Baśń o krainie Sennul

Kraina Sennul
Kraina Sennul

Kiedyś dawno, dawno, dawno temu, w odległej i tajemniczej krainie Sennul ludzie żyli bardzo skromnie. Nie odnawiano dróg ani domów, budowano niewiele i z lichych materiałów, odżywiano się bardzo skromnie. Posiłki składały się głównie z chleba, kapusty i ziemniaków, zaś daniem wyjątkowym, świątecznym było mięso. Wiele rzeczy sprawiało mieszkańcom tej krainy trudność. Trudno było podróżować, a jeszcze trudniej zarobić na dach nad głową, dlatego starzy gnieździli się z młodymi w ciasnych klitkach. Trudno było się leczyć i jeszcze trudniej odpoczywać, trudno było znaleźć dobrą pracę i jeszcze trudniej zaufanego przyjaciela. Zdobywanie pożywienia, ubrań, lekarstw, pralek, proszków do prania, miejsc w szkole, mydła, papieru toaletowego, zeszytów, cukierków, igieł, a nawet gwoździ, desek i smoły, benzyny i węgla wymagało nierzadko większego wysiłku niż sama praca. Mieszkańcy Sennul nie mogli opuszczać swego kraju, jeśli, to pod specjalnymi warunkami. Szarość. Panowała szarość. Szary był najbardziej charakterystycznym kolorem Sennul. Każdy mężczyzna wcielany był do wojska za młodu, a na obrzeżach miast i wiosek rozciągały się całe hektary koszar, cytadeli, poligonów, jednostek wojskowych, wałów obronnych, strzelnic i zamkniętych stref militarnych. Setki tysięcy ludzi wcielano rokrocznie do najrozmaitszych sił porządkowych, służb tajnych i jawnych, organizacji militarnych i paramilitarnych, związków, sojuszy i partii. Prawie każdy musiał gdzieś należeć, za czymś się opowiadać, aktywnie manifestować swoje poparcie dla władzy. Władza również należała do sojuszu i ona także zmuszona była manifestować, popierać, okazywać, demonstrować swoje zaangażowanie na rzecz sojuszu z jeszcze potężniejszą władzą. Nikomu nie było łatwo, nawet władzy, choć jak to z władzą bywa, korzystała z najrozmaitszych przywilejów i udogodnień. Będąc u władzy odczuwało się presję ale i ulgę, przywileje ale również niechęć. Za to dzieci, tych co byli u władzy, mogły się kształcić bez problemu, a to mieszkanie można było dostać w dowód zaufania, małe intymne cztery ściany, to znów tort z prawdziwą czekoladą lub prawdziwą kawę w dziesięciodekowej paczce. Rzeczy małe i nieco większe.

Prawdziwe, było słowem kluczem w Sennul, było słowem magicznym. Ludzie mieli wrażenie, że z wyjątkiem nielicznych, prawdziwych rzeczy, które byli w stanie wymienić jednym tchem, cała reszta była nieprawdziwa. Prawdziwa mogła być: kawa, herbata, kiełbasa, masło, benzyna, deska w meblach, wiara, kiełbasa, czekolada, głupota, pamięć; prawdziwy grzyb, patriota, męczennik, głupiec; prawdziwe wyznanie, spojrzenie, przerażenie, troski. Dlatego oprócz kiełbasy również deficytowa i niebezpieczna była przyjaźń. Przyjaciel bowiem, podobnie jak mąż lub żona, syn lub córka, nie mówiąc o dalszej rodzinie, należał zazwyczaj do jednej z rozlicznych służb lub instytucji, której zadaniem było utrzymanie sojuszu ludzi z władzą, władzy z jeszcze wyższą władzą a jeszcze wyższej władzy z władzą najwyższą. Przyjaciel zatem mógł realizować interesy władzy nie zaś przyjaźń jako taką. Mógł być prawdziwym przyjacielem lub przyjacielem nominalnym, nieprawdziwym. Ci, spośród mieszkańców Sennul, którzy opanowali umiejętność oddzielania prawdy od nieprawdy, prawdziwej kawy od jej podróbki, autentyku od erzacu, bitej śmietany od kremu z margaryny, poezji od propagandy – cierpieli bardziej. Byli jednak nieliczni i zarówno nikt się nimi nie przejmował, jak i nikt nie brał ich okryć pod uwagę. Panowała szarość. Szarość tak silnie kołysała jak sztorm na morzu. Mieszkańcy Sennul wielokrotnie w ciągu dnia chwytali się drzew i płotów, ścian i poręczy. Powszechne stały się laski i kule. Jednak z czasem, nowe pokolenie nauczyło się żyć z nieustanym falowaniem szarości prawie go nie zauważając. Szarość młodym wydawała się nie tylko naturalna ale w pewien sposób słodka.

Ludzie w Sennul w większości nie rozumieli zjawiska władzy. Nie pojmowali, bo i skąd, że kiedy już ma się władzę, władzę ogromną i jeszcze większą, nie pragnie się jeszcze większej władzy dla kawioru i złotych spłuczek. Tak zachowują się biedacy, nowobogaccy nuworysze, którymi prawdziwa władza gardzi. Prawdziwy władca, pasjonat władzy, pragnie władzy dla niej samej. Zadowala się szklanką wody i sucharem, skromną koszulą i wysłużonym pistoletem. Prawdziwy władca ma tylko jedną jedyną namiętność – władzę. Dla niej zrobi wszystko, ona dyktuje jego potrzeby, sny oraz myśli, ona stanowi ukoronowanie jego atawistycznych potrzeb. Władca, gdy włada, czuje, że jest na szczycie łańcucha ewolucji, na końcu łańcucha pokarmowego. Dlatego z wyższością może odrzucić wszelkie zbytki i pokarmy, poprzestać na zadziwiającej skromności. Gdy stoi na wysokiej górze i spogląda w dolinę, doskonale zdaje sobie sprawę, że jego własnością jest wszystko, każde tchnienie ludzkie i każdy bochenek chleba. Jego jedno słowo może odebrać bochenek chleba pojedynczej osobie lub setce, może też sprawić, że głodować będą miliony lub miliony dostaną po bochenku za darmo. Ale kiedy tak rozmyśla nie robi nic. Stoi na szczycie góry i patrzy czując siłę. Jeden gest, jeden telefon, jeden podpis mają moc tysiąca żołnierzy. Władca przeczuwa zaledwie, że jego władza będzie miała kres, jednak odpiera tę myśl, zaklina i w końcu cała jego potęgo skierowana zostaje przeciwko tej jątrzącej wizji, że kiedyś, któregoś dnia zostanie odsunięty, pozbawiony, wydziedziczony.

W  Sennul ludzie owładnięci szarością stawali się bierni i ulegli. Stopniowo stało się to ich narodową cechą. Chcieli niewiele, oczekiwali spokoju i minimalnej stabilizacji, cieszyło ich choćby dodatkowe pęto kiełbasy i paczka papierosów, które uwielbiali, zatruci licznymi nałogami. W końcu ich krew naturalnie wytracała hemoglobinę. Nie dość, że stali się narodem anemicznym, spowolniałym, zautomatyzowanym, to jeszcze ich krew poprzez spowolniony metabolizm krążyła znacznie wolniej, serca uderzały niemrawym rytmem, kolor krwi przypominał tę samą szarość co ulice ich miast, niebo, drogi i pola. Jednak Sennul było krainą duchowości. Ludzie poszukiwali pociechy w Bogu. Bóg zaś łagodnie harmonizował się z rytmem ich serc, nie wzbudzając niepotrzebnego niepokoju, przeciwnie, łagodząc jeszcze bardziej, otulając i kołysząc ludzi swoimi kadzidłami, pieśniami, zaczarowując swoim rytuałem. Szarość stawała się uspokajająca, energooszczędna, łagodna, wszechobecna i pewien sposób miła, potrzebna, znajoma, cierpliwa, naturalna.

Rzecz jasna panowała zawiść. Zawiść w przeczystej postaci. Mierzona nie tyle ilością błogosławieństw co grubością kożucha, wielkością czapki, wysokością konia w kłębie, mocą silnika. Zawiść inna niż w krajach ościennych. Zawiść niema, bezszelestna, skrywająca własną niższość, zaszyta w uśmiechu, w mokrym uścisku dłoni, w niepewności. Zawiść tego, co pragnie władzy by z zawiści się uleczyć przez wywyższenie i zawiść tego, który doznał poniżenia, gdy władzę mu odebrano. Zawiść z zachłanności. Zawiść biedaka, który ciuła zapasy, zbiera tysiące przedmiotów, układa je w sterty i z rozpaczą orientuje się, że tyle jest jeszcze do zebrania, że inni zebrali więcej. Zawiść pozbawiała rzeczy, ludzi, opakowania, przedmioty – pozbawiała koloru. Nawet kiedy uciułany, odłożony, zmagazynowany przedmiot był kiedyś kolorowy w masie innych stawał się szary, bezbarwny, nijaki, jak jego właściciel – ciułacz. Szarość, szarość była odcieniem życia.

Kraina Sennul pewnego dnia zmieniła się. Z powodu nieoczekiwanej zmiany trajektorii planety na ziemie Sennul zaczęło padać więcej słońca. Sojusze się rozpadły a dawni władcy pochowali głowy. Teraz oni stali się ciułaczami. Zmieniono nazwę na Lunasen. Serca mieszkańców przyspieszyły, czerwone krwinki namnożyły się kolorując krew. Jednak ku zaskoczeniu wszystkich, kiedy granice zostały otwarte, okazało się, że mieszkańcy Lunasen są inni od swych sąsiadów. Co gorsza nie potrafili korzystać z dobrodziejstw słońca, obfitości natury, która rodziła nowe owoce, wciąż w głębi pozostawali smutnymi ludźmi, którzy wolą odkładać niż odkrywać. Najgorsze jednak okazały się ogony. W czasach gdy panowała nieznośnie kołysząca szarość, szarość usypiająca i hipnotyczna u mieszkańców Sennul  wytworzyły się ogony, dzięki którym mogli utrzymać równowagę a niekiedy przytrzymywać się, gdy rzeczywistość wpadała w silne wibracje. Ta ewolucyjna modyfikacja w nowych czasach okazała się nie lada przeszkodą. Uniemożliwiała ruchy, aktywność, zmianę, szybkie przemieszczanie się, co gorsza ogoniaści mieszkańcy czuli się obco wśród sąsiadów bez ogonów. Poruszali się wolniej zaś wlokąc za sobą ogony w świecie ludzi bez ogonów nierzadko dokonywali spustoszenia, a to coś zwalając, to znów przytrzaskując ogon, lub wypychając go tam, gdzie nie powinien się znaleźć. Niektórzy, bogatsi, decydowali się na amputacje. Jednak u sporej części tych śmiałków efekt był opłakany. Bez ogonów spadali na czworaki, u innych pojawiały się zawroty głowy, jeszcze inni tracili czucie w rękach.

Po latach tragicznych zmagań w Lunasen odbyło się narodowe referendum dotyczące przywrócenia szarości. Kraj się podzielił na zwolenników i przeciwników szarości. Przeciwników szarości było mniej i stopniowo ich grupa kurczyła się, gdyż szarość można było sobie łatwo wyobrazić, natomiast jak żyć z ogonami w przyszłości, do tego wyobraźni nie wystarczało. Tak czy siak skonfliktowane wewnętrznie Lunasen zaczęło stopniowo do szarości powracać samo przez się, powoli odczuwano miłe, delikatne kołysanie. Coraz częściej w ciągu dnia panowała po prostu szarość. Ogony znakomicie stabilizowały rozchwiane ciała i umysły. Stare, dobre, atawistyczne cechy po praprzodkach znowu stawały się przydatne i  z czasem stały się dumą narodową. Zaczęto przebąkiwać o zmianie nazwy kraju na Sennul i potrzebie zamknięcia granic.

Baśń o krainie Sennul
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

17 komentarzy

  1. A co jeśli kolejna próba zmiany się nie udaje, pogłębia tylko frustrację i pozwala tylko uświadomić sobie, że chyba faktycznie jesteśmy wybrakowani i gorsi od innych (mamy ogon :-)) Czy nie lepiej jest przyjąć i zaakceptować swój los niż walczyć kolejny raz bez sensu, tworzyć kolejne płonne nadzieje. Nie lepiej zacząć dostrzegać pozytywy wokoło. Próbowałem – nie raz i nie dwa, nie wyszło. Od wczoraj dużo o tym myślę. Wracam do krainy Sennul :-)

  2. Nie czaję i pozwalam sobie na obszar, którego nie czaję.
    Obserwuję. Np. część panów, facetów, chłopaków (podejrzewam władców ciemności gdyż działają po zmroku) gwałtownie wyraża swoje emocje na nieswoich ścianach.
    I tak chodzę i czytam „murale”. „Kocham Misię”, „I love You Anetka” i nierzadko „Aśka ty k****”. Takie to właśnie jest, a nie inne.
    Co by było gdybyśmy wszyscy pozwalali sobie na upust emocji tego typu? Agresywny język pobudza do ataku, agresywnych zachować, łatwiej o bójkę zwłaszcza w autobusie nocnym? Niektórzy mówią, że dopiero jak przeklinają dziewczyny to uszy więdną. Czy ja wiem? Lepiej jednak emocje jakoś tam odreagować, niż przypłacać psychotycznie. Polski jest krwisty, jestem jednak za trzymaniem pewnego poziomu.
    @Aniula brawo za odwagę :) Wychyliłaś się w stadzie samczurów :)

  3. Wypisz wymaluj syt. na Ukrainie.
    No niestety, to nigdy jak dotąd nie było suwerenne państwo, brak jest tam jakichkolwiek wzorców władzy własnej, przez wieki byli częścią albo Polski, albo Rosji. Tylko niewielka liczba młodych z zachodniej Ukrainy chce do Unii. Cała reszta – to de facto Rosjanie, więc …. do tego nieudolna władza która prowadzi do zapaści gospodarczej i potwierdza tylko, że w sumie to lepiej być aktualnie w Rosjii.
    Negocjacje Unii też żenujące.
    A to jest mega ważny, historyczny moment kształtujący nasz kontynent na dziesięciolecia.
    No i Polska też powinna stanąć na głowie i doprowadzić do włączenia Ukrainy do Unii, bo to przesuwa „strefę zgniotu” od nas na wschód

    No ale ważność tego momentu i całej sprawy dostrzega najwyraźniej tylko Putin, a reszta zainteresowanych (Polska, Unia) wykonuje tylko ruchy Browna.

  4. Dżo-ann mnie tylko zastanawia , kto pozwala sobie w firmie krecią robotę robić ???? Ale może to tak jest , że się w pewnym momencie nie ogarnia?

  5. Andzrej S chylę głowę pokornie, że mnie podkusiło….. :) Ale przynajmniej wiem jak fanpage nie prowadzić ;)

  6. Przypomniały mi się słowa De Mello: Nie próbuj uczyć świni śpiewu. Stracisz swój czas, a i świnię zdenerwujesz.

  7. Odbieram Sennul jako mocno realny. Nawet zbyt. Taki późny, dobrze już zakotwiczony PRL.
    Klimat rzecz jasna. Ogony – pierwsze, co mi przychodzi na myśl to pędzenie na złamanie karku. Wsiada się w auto i noga na gaz i w najgorszych sytuacjach klientów w Klinice Budzik do wybudzania coraz więcej. Szarość i to, co pozostaje w spadku: potrzeba jej odreagowania.
    @ Aniula nie przejmuj się, świata męskiego nie naprawisz. Są tacy, którzy dzięki rzucaniu mięsem czują się bardziej męscy i już, nieważne czy mają doktoraty czy pracę fizyczną i kota na raty ;-)

  8. Wszystko Panie Macieju przez Pana i przez te ogony….. wylazłam i się nie dałam :)

  9. Andrzej S czasem w firmach są rozbite okna i jeśli się ich nie znajdzie no, to tragedia gotowa. Będąc najlepszym szefem, czasem się tego nie dojrzy. W innych przypadkach , jaki pan taki kram. Na dwoje babka wróżyła i takie tam :) Co mnie podkusiło… mogłam się obrócić na pięcie i tyle, nie mój biznes nie moja sprawa. Niby to wiem i nic się nie uczę ;) Coś mi się zacięło :)

  10. Oj Aniula… wszystko idzie od lidera. Jak w Jonestown…

  11. Andrzej S fanpage unikać, tam ktoś straszny siedzi, co do prowadzącego to nie wiem, bo mnie zniechęcili do głębszego poznania :)

  12. Aniula, spokojnie :)

    Lepiej wiedzieć czego unikać.

  13. Andrzej S nie robimy kryptoreklamy….. panie Macieju niech Pan to usunie ;)

  14. Aniula…
    Mentalway ? :)

  15. Nie wiem co mnie dzisiaj podkusiło, żeby skrytykować występ pewnego szkoleniowca na FB. Widziałam fragmenty wcześniejszych i wydawały mi się fajne. Takie z jajem. No i zostałam „zhajtowana” przez jego zespół prowadzący. Taki beton, że szok. Czekam aż zlikwidują posta albo moje wpisy. Oczywiście mogę się zażegnywać, że mój wpis nie był złośliwy ( bo nie był) , widzę potencjał , który zagalopował się w wykrzykiwaniu słowa „kurwa”. Może to oznaka frustracji. Oglądający przy scenie, rechotali po takim słowie, ale rechoczą wszędzie , gdy ktoś coś takiego powie. W teatrze na dramacie też. Jeśli to ma być słowo klucz, aby mieć wrażenie, że publika dobrze się bawi to podziwiam…. Co mnie podkusiło eh…..

  16. Baju,baju.:)

  17. Miałam taki ogon ale na szczęście sam odpadł.

Komentarze są wyłączone.