68. Kamienica na Foksal

– Fatalny moment, ale trudno. Atakują nas, prześladują, z każdej strony same wilki i te, no jak się nazywają, te drugie?

– Hieny.

– Hieny i szakale – przytaknął biskup Mgiełka. – Jestem pewien, że to również robota demonów. Wyciągają stare sprawy, podrzucają fałszywe dowody, jakieś molestacje, pedofilie, a to chwytliwy temat jest. Co za manipulacja, jakby uczciwego księdza nie było stać na porządny burdel? Wmawiają ludziom, że księża na ministrantów muszą się rzucać jakby w Internecie brakowało ofert na jeden telefonik: dyskretnie, elegancko, po cichutku. Co tylko chcesz? Do wyboru, do koloru. Co za oszczerstwa, że ministrantów? Po co mieliby ministrantów wykorzystywać, kiedy to jest niebezpieczne i nieefektywne? Spisek. Wszystko przez demony.

– Ale sam głosowałeś przeciwko nadzwyczajnym środkom – wypomniał starszy z braci Mgiełków: Lesław, młodszemu bratu, biskupowi.

– No niestety, niestety i trzeba będzie się do tego ostatecznego posunięcia posunąć – stwierdził biskup.- Zmusili nas i będą tego gorzko żałować.

Tymczasem w starej, pustej kamienic na Foksal, w mieszkaniu na trzecim piętrze zaczęli zbierać się kolejni członkowie zgromadzenia. Wszyscy dyskretnie wchodzili przez podwórka od strony Smolnej, żeby nie budzić podejrzeń wśród przypadkowych przechodniów na ruchliwej, pełnej knajpek ulicy Foksal. Okna choć zabite płytami paździerzowymi, dodatkowo zakryto kawałkami kartonu żeby odizolować się od przypadkowych, wścibskich spojrzeń. Rozstawiono świece, najpewniejsze źródło światła w budynku, w którym odłączono prąd. Zebrało się trzydzieści kilka postaci, większość wiedźm i czarodziejów z Mazowsza, kilkoro z pobliskiego Podlasia i Warmii, dwie z Kowna, jedna z Kłajpedy, dwie z Wilna, kilka z białoruskiej, czarnobylskiej zony, gdzie żyły w spokoju przez nikogo nie nękane, jedna ze Śląska, trzy ze Lwowa i jeszcze kilka osób z różnych stron. Kto mógł, przybył. Kraków jak zwykle na Warszawkę obrażony nie przysłał nawet swojego przedstawiciela. Poznaniacy przysłali list poprzez gołębia pocztowego, którego niechcący upolował jastrząb Wiesiek, mieszkaniec Pałacu Kultury. Wiadomość zbrukał krwią niewinnego i zawstydzony odmówił uczestnictwa w spotkaniu.  Pozostałe regiony stwierdziły, że sprawy dziejące się na Mazowszu, to wewnętrzna sprawa Mazowsza. Na nic były tłumaczenia, że sprawy dotyczą nawet Haiti i Dominikany nie mówiąc o Krakowie, Wrocławiu i Watykanie. Środowisko kotów reprezentował Felek, kocica Cecylia z Przasnysza i kot Burmistrz z Ciechanowa, grupę ptaków magicznych – kruk, Zygmunt Stary z okolic Starachowic. Kruki zawsze pochodziły z okolic, wszak nie sposób przypisać im jednego miejsca, jak adresu na Tarchominie lub monitorowanego gniazda jastrzębi na wieży Pałacu Kultury. Skądinąd wstyd, że jastrząb Wiesiek zgodził się żeby mu kamerę wstawili do sypialni ale zdaniem Zygmunta Starego jastrzębie, zwłaszcza te miejskie, to populiści i durnie. Wiesiek odciął się, że przynajmniej nie to co kruki, padlinożercy i na tym rozmowy się zakończyły.

– Dlaczego akurat tutaj, w opuszczonej kamienicy i to w samym centrum? – zdziwił się kruk, który nie lubił miasta.

– Koszty. Koszty kolego, wynajęcie byle jakiej sali w stolicy to spory koszt – westchnął biskup – a żyjemy tu wszyscy ze składek.

– No bez przesady, przecież tu sama dziana elyta, nie to co my, ze wsi – wtrącił się Lesław Mgiełka. – Trzepiecie tutaj grube miliony jak baba kurz z dywanu, te wszystkie parafie, przetargi, kontrakty, korporacje i nie stać was na byle poczęstunek i salkę ze światłem?

– Nie słyszeliście o kryzysie, wszędzie są cięcia, nawet w sektorze magicznym – stwierdził biskup.

Tymczasem spory pokój, utworzony z dawnych dwóch napełnił się gośćmi. Zbierano krzesełka, skrzynki, zydelki, wszystko na czym można było usiąść. Babcia Nadia na środku ustawiła kosz z owsianymi ciasteczkami, Lesław Mgiełka, jakby na przekór bratu, skrzynkę jabłek a Gertruda Śmietana rozłożyła na lnianej chuście chleb wiejski i konfiturę. W końcu też inni nieśmiało zaczęli się dokładać do wspólnego poczęstunku, bo jakże to po polsku się spotykać i nic nie zjeść, nic nie wypić?

– Witam wszystkich magicznych tutejszych i z dalszych okolic – zaczął biskup.

– Co za ciul – szepnął pułkownik do babci Nadii – mówi o nas magiczni jakby sam był człowiekiem, burak jeden.

– Zebraliśmy się tu w trybie pilnym z powodu wydarzeń ostatnich tygodni. Wypracowany przez ostanie 30 lat spokój i ład został podważony. Jeszcze kilka dni temu – biskup potarł czoło – osobiście byłem przekonany, że nie należy podejmować radykalnych kroków. Jednak wydarzenia ostatniej nocy, jak wiecie związane z młodym Jemiołą wymagają z naszej strony reakcji. Wiem, wiem – biskup starał się uciszyć głosy protestu, które odezwały się z pośród grona zebranych. – Jemiołowie są ludźmi ale od lat z nami współpracują. Bądźmy realistami, od czasu paktu z ludźmi, z niektórymi ludźmi, z wybranymi ludźmi,  granice pomiędzy nami, magicznymi a istotami ludzkimi zatarły się, z korzyścią dla wszystkich.

– Te małpy nie współpracują z nami, tylko nam służą! – stwierdził Matuszewski. – Dlaczego mamy przejmować się jakimś człowiekiem? Nie ten, to inny. Ludzie to bierni wykonawcy naszych poleceń. Tak było od wieków. Tak było, jest i będzie.

– Dzięki naszej wytężonej pracy od kilku stuleci mamy pokój i zaprzestaliśmy wzajemnych prześladowań, współpracujemy a nawet się ochraniamy, jeśli dotąd nie zauważyłeś, idioto! Dlatego przejmujemy się ludźmi! – obruszyła się Gertruda Śmietana.

– Tylko nie idioto, bardzo proszę, nie tym tonem – za swoim współpracownikiem wstawił się pułkownik.

– Rzeczywiście dotąd mieliśmy rozdział kompetencji i wpływów. Oni nie wtrącali się do nas, my do nich – uzupełnił Karnickel. – Niech ludzie zajmują się swoimi kłopotami, a my swoimi. Tak było zawsze, po co to zmieniać?

– Co ty pieprzysz, Króliku? Zawsze wtrącaliśmy się do nich, mieszaliśmy im w garnkach i cały czas mieszamy, tylko robimy to tak chytrze, że nie są w stanie się połapać – stwierdziła Nadieżda.

– Przypomnę, że dzieje się tak dzięki genialnemu posunięciu, naszego drogiego pułkownika, żeby zamiast być nieustannie prześladowanymi samemu zaangażować się w aparat prześladowań! – uzupełnił Matuszewski.

– Co ty opowiadasz, dajże już spokój, od dawien dawna byliśmy częściej w aparacie ucisku i w najróżniejszych tajnych służbach – odezwał się biskup – niż po stronie uciśnionych.

– Żadna w tym zasługa pułkownika – dodał kruk.

– Jesteśmy, byliśmy i będziemy wszędzie – stwierdził delegat z Kłajpedy – tylko w nierównych proporcjach. Rzecz w tym żeby być wszędzie i wszędzie mieć wpływy.

– I dywersyfikować, szukać różnych rynków zbytu i wykorzystywać wszelkie nisze. Na konfliktach przecież zarabiamy – uzupełnił kot Burmistrz. – Konflikty niosą za sobą nieuniknione straty ale też spodziewane zyski.

– Ponosiliśmy ofiary i nie ma co do tego wątpliwości – westchnął pułkownik.

– Tak czy inaczej, od stuleci nie było w tym kraju próby przerobienia człowieka w zombi i to we śnie – stwierdził biskup.

– Co innego na żywca, to się zdarzało – wtrącił przedstawiciel Białorusi.

– Jak ma być dobrze, jak się wszystkie mądrzyta? – Lesław Mgiełka w przeciwieństwie do pozostałych, którzy siedzieli na starych krzesłach zniesionych z całego budynku, wstał gdy przemawiał. –  A najgorsze nie to, że obce demony się rozpanoszyły, ale że my sami siebie nie znamy i nie popieramy. Ja nie wiedziałem na ten przykład, że Śmietana Gertruda jest strażniczką i znaczy się wiedźmą i Nadia też nie wiedziała. A te tutaj, dwie sierotki, same nie wiedziały, że są czarodziejskie, znaczy się Bożydara nasza anielica przepiękna i pan Gonzo. Przeciwnie, szarpał się biedaczek, a nikt pomóc mu nie mógł a może nie chciał. Dopirosz kot o niego zadbał i matka wróżebna Aniula.

– Przez wiele lat byliśmy jak pobliskie wydawnictwo, które zarabia na wynajmie lokali, zamiast na wydawaniu książek. Wielu spośród nas sądziło, że jesteśmy przeżytkiem jak książki, których już prawie nikt nie czyta. Tymczasem wraz z pojawieniem się demonów voodoo, magia ożyła! Potrzebowaliśmy wroga, który nas zjednoczy i ożywi – powiedział kot Felek.

– Co ty pleciesz? – pułkownik uniósł głos. – Cały ten bałagan rozpieprzy nasze interesy i ten kraj, który tak ładnie sobie ułożyliśmy.

– Kot Mówi! – Mgiełka, wielki sojusznik kotów, znowu wstał i tym razem grzmotnął kosą.

– A jak kot mówi, to trzeba słuchać – uzupełniła babcia spoglądając na Mgiełkę z aprobatą i uśmiechem na twarzy.

– Dodam, – wtrącił kot Burmistrz z Ciechanowa, potężny kot rasy Maine Coon – korzystając z głosu przydzielonego kotom, że sprawa dotyczy nie tylko ludzi, ale konfliktu wewnątrz naszego grona.

– Doskonale zdajemy sobie sprawę, że ludzie to w większości marionetki – dodała kocica Cecylia – jednak walka pomiędzy nami, ściągnięcie tutaj obcej magii może poskutkować jak grypa wśród Inków.

– Jak zmutowany wirus ebola – dodał Burmistrz.

– Jak świńska grypa przeniesiona na ludzi – uzupełniła Cecylia.

– Jak ospa, która staje się półpaścem – stwierdził Felek.

– Jak zaraza ziemniaczana na pomidorach – dodał Burmistrz.

– Dobrze, rozumiemy już wagę zagrożenia – przerwał im biskup, choć dopiero rozkręcali lawinę porównań.

– No więc tak, drodzy moi. Czas zrobić rachunek sumienia i przed Dużą Radą, czyli powszechnym, walnym zgromadzeniem czarodziejstwa, zrobić rachunek sumienia. Rachunkoczyńcą będę ja osobiście, jako wyznaczony i pełnomocny delegat bractwa kotów oraz z upoważnienia małej rady, czyli biskupa, Gertrudy Śmietana i Karnickela – wymienieni skinęli głowami na potwierdzenie słów kota. Kot Felek kontynuował:  – Samanta Gołąbek-Kryszula, czyli w swej dawnej postaci Sabina Taube z Krakowa oraz Gizela Taube zwana przewrotnie Kätzin, czyli Kocicą, wrocławska akuszerka, były, to znaczy są, siostrami i oczywiście wiedźmami. Z powodu sprzeczności interesów z tutaj obecnymi, niektórymi spośród nas, to znaczy was, pałają zemstą, do tychże niektórych. Jednak sprawa ma na tyle szeroki zasięg, że powoli wszystkim daje się we znaki. Niestety trzeba wam wiedzieć, z czego z pewnością zdajecie sobie sprawę, że nie zawsze graliśmy do wspólnej bramki, a raczej równie rzadko jak robią to ludzie, żeby posłużyć się tym błyskotliwym porównaniem piłkarskim. Co ustaliśmy, sami wprzódy nie będąc świadomymi owych straszliwych, a nieznanych, niecnych a tajemniczych zawirowań! Ładnie mi wyszło? – kot ukłonił się bardzo zadowolony ze swego popisu krasomówstwa i poczucia humoru. –  Mówiąc prościej, drogi, szanowany, wszystkim znany, pułkownik Śluzak, jakiś czas temu, ponad 400 lat temu, ponad czterysta dwadzieścia lat temu, osądził swoją koleżankę czarownicę, wspomnianą Sabinę Taube, skazując ją na okrutną śmierć. Pomagał mu w tym gorliwy braciszek Remigiusz i niemniej gorliwa posługaczka Bogumiła Pawlik, czyli nasze uśpione sierotki, jak łaskawie oraz uprzejmie był łaskaw nazwać je przed chwilą łaskawca, dziad proszalny Lesław Mgiełka, a mianowicie przebudzeni magiczni: Bożydara i Gonzo. Bożydara i Gonzo oraz pułkownik, czyli Bogusia Pawlik, braciszek Remigiusz w dominikańskiej sukience oraz Melchior z Mościsk Wielki Inkwizytor, a jakże. Nie koniec na tym, ponad dwadzieścia lat wcześniej siostra Sabiny, Gizela, pełniąca obowiązki wiedźmy w innym zacnym mieście, we Wrocławiu, w dniu narodzin tegoż samego braciszka Remigiusza, naszego tu obecnego Gonza, została zamordowana i wrzucona do Odry. Jak wiecie czarownicę, wiedźmichę akuszerkę, matkę uzdrowicielkę nie tak łatwo zamordować. Któż mógł tego dokonać? Jak wiadomo tylko inny magiczny osobnik. Tu głos oddam mateczce Aniuli z Wrocławia, która rzecz opisze z pierwszej ręki, gdyż świadkiem owych wydarzeń była osobiście, czyli we własnej osobie.

68. Kamienica na Foksal
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Zgadza się, nie tak łatwo zamordować :) ale żeby tam zaraz zemstą pałać ;) Co komu pisane ….. :) Ale tych dwóch opalonych to się we Wrocławiu zalęgło. Obserwuję ich sobie. Jakby co będzie zlot we Wrocławiu :)

Komentarze są wyłączone.