niemota jesteś?

– Czasem niemota, a czasem mota i gada jak jest potrzeba, ty kozi wypierdku! – odpowiedział Karnickel. Zapadła chwila złowrogiego milczenia, po której  Karnickel i Mgiełka parsknęli śmiechem. Wszyscy wstali. Najpierw Karnickel uściskał Mgiełkę Lesława, a potem nieco chłodniej, Czesława. Rękę miał wciąż usztywnioną dlatego ściskał nadstawiając tylko jeden bok. Sądząc po przykrych doświadczeniach z bogami Eszu i Anansi jego głos w sprawie, w której się spotkali, był przesądzony. Tymczasem po serdecznym powitaniu Karnickel stwierdził:

– Stara znajomość, starą znajomością ale jak wytłumaczysz obecność twego brata strażniku? Nigdy w czasie obrad małej rady nie ma osób spoza rady – powiedział Karnickel znowu przybierając poważny i uroczysty ton głosu.

– Chyba, że jest to osoba zapraszająca w razie wyższej konieczności, a tak właśnie jest w przypadku dziada proszalnego Mgiełki, drogi Karnickelu, to Mgiełka nas tutaj zaprosił – usłyszeli głos trzeciego strażnika.

Postać tak jak pozostałe osoby zebrane w kościele usiadła w mroku, w oddali, pod kątem tak, że nikłe światło oświetlało ledwie połowę jej postaci. Lesław wstał, pogmerał w kieszeniach, zapalił zapałkę, podpalił świeczkę i bezceremonialnie przyjrzał się twarzy nowoprzybyłej osoby i usiadł z wrażenia. Trzecim strażnikiem była kobieta.

– Toż to swojaczka, somsiadka prawie – stwierdził.

– Sąsiadka – poprawił go brat.

– No mówię przecież. Toś się babo nieźle ukryła, oj nieźle. Nawet mnie przechytrzyłaś. Myślałem, że na swoim terenie wszystkich znam i na palcach mam policzonych, a tu proszę, tajna władza, sama strażniczka, osobiście w chałupinie mieszka, ledwie skleconej, lichutkiej, bez krowy nawet, jajeczkami handlująca i robaczywą marchewką. Proszę bardzo, proszę bardzo: babina, że do trzech nie umie zliczyć, a tu władza. Gertruda Śmietana, Genia, Geniusia, Truda ale jakby nie Truda, nie Geniusia, nie Śmietana. Proszę, proszę: dama, damulka z miasta całą gębą. Mnie palcami wytkają, o czary i wariactwo posądzają w całej gminie, a tu proszę, Gertruda strażniczka od tylu lat za babę jajeczną przebrana.

– Wytykają cię boś głupi – powiedział brat biskup – aż się prosisz o kłopoty, drażnisz ludzi, prowokujesz. Najmniejszym szczegółem swojego zachowania się zdradzasz. Twoja odmienność od typowych ludzi aż kłuje w oczy! Jesteś jak dziecko, które bawi się brzytwą.

– Chyba małpa? – odezwała się Gertruda Śmietana.

– Co małpa? – spytał biskup.

– Małpa bawi się brzytwą, takie powiedzenie jest – uściśliła Śmietana.

– Nie chciałem o bracie powiedzieć, że małpa – zawstydził się biskup jeszcze większy wstyd robiąc sobie i bratu.

– Każde z nas obrało własny sposób na ukrycie się w społeczeństwie. Ja zamilkłem wcielając się w sierotę i wiernego asystenta pułkownika, ty zostałeś księżulkiem i w końcu biskupem, a Lesław małomiasteczkowym odmieńcem, cudakiem. Trudi zaś została małorolną babą. Każdy z nas udaje głupka na swój sposób i każde z nas dla ludzi jest małpą, w dodatku małpą z brzytwą w ręku.

– O przepraszam…- zaprotestował biskup ale Karnickel mu przerwał:

– Zaraz powiesz, że biskup to zaszczytny tytuł, ale powiesz tak tylko dlatego, że wsiąkłeś w to swoje biskupstwo, sczłowieczałeś. Tymczasem przypomnij sobie ile razy nazywano cię pedofilem w czarnym szlafroku, czarną zarazą, klechą, ciemnogrodem właśnie dlatego, że przyjąłeś na siebie tę, a nie inną, rolę.

Dyskusja trwałaby dalej, gdyż do rozmowy miał się właśnie włączyć Lesław Mgiełka szurając nogami i zaciskając pięści, ale głos zabrała Śmietana:

– Skończmy proszę tę jałową dyskusję i przejdźmy do tego, po co nas wezwałeś strażniku Czesławie. Przybyłam zaniepokojona. Odwiecznym prawem rady i obowiązkiem wszystkich cechów magicznych jest utrzymywanie równowagi pomiędzy różnymi grupami wpływów. Jednym wolno uzdrawiać, innym rzucać uroki, jedni mogą zmieniać prawa fizyki, inni przewidywać przyszłość. Jednak zebranie tej mocy w jednym ręku, to potęga niesłychanie niebezpieczna. Kto zechce oddać ją potem dobrowolnie? Kto mając tak ogromną władzę zgodzi się z niej zrezygnować?

– Otwórzmy zatem oficjalnie zebranie małej rady i niech każdy się wypowie, wysłuchamy również zapraszającego, dziada proszalnego Mgiełkę – odezwał się Karnickel i wyciągnął wielki, staromodny klucz. W jego ślad poszli biskup i Śmietana. Zbliżyli się do kaplicy w nawie bocznej, każde ze swoim kluczem, a za nimi poszedł Mgiełka stąpając jakby szedł po rozżarzonych węglach. Trzema kluczami jednocześnie otworzyli zamek i weszli do środka. Z boku kaplicy znajdowała się mała zakrystia, w której zasiedli w trzech drewnianych fotelach, z symbolem księżyca, słońca i Ziemi, Lesław zaś przycupnął trochę z boku w usytuowanych tam stallach. Na środku zapalili trzy świece płonące dziwnym, zielonkawym światłem.

– Moje prawdziwe i jedyne imię: Amelon, wiedźmicha błękitnej gildii wiedźm z górnej części świata, moim znakiem jest głowa, głowa na szczycie ciała – Gertruda Śmietana wygłosiła uroczystą formułę wrzucając sporą garść ziół do kadzielnicy.

– Maiff, mag z gildii złotej, z dolnej części świata, oto moje prawdziwe imię, moim znakiem są stopy, nogi i kręgosłup, połączenie z ziemią – odezwał się Karnickel i również dosypał garść ziół do kadzielnicy.

– Dominor, czarnoksiężnik, oto moje prawdziwe i jedyne imię, moim znakiem są ramiona, które opasują Ziemię, środek świata. Gildia miedziana – jako trzeci odezwał się biskup. On również dosypał zioła i całość sprawnie podpalił używając zapałek i świeczki brata oraz kilkakrotnie dmuchając w żar.

– A ja? – upomniał się Mgiełka – ja też chcę tak oficjalnie!

– Ty nie musisz Lesław – biskup machnął na brata ręką przerywając na chwilę dmuchanie – to stara tradycja, ale bez znaczenia.

Kiedy już dym spowił kaplicę, początkowo utrudniając im oddychanie, a po chwili nawet rozpoznawanie osób i kształtów, zmuszeni byli przewietrzyć pomieszczenie, ale na niewiele się to zdało, wręcz przeciwnie. Dopływ tlenu zrobił swoje, rozbuchał żar. Zamknęli więc drzwi. Wówczas siwy dym rozkłębił się na dobre i w żaden sposób nie dawał się rozrzedzić. Dlatego krztusząc się i zatykając nozdrza, łzawiąc i parskając zgasili zielone świece. Kadzielnicę zalali wodą święconą, zamknęli kaplicę i przenieśli się czym prędzej do obszernej zakrystii przy kościele. Sporą chwilę trwało doprowadzanie się do porządku, mycie twarzy, czyszczenie ubrań z popiołu i łapanie oddechów w otwartym oknie. Wreszcie usiedli wygodnie, biskup z szafy wyjął mszalne wino, napełnił szklanki i po chwili stwierdził:

– Dlatego nienawidzę tych wszystkich ceremonii, zawracanie głowy i cholerna strata czasu. Przecież i tak doskonale wiemy kim jesteśmy. Teraz sutannę muszę oddać do prania, bo cuchnie spalenizną. Dobrze miejmy to już za sobą! – Łyknął szklankę wina i wskazał ręką na brata zmieniając ton na uroczysty, księżowski falset, jak poprzednio, w czasie oficjalnej prezentacji z kadzidłem:  – Oto głos pierwszy, głos zapraszającego! – Mgiełka wyszedł na środek, chrząknął i powiedział:

– Dziadostwo się rozpanoszyło przywleczone na naszą ziemię, przez tego, który został wygnany i teraz powrócił. On i jego córka chcą, chcą, no chcą nieźle namieszać, a konkretnie wszystko rozpieprzyć na amen, żeby już nie było niczego, jak rozpieprzą to wszystko.

– Czy to już wszystko? – spytał biskup nerwowo pocierając podbródek.

– No mówię przecież, że wszystko – Lesław przytaknął, wycofał się i warknął półgłosem – a za tą małpę, to i tak ci przypierdolę, Czesiu. – Zarówno biskup jak i pozostałe osoby zignorowały jego uwagę. Tym razem strażnik wskazał na Śmietanę.

– Czego żądasz? – zwróciła się do Lesława.

– No żeby drani zadusić – uściślił Mgiełka. – Znaczy się ktuś musi mieć tyle siły, żeby im dać radę, no chyba po to zebrała się ta rada, żeby coś uradzić kto i co, i w ogóle kto da radę? Jakby co, to Czesiu, ma sporo parafii pod sobą i efekt dotarcia do klienta. Inaczej mówiąc zarządza sporym terenem. Nie o to się rozchodzi bynajmniej, że to mój brat, czy coś, ale że ma te parafie, czyli sieć dystrybucji.

– Przekazanie takiej ogromnej siły jednej osobie, to ogromne ryzyko i wielka pokusa.

– Mówiłaś już o tym, droga strażniczko. Do rzeczy proszę. Konkret: tak albo nie – ponaglił biskup.

– Nie.

– Ja także uważam, że ryzyko jest ogromne, tak w sytuacji przekazania, jak i nie przekazania władzy nad magią tylko jednej osobie – wypowiedział się Karnickel.

– I znowu maleńka prośba, konkret poproszę. Przekazać, czy nie? –  biskup wypił kolejną szklaneczkę wina i otarł czoło haftowaną chusteczką.

– Nie – odpowiedział Karnickel.

– No i pięknie, ja też głosuję na nie i po sprawie. Trzy głosy na nie – ucieszył biskup Czesław.

– No dobrze a teraz trzeba zagłosować: kto – wtrącił się Lesław.

– Kto co? – Czesław przyjrzał się bratu z uwagą.

– No kto będzie miał prawo dysponowania całą mocą? – odpowiedział Lesław.

– Boże miłosierny, bracie, ty naprawdę coś masz poprzestawiane w klepkach. Było trzy razy: nie. Nie będzie żadnego supermena. Nie, nie i nie. Wszystko zostaje po staremu.

60. Trzy raz nie
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Uśmiałam się po pachy , szczególnie z rytuału :)

Komentarze są wyłączone.