Autobus i coach cz.2

Zatem coach to autobus. Czasem wsiadam do tego autobusu jako pasażer. Tak jest. Zasiadam w fotelu w roli klienta coachingu. Moja wiara w coaching i zaangażowanie w jego popularyzację, poczucie skuteczności i sprawczości coachingu jako metody wynika z tego, że sam wielokrotnie korzystałem i korzystam z jego dobrodziejstwa jako klient. Moje życiowe zmiany, odkrycia a przede wszystkim zmniejszanie balastu z jakim przychodzi mi przez życie wędrować, a także osiągnięte sukcesy, pokłady mojej równowagi i spokoju zawdzięczam coachingowi, coachom i sobie – to znaczy swojej pracy, i jak to mówimy, procesowi coachingowej zmiany. Zanim zostałem coachem byłem klientem! Zanim sam zaproponuję jakieś narzędzia, modyfikacje, coachingowe nowinki najpierw sam sprawdzam to na sobie – jako klient. Idę to mistrzyni lub mistrza jakieś metody, zapisuję się na szkolenie lub warsztat, siadam na krześle klienta i jestem kołczowany. Mam dręczące mnie przez tydzień pytanie, stary wzorzec powraca, męczący demon wysnuwa się z mgły, tracę z oczu cele – wtedy proszę coacha o sesję. Korzystam również z superwizji coachingowych, moim zdaniem to warunek coachingowej ekologii, warunek konieczny zawodowstwa – zwracanie się do innego coacha z problemami dotyczącymi roli coacha lub pracy z konkretnym klientem. Coś się nie układa, techniki nie odnoszą skutku, pojawiają się silne emocje, blokady – to niemal zawsze jest zaproszenie do superwizji, czyli coachingu dla coacha w sprawie coachingu.

Dziś natomiast  miałem sesję jako klient. Powrócił mój stary wzorzec dotyczący pracy i zapracowywania się. Na tyle już jestem samoświadomy (a może właśnie  zbyt mało), że kiedy dzieje się coś co wytrąca mnie z równowagi, co sprawia, że gubię spójność – nie czekam. Idę do coacha. Mam to szczęście, że wokół mnie wielu jest coachów, a ze mną zgodziła się pracować najwybitniejsza absolwentka spośród kilku roczników certyfikowanych coachów. Skąd wiem? Otóż to. Napisałem przecież w poprzednim artykule, że: […] z mego terenowego, praktycznego kołczownia wynika, że ośmiu na dziesięciu klientów coachingu zaczyna relację od obwiniania innych za własne rezultaty, a szerzej za jakość swego życia, a w następnej kolejności ustala cele biznesowe, lub życiowe po za obszarem własnego wpływu. Ukryty jest w tym pewien specyficznie polski nastrój, potrzeba wyrażona nie wprost, zakamuflowana i ukryta pod kilogramami neurotyzmu – żeby znaleźć winnych własnego położenia, oraz żeby znaleźć kolejną metodę, dzięki której ktoś, w tym wypadku coach, autorytet, wysokopłatny specjalista weźmie odpowiedzialność – nie tyle za sukces, ile za porażkę. Tak jest – potrzeba sukcesu bardzo często jest fasadą, pod nią kryje się albo niewiara w zmianę, albo wręcz chęć zachowania starego stylu życia, funkcjonowania, podejmowania decyzji. Coach i coaching potrzebny jest jako niezbity dowód na niemożliwość zmiany, na bezradność, na obiektywny stan niezmienności realiów życia lub pracy[…].

No cóż, w tym akapicie zawiera się opis mechanizmu oporu przed zmianą, owe Gremliny, myślenie życzeniowe i deklaratywność. Dziś, jako klient odkryłem, że ja również w roli klienta coachingu zaliczam się to tych ośmiu na dziesięciu, którzy w swoich sprawach chcą przerzucić odpowiedzialność, kogoś obwinić, zredukować napięcie i pewnie w skrytości swoich wzorców, w sile nawyków uniknąć zmiany zasłaniając się zmianą pozorną. A mój coach spokojnie sobie z tym poradził i co więcej pokazał mi ten mechanizm, a ja sam jako coach doskonale wiem, że to jest najtrudniejszy zabieg. Coach już dawno widzi pułapki jakie na siebie samego zastawił klient, te wszystkie ślepe ścieżki i pętle bez wyjścia. Sztuką jest by klient sam to zobaczył, odkrył, poczuł i dokonał rzeczywistej zmiany. Bez wskazywania palcem, bez gotowego rozwiązania – coach towarzyszy, cierpliwie słucha, a my klienci, niewdzięczni, zapatrzeni w siebie, gotowi jesteśmy godzinami sobie i coachowi udowadniać, że nasze ślepe ścieżki są jedynymi, które można wybrać.

Dzięki ci mój coachu! Mój coach cały ów mechanizm automydlenia oczu widzi w lot i prosto, jednym ruchem jak artysta malarz, jak kierowca nocnego autobusu, jak kolejarz zwrotnicę – przestawia, ujawnia, zmienia. Taki jest mój coach. Bo gdy mistrz jest gotów, wtedy  pojawiają się inni mistrzowie!

Autobus i coach cz.2
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

10 komentarzy

  1. ja nikogo nie obwiniam, poza sobą, co myślę jest też formą sabotażu,
    nie wykorzystuje szansy jaką daje coaching, bo go świadomie nie podejmuje,
    wiem, że jak już się zdecyduje, to porażka czyli brak zmiany, byłby dla mnie ciosem, więc wolę siebie nie zawodzić, czyli efekt ten sam…zmiany nie ma…

    Jadę rano metrem do pracy, zamykam oczy i wsłuchuje się w dżwięk pędzącego wagonu…zazwyczaj po chwili pojawiają sie pytania, dużo pytań, czasem też pojawia się jakaś myśl, jak błysk, wówczas czuje że jestem na dobrej drodze, ale potem znowu coś umyka, pojawia się niespoójność i czuję się, jak rozstrojony fortepian…

    Przecież realizuje konsekwentnie od lat cele, które sobie wyznaczyłam, potrafię już podejmować decyzję biorąc pod uwagę to jak one będą miały konsekwencje rónież dla innych, dostrzegam drogę do celu w każdym najmniejszym kroku, a jednak moje serce nie raduje się… Sama dokonałam wyboru zawodu, przez lata jak mrówka, krok po kroku osiągałąm kolejne kręgi wtajemniczenia, okraszana zachętami innych na tema zalet mojego intelektu i pracowitości, niestrudzena w dążeniu do celu, a potem… a potem poczułam się tak, jakkgdyby zdobycie celu było samym celem, a przecież to nie ma sensu… Wiem „dół po osiągnięciu celu”, na to też się przygotowałam….a jednak ciągle ten mały sabotażysta, teraz będę się zasłaniać Maluchem, którego kocham niezmiernie, ale wiem w głębi serca, że to jest pewnie racjonalizacja, jak każda inna.

    Kiedyś pełna zapału, radosna, spontaniczna, z pomysłami, podczas assesment center oceniana ponad przeciętnie, zachecana do wykorzystywania swojego potencjału…wulkan energii, jak o mnie mówiono… a teraz gdzieś się w tym wszytkim pogubiłam, i obwiniam siebie, bo któż inny mi to uczynił?

    Wypisanie tutaj, to jak wypłakanie się, zrobiło mi się lżej, bez względu na to czy przeczytacie moje żale czy nie… Dziękuję za to miejsce!

  2. Moim zdaniem mistrzowie w naszym życiu pojawiają się nieustannie. Często jednak ich nie zauważamy – bywa, że denerwują nas, odrzucamy ich towarzystwo, sposób bycia – bo, są inni, niosą zmianę. Mistrz zjawia się, gdy uczeń jest gotowy – zauważyć go i uczyć się.

  3. Maciusiowy :) animus z animą coachingową tu stają do konfrontacji. Metafora wewnętrznej relacji uczeń-mistrz: kołcz kontra kołczini :) zwyczajny zabieg znany już przez egipskie kociaki ;)

  4. Przepraszam z góry za skojarzenie, ale dla mnie to brzmi, jakby profesjonalne (skuteczne) wykonywanie zawodu coacha miało wiele wspólnego z pracą byłego alkoholika działającego teraz czynnie w grupie AA, albo byłego narkomana, który teraz jest zaangażowany w walkę z nałogami innych. Przeszedł to sam, więc zna temat od podszewki. Jednak czy tak być musi? Czy tak jest w przypadku wszystkich coachów?

    Odnoszę wrażenie, że są osoby, od których niezmiennie bije spokój i pełna równowaga ducha. Jakieś dziwne, ponadnaturalne (a może właśnie naturalne) zdystansowanie. Takim osobom nie zdarza się wyjść z równowagi. Słyszę od nich, że nie można kogoś wyprowadzić z równowagi, a co najwyżej ktoś sam się z niej wyprowadzi, dając przyzwolenie sobie na to, by np. słowa innych zespsuły mu dzień.Są to ludzie, którzy dają nieodparte uczucie, ze mógłbyś ciągle przebywać w ich towarzystwie i prowadzić długie rozmowy na każdy temat.Spotkałam kilka takich osób i co ciekawe (?), w ogóle nie zależy to od ich wykształcenia, pochodzenia, czy czegokolwiek innego. Po prostu tak mają.

    Takie spotkania są najlepsze przy kawie, w świetle płomienia z kominka. Niestety czasem zdaża się, ze taka osoba ma alergię na koty, co stanowi duży problem, gdy się ma pięć kotów w domu. Nawet spotkanie w kawiarni nie pomoże – alergeny są na ubraniach (jeszcze nie odkrto, jak sobie z tym radzić, zwykłe zbieranie kłączków z ubrania mało daje :).

    A z drugiej strony są też ludzie, którzy są świetnie wykształceni, wykołczowani (takich znam wielu), świetnie mówią i zawsze mają rację. Ich retoryka jest praktycznie nie do pokonania, a jednak jakoś czujesz przez skórę, że coś jest nie tak, jakiś dystans, albo sama wie wiem, jak to nazwać. Po prostu wskakuje ci w pewnym momencie myśl do głowy: „szkoda czasu”. Czasem to widać po oczach, w których wspaniałomyślne pobłażanie prześwituje przez ledwo zauważalny uśmiech.

  5. To wszystko jest kwestią gotowości, prawda? Jak się w sobie rozwinie gotowość do tego, żeby przyjąć jakąś lekcję, przepracować temat, to pojawia się ktoś, kto nam w tym pomoże :)

  6. mistrz znalazł mnie :)
    ta mistrzyni :)
    oraz inni mistrzowie :)
    a raczej droga nas przyniosła sobie :)

  7. :-)))

  8. Tym „innym mistrzom”, którzy się pojawiali, pojawiają i pewno będą pojawiać w moim życiu —serdeczne dzięki.

  9. Jedną z gorszych rzeczy jest przymus. Człek się męczy, kiedy sam się zmusza i wymusza na sobie (nawet w dobrej wierze), a jak już ktoś go przymusza, to masakra dla wszystkich (dochodzą przypadkowi postronni ;)).
    Choć czasem odrobina mobilizacji z zewnątrz daje możliwość przekonania się do czegoś. Całkiem miłe i pożyteczne doznanie swoją drogą. Dobrze się w życiu wypośrodkowywać ;)

  10. A jak znalazłeś i wybrałeś swojego mistrza???

Komentarze są wyłączone.