67. Pluszowy straszny miś

pluszowy straszny miś
pluszowy straszny miś

– Reasumując, trudno nam zrozumieć dlaczego tak ci zależy na tej sprawie Jemioła? Przecież Samanta zamierzała udupić twego tatusia ministra? – westchnął.

– Troszeczkę zerwała się ze smyczy i nam i…. O, ja głupi chciałem powiedzieć, że wam też się zerwała ze smyczy, ale raczej zeskoczyła z okna.

– I teraz prowadzi własną politykę, przez waszą głupotę – dodał ten drugi.

– Tak rozdrażnić wiedźmę, wiedźmę karminową, purpurową, krwistą, czerwoną, szkarłatną, rubinową jak wiśnia, pąsową jak róża, wiedźmę nocy, to dopiero jest głupota drogi Eszu.

Jemioła podparł się na rękach. Leżał w swoim łóżku, w mieszkanku na Ursynowie na ulicy Symfonii. Sprawdził czas. Była 3:33. Rozejrzał się. Coś mu się śniło. Jakaś rozmowa. Próbował przywołać wydarzenia z poprzedniego dnia ale nic nie pamiętał. Rozmowa z aspirantem, teczka, garaż, spotkanie? Wydarzenia wyłaniały się z mgły i we mgle ginęły. Może to z powodu tabletki nasennej? Otarł ręką spocone czoło. Rzeczywiście, to prawda, wziął tabletkę nasenną. Był zmęczony, a teraz potwornie chciało mu się spać. Dlaczego się obudził? Przyłożył głowę do poduszki. Zamknął oczy.

– Chyba obowiązuje cię jakaś elementarna lojalność wobec tatusia? Bo widzisz, gdy Samanta, Samantunia, Sabinka, Sabusia nasza zacznie działać na własną rękę, to będzie nie dobrze. To znaczy już jest niedobrze, już działa sama.

– Chciałbym zrozumieć, drogi Anansi, w co gra ten tutaj policjancik, ten pies, to znaczy pan podkomisarz? Przecież wiedział od samego początku, że wiedźma sfingowała napad. Nie dlatego, że jest z niego taki dobry glina, ale kumple tatusia mu powiedzieli. Wiedział również doskonale, że wiedźmicha sfingowała dowody przeciwko kumplom tatusia, przeciwko Śluzakowi i jego brygadzie emerytów. No to, o co mu chodzi? Czemu nie chciał zamknąć sprawy?

– Gdyż gra w jakąś swoją grę drogi Eszu.

– A on jest nasz, magiczny, czy człowiek?

– No wiesz Eszu, co za pytanie? Jasne, że człowiek. Nie poznajesz? Tacy jak on i jak jego ojciec bratają się od czasu do czasu z magicznymi dla własnych korzyści ale to typowy homo sapiens a teraz nawet erectus. Śpi jak niemowlę i nawet nie zdaje sobie sprawy, że nas słyszy, nawet nie pamięta jak się znalazł we własnym łóżku.

– Z tym to już nie przesadzaj, spora część ludzi nie wie jak się znalazła we własnym łóżku.

Gorzka wódka, gorzka wódka trzeba ją osłodzić

– Ale przecież on nie pił, sam go uśpiłem, własnoręcznie, więc bez sensu jest ta przyśpiewka Eszu…

– No dobrze, w takim razie co z nim robimy, jeśli już go mamy pomiędzy światami jak, jak, jak…Jak to się mówi?

– Jak na widelcu?

– Albo jak muchę w maśle.

– Albo jak robaka na haczyku.

– Albo jak  kota w worku.

– Albo jak kogucika na druciku.

– Albo jak na widelcu.

– I to mi się najbardziej podoba. Mamy go jak na widelcu, pysiaczka naszego, drogi Eszu. Zróbmy z pysiaczka zombiaczka!

– Zróbmy! Będzie nam długo służył, bo jeszcze młodziutki jest.

– To co? Walniemy go tradycyjnie w serducho, zawalik, akcja serca przerwana, a potem łapiemy duszyczkę, mała perswazja, zadrutowanie wolnej woli i jest nasz, zombiaczek, mułek na usługi – ucieszył się Anansi.

– Kochany bracie ale do tego wystarczy oglądanie telewizji – zastanowił się Eszu.

– Ale wtedy wciąż żyje. Życie jest niebezpieczne. Niektórzy ludzie czasem przestają pić albo brać, inni potrafią wyłączyć telewizor albo grę, to się niestety zdarza, a nam potrzebne popychadło!

– Manekin, marionetka, kukiełka po prostu – dodał Eszu.

– Chodzący trup, maszynka, pacynka, pluszowy, straszny miś.

– Zaczekaj bracie Ananasi? Coś słyszę.

– Ja też…

Jemioła znowu się obudził. W uszach wibrował mu przerażający wrzask, rozdzierający krzyk i chichot, a potem jakby odgłosy walki. Miał wrażenie, że nic mu się nie śniło, słyszał jedynie stłumiony głos, jakby rozmowę a potem ten potworny, jak z piekła rodem, rozdzierający krzyk. Dopiero po chwili  zorientował się, że ktoś go szarpie za ramię. Otworzył oczy. Oślepiło go światło, boleśnie świdrująca w głowie żarówka. Zamknął oczy i opadł na poduszkę. Ktoś jednak w dalszym ciągu, natarczywie szarpał go za rękę.

– Nie śpij Jemioła! Nie śpij chłopcze! Otwórz oczy!

– Całe szczęście, w ostatniej chwili zdążyliśmy. Byłoby po chłopaku.

– Poczekaj upewnimy się, czy nic mu nie jest dopiero jak go dobudzimy.

– Całe szczęście, że wpadłeś na to, żeby zadzwonić do tego aspiranta, drogi Karnickelu i że od razu wysłałeś tutaj Matuszewskiego.

– Mocna kawa panie pułkowniku, trzeba chłopaka posadzić i niech pije – Matuszewski podał kubek z parującym napojem.

– Poznajesz mnie, jestem Śluzak, pułkownik Śluzak, przyjaciel twojego ojca. Dostałeś się w łapy tych skurwieli demonów, o mały włos a byłbyś warzywem chłopcze. Karnickel coś podejrzewał, zadzwoniłem do twojego aspiranta Leszcza, Karasia czy jak mu tam…

– Płotka – wymamrotał Jemioła.

– Do Płotki, a Płotka powiedział, że odjechałeś z oficerami ABW. Od razu posłaliśmy Matuszewskiego w ślad za tobą, ale to Mgiełka cię uratował, akurat był w stolicy. Pamiętasz Mgiełkę? Obudź się chłopcze, nie zmykaj oczu! Jest kawa, koniecznie musisz się napić kawy. Pij chłopcze!

67. Pluszowy straszny miś
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Straszny ten misiu ……. Skąd w ludziach taka potrzeba okaleczania? Nie znam kontekstu obrazka, ale misi powinien mieć dwa oczka. Ktoś powie, ale człowiek jak czegoś nie ma to gorszy? Człowiek nawet jak czegoś nie ma to coś może . Misiu nie…..

Komentarze są wyłączone.