63. Aniula wróżka

noc
noc

Nieprawdopodobne, oszałamiające, magiczne. Ziemia z lotu ptaka, nocą. Maleńkie iskierki świateł rozłożone równiutko jak ślady mrówek i tylko  gdzieniegdzie pojedyncze złocistopomarańczowe iskierki. Plamy światła, żarzące się pojedyncze latarnie, wstęgi w ciemności. Plastry chmur a potem grube, nieprzemakalne kłęby mgły zasłaniały ów teatr świateł, by na moment przerzedzić się i ustąpić miejsca panoramie, które sięgała aż do następnej chmury. Byli już nisko. Im niżej, tym mniej chmur. Kłęby mglistej waty spływały na ziemię długim językami rozświetlone na pomarańczowo wokół ciemniejszych plam drzew. Gonzo wielokrotnie widział ziemię w czasie lądowania samolotem jednak nigdy w taki sposób, niemal w zasięgu ręki, choć przecież niczego nie mógł dotknąć. Wiatr i kropelki wody uderzały w twarz, co chwila przecierał gogle, aż wreszcie zupełnie zsunął je na czoło, mrużąc oczy. Dachy domów były już blisko. Wijąca się rzeka, mosty i oświetlone w zamglonym świetle wieże kościołów. Dopiero teraz uświadomił sobie, że kot, który steruje czaszą jest wielki, większy od niego. Przypięty do kociej uprzęży czuł wilgotną sierść, muskanie długich wibrysów a nawet oddech zalatujący makrelą. Maleńki rudy kotek, stał się nie wiedzieć kiedy, wielkim kudłatym kociskiem wielkości tygrysa, do którego Gonzo był przyczepiony jak kangurze dziecko, jednak znacznie mocniej, parcianymi pasami. Nagle ziemia zaczęła się zbliżać zaskakująco szybko. Dachy, okna, parapety, uliczki, latarnie, bruk, chaszcze. Poczuł szarpnięcie, gdy kot gwałtownie ściągnął linki, wykonali zwrot i nagle zatrzymali się tuż nad ziemią. Kot zamortyzował zetknięcie z brukiem miękkim plaśnięciem ogromnych łap, sterował  ogonem. Zręcznym ruchem zwinął linki i podciągnął czaszę, a potem kilkoma ruchami zwinął i odrzucił bezużyteczną szmatę. Pazurami wyhaczył sprzączki i uwolnił Gonza.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział kot i w tej samej chwili zmalał do rozmiarów kota podrostka.

– Co to za miejsce? – spytał Gonzo.

– Ciemno. Środek nocy.

– To widzę, ale gdzie jesteśmy kocie?

– Księżowski zaułek. Trzecia trzydzieści trzy w nocy – stwierdził kot przerywając osuszanie futra językiem.

– No dobrze, nie o to pytam, co to za miasto i dlaczego tutaj wylądowaliśmy? – spytał Gonzo.

– Dlaczego, dlaczego? W poszukiwaniu twojej tożsamości drogi Gonzo. Jest tutaj osoba, dzięki której powinieneś się, że tak powiem: odblokować, czyli przypomnieć sobie z kim konie kradłeś i komu gruszki z drzewa zrywałeś, czy też śliwki?

– Powiesz mi w końcu gdzie jesteśmy?

– Świętego Józefa ulica, przez płot i jesteśmy na bruku, nie w sensie metaforycznym ale dosłownym. Jakieś plus osiem stopni. Zimno.

– A co z tym – Gonzo odwrócił się i wskazał miejsce, w którym leżały linki, uprząż i czasza ale nie było po nich śladu. Gonzo rozejrzał się i przyspieszył kroku w ślad za drobną figurką kota.

– Zaraz skręcimy nad rzekę i bocznym wejściem, po cichutki, po cichutku wślizgniemy się do środka. Portier miał zostawić otwarte drzwi, a my się przemkniemy do środka jak myszki – zachichotał i przeskoczyli przez ogrodzenie. Kot z lekkością a Gonzo z wysiłkiem wdrapując się na pustą beczkę. Wylądowali na jakimś placu budowy, który teraz opuszczali niemal po omacku, to znaczy Gonzo po omacku a kot po kociemu. Rozpostarła się przed nimi ulica oświetlona gazowymi latarniami. –  Tamten wysoki budynek nad rzeką. Przed nami most, za nami też most. Tu wszędzie są mosty i woda. Jakaś obsesja. Można było na suchym budować. Ale oni: nie. Budowali na mokrym, na brzegach, na wysepkach, na obsypujących się skarpach, na bagnach, z wysiłkiem. W każdym razie jesteśmy w tym dziwnym miejscu, gdyż tu w pobliżu się urodziłeś, bracie. – Skręcili w lewo. Rzeczywiście nie daleko widać było most. W ciemnościach, majestatycznie płynęła rzeka.  – Teraz wszystko tutaj jest w księżym ręku – kontynuował kot. – Na tej całej, pożal się boże, transformacji najlepiej klechy wyszły, jak zawsze. Najlepsze kąski łyknęli, najlepsze place w centrach miast. Tajemnica tego całego przekrętu ma w sobie tyle tajemnicy, co ja mam zamiłowania do psów. Wszystko widać jak na dłoni a ludzie, głupi nic nie rozumieją. Świat się kręci po staremu, bracie. Mówię ci.

Miasto było uśpione. W pół do czwartej nad ranem to najciemniejsza i najgłębsza noc. Dopiero za godzinę, dwie przebudzą się furgonetki z chlebem, pierwsze autobusy i tramwaje. Pierwsza zmiana ruszy do pracy. Hurtownie, poczta i osiedlowe sklepy spożywcze otworzą swoje drzwi i pierwsze bezsenne staruszki wyruszą po mleko żeby ugotować zacierki, owsiankę, kaszę manną albo inną, białą ohydę. Noc. Spokojna, nieco mglista. Przestępstwa już popełnione. Kace jeszcze nieodczuwane. Grosz z nocnych zabaw powoli przeliczany. O tej porze już wiadomo, czy noc była szczodra dla tajnych szulerni, półlegalnych burdeli, nocnych klubów z dealerskim wyszynkiem, czy zrabowane antyki, samochody, portfele będą warte włożonego wysiłku. W szpitalach albo już zapanował spokój, objawy wyciszone, pacjenci uśpieni w nerwowym transie oczekujący porannego obchodu. Śmierć właśnie kończyła zmianę jak okoliczne fabryki, by o świcie zacząć nową szychtę. Być może zmiany i system czterobrygadowy w fabrykach wymyślono wzorując się na śmierci, na jej trzech dobowych cyklach. Przed świtem, o świcie, wczesnym wieczorem. Podobnie z narodzinami. W końcu mateczki wiedźmy, wróżki akuszerki stały niemal ramię w ramię z mateczką kostuchą. Jedni szli w stronę światła zmiany i drudzy szli w stronę światła zmiany. I to, i to, to były narodziny jak przenicowanie tego samego kubraka. Jedni i drudzy odczuwali lęk, niekiedy przerażenie, choć w zasadzie droga do pokonania ta sama. Co ciekawe, ruch od zasmucał ludzi, zaś ruch do cieszył. Absurdalne, pomyślał kot, a jednak. Chyba lepiej ruszać w drogę wiedząc co nieco na temat minionej gościny, niż jak ślepe kociątko być rzuconym w nieznane. Trafi się czuła matka albo histeryczka niepewna swej wartości, trafi się ojciec pijak i wariat, w dodatku bezrobotny nieudacznik albo wyrozumiały, wrażliwy przewodnik. Och, to najfajniejsza robota nadawać przydział duszyczkom, pomyślał Felek i aż zamachnął się ogonem. Co za zabawa! Niektóre, bardziej świadome potrafią negocjować, inne się stawiają, jeszcze inne za wszelką cenę, chcą wrócić na stare śmieci, a starych śmieci już nie ma. No, spełnienie marzeń!

– Dokąd idziemy?

– Już jesteśmy na miejscu, to tutaj. Uchyl drzwi. Idziemy, do kogoś w rodzaju twojej matki chrzestnej.

Gonzo pociągnął klamkę wielkich drzwi. Zgrzytnęło. Wśliznęli się do środka. Rozejrzeli się nerwowo. Nikt nie zareagował. Zeszli po schodach do piwnicy. Kot wskazał kolejne drzwi ale okazały się zamknięte. Ponownie rozejrzeli się dokoła a Gonzo wykonał gest, w którym starał się wyrazić pytanie: I co teraz? Chwilę stali w ciemnym przedsionku i wreszcie z powrotem obrócili się w stronę drzwi wejściowych ale drogę odwrotu zagradzał im zaspany stróż nocny:

– Przepraszam bardzo – odezwał się kot – ale my do mateczki wróżebnej, znaczy się do wieszczki.

Stróż przetarł oczy, zszedł dwa stopnie niżej i wysunął głowę do przodu. Zza paska wyciągnął latarkę i poświecił najpierw na twarz Gonza a potem na kota.

– Kot mi zginął i właśnie go znalazłem, całe szczęście, że było otwarte tutaj, jakoś przypadkiem.. – Gonzo na poczekaniu zmyślił absurdalne wyjaśnienie podejrzanej obecności w przedsionku piwnicy.

Stróż raz jeszcze poświecił latarką, ruszył do przodu, ominął Gonza, zbliżył się do drzwi i wyciągnął pęk kluczy.

– Pan poświeci – zakomenderował. Wybrał odpowiedni klucz pasujący do zamka z pęku liczącego dobrych kilkadziesiąt. Przekręcił klucz i powiedział: – Zgadza się: jeden rudy, chudy kot i jeden chudy, niski mężczyzna. Jesteście trochę wcześniej. Matka wróżebna czeka. Traficie?

– Raczej nie – odpowiedział Gonzo.

– Kot nie trafi? – zdziwił się strażnik. Zrobił zaskoczoną minę, wzruszył ramionami, uchylił drzwi do piwnicy i przepuścił przybyszów. Stanął pomiędzy drzwiami i futryną blokując sprężynę zatrzasku. W piwnicy świeciło się nikłe, mdłe światło. Ręką wskazał kierunek: – Prosto do końca tym korytarzem. Będą schody. Schodami w dół aż dojdziecie do drzwi. Duże zielone drzwi. Za nimi będzie rozwidlenie. Trzy korytarze. Pójdziecie tym w lewo. Nie prosto, nie w prawo, tyko w lewo. W lewo, bo inaczej się zgubicie. Znowu aż do schodów. Na dół, to już będzie pod poziomem rzeki. I nie przegapcie małych drzwiczek na półpiętrze. No i wtedy już cały czas prosto jak korytarz prowadzi i już. Będzie trochę zakrętów ale cały czas trzymać się korytarza. Na końcu spora sala z ceglanym stropem, to tam.  A cha, pod koniec nie ma światła w korytarzu. Co? Pewnie nie macie latarki? Kot może jeszcze coś dojrzy a ty kolego, będziesz w czarnej dupie – zaśmiał się stróż. – Mojej latareczki wam nie dam ale mogę pożyczyć to – wyjął zapalniczkę. – Zawsze coś. Wszystko jasne? – bardziej stwierdził niż spytał i zanim Gonzo zdążył choćby powtórzyć w myślach trasę, wielkie blaszane drzwi trzasnęły a stróż nocny zniknął po ich drugiej stronie. Zostali sami. Gonzo szarpnął za klamkę ale zamek na dobre się zatrzasnął. Przed nimi biegł długi wąski korytarz. Ruszyli ale w tej samej chwili żelazne drzwi ponownie otworzyły się z hukiem. Przez szparę wychylił się stróż:

– Zapalniczka, zapomniałem.

Szli długi czas. Gonzo starał się przypominać sobie kolejność korytarzy, schodów, lewo, prawo. Według jego rozeznania powinni być już blisko. Sporą chwilę temu zeszli po drugich schodach i zapanowała kompletna ciemność. Od czasu do czasu słyszał tylko kocie przynaglenia: ­no chodź, chodź; tędy; no chodź. Pstrykał zapalniczką ale nie na wiele się to zdało. Kot szedł pewnie do przodu.

– Powiesz mi wreszcie dlaczego akurat tutaj?

– Wszystkiego się dowiesz na miejscu. Idziemy tunelem do dawnych piwnic i składów. Dawni kupcy ukrywali tutaj swoje zapasy: wino, piwo, mięsa, ciasta na pierniki ale również kosztowności. Nad nami jest rzeka. Panuje tu mikroklimat. Sprzyjające warunki – stwierdził kot. – Nad nami było centrum ówczesnego handlu, spichrza, młyny, doki, żurawie. Czasy świetności.

 

Wreszcie, w oddali dostrzegł podobne migotanie jak w chwili lądowania, jakby z nieba obserwował pojedyncze światełko na ziemi, jakąś zapomnianą latarnię. Przez długi czas nic się nie zmieniało aż wreszcie mała iskra w ciemności stała się migocącym płomieniem świecy. Nagle drzwi w głębi korytarza otworzyły się i świeca zgasła. W świetle dobiegającym zza otartych drzwi stała postać. Kot uniósł ogon i radośnie przyspieszył.

– Aniula, nasza ulubiona wróżka, witaj matko wróżebna!

– Felek, witaj kocie! Dotarliście bez problemu? Jak tam nocny lot? Twój pasażer jest cały?

– Cały, cały i zaciekawiony. Jak tam Karolinka, jak Tymek, dzieciaki zdrowe?

– Zdrowe, zdrowe i szczęśliwie. Zostały z tatą, więc miały wieczór pełen atrakcji i wrażeń. Pewnie była ich ulubiona pizza. Bierzmy się do roboty, bo mój Wiking musi wcześnie wstać.

63. Aniula wróżka
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. @Wiking :-)

  2. Piekny opis ziemi z perspektywy nocnego nieba :-) cudowny nastroj i magiczne niedopowiedzenia , uśmiechy Wilenskiej nocy :-)

  3. Właśnie stałem się fanem powieści :)

  4. Panie Macieju rogal na twarzy :) Dużo ostatnio się dzieje wydawałoby się złych rzeczy, ale już teraz czuję, że to po prostu etap, coś musi się oczyścić , by moc dalej robić dobre rzeczy. Dobry , zły pojęcia względne. Myślę , że dobre jest wtedy kiedy widzi się szczery uśmiech w oczach i na twarzy. Złe jest wtedy kiedy nie umiem sobie wyobrazić człowieka , który to zło czyni . Obrazu są różne od maziowatej obleśnej substancji do niekształtnej podziurawionej skały. Kiedyś sobie powiedziałam na podstawie mądrych książek ,że nie wolno się do nikogo uprzedzać, trzeba go poznać i dopiero móc coś o nim powiedzieć. Myślałam ,że mam z tym problem, że trzeba nad tym pracować. Okazuje się jednak, że nie, taki dar i to dość ciężki. Z jednej strony ciągnie mnie do ludzi z drugiej, w pracy zawodowej było dla mnie ciężkim przeżyciem widzieć jak ktoś prowadzał zamieszanie, niszczył harmonię i nikt nie reagował na moje protesty. Dopiero jak już ten ktoś wyleciał , no bo destrukcja nastąpiła, docierało do ludzi co się stało. Czuję się czasem jak Kasandra, której nikt nie słuchał. Zastanawiam się jak obudzić moc przekazu, skoro jest dar to nie może być wciąż blokowany. A no i czas obudzić materię, bo ile można na kurs coachingowy zbierać :) Kochani blogowicze jaki macie sposób na pomnażanie materii? :) A skąd Pan wiedział, że dzisiaj będzie pizza????? :)

Komentarze są wyłączone.