buty

koan

Buty – koan

Było już późno, gdy dotarł do domu. Wszedł do przedpokoju. Zdjął zaśnieżone i przemoczone buty.

Dobre buty to skarb. Potrzebował lepszych butów. Pasujące do służbowego stroju były zbyt cienkie jak na tę porę roku. Gdy zakładał grubsze, z solidną podeszwą, wyglądał jak drwal w garniturze.

– Muszę sobie kupić nowe, porządne buty, babciu. Te, pasujące do garnituru znowu mi przemokły powiedział całując babcię w czoło a potem w rękę. Jak zwykle siedziała w swoim fotelu z książką.

– A tak, buty są ważne, najważniejsze synku. W dzieciństwie mieliśmy jedne buty na wszystkie dzieciaki.

– Jedną parę zimowych na wszystkie dzieciaki? A ile was było?

– Nie zrozumiałeś synuś, mieliśmy w ogóle jedną parę i to łatane buciory po ojcu. Cholewkę ojciec odciął i zrobił z niej paski i łaty. Porządna skóra.

– Ile was było w domu?

– Niech policzę. Rózia, ciocia Rózia; znasz, mieszka w Piasecznie; i ja, najmłodsze. Karol, Ignacy, obaj nie żyją. Karol zmarł w zeszłym roku. Kazimierz i Wiktoria, bliźniacy. Kazimierz mieszka w Kanadzie a Wiktoria zmarła jako młoda dziewczyna zaraz po wojnie, na gruźlicę. To sześcioro. Siódma Jagoda i ósma Weronka. Najstarsze. Weronkę znasz, bo jakiś czas temu mieszkała blisko nas. Dziewiąty Piotruś. Sierota. Mama i tata traktowali go jak swego. Rodzice odumarli mu w czasie wojny.

–  I wszyscy w jednych butach? Dziewięcioro?

–  Tak jest synku. Szkoła trzy kilometry przez las. Lekcje były cztery dni w tygodniu. W pierwszym tygodniu chodziła czwórka najmłodszych, w drugim czwórka najstarszych. Każde innego dnia. Ja chodziłam we wtorki. Rózia co drugi poniedziałek. Zaczynała rundę. Ostatni chodził Piotruś, w czwartki. A Weronka nie chodziła w ogóle. Pomagała mamie.

– A w zimę, tak jak teraz?

 – W zimę, pod koniec lat pięćdziesiątych nie chodziliśmy do szkoły prawie w ogóle. Mróz był zbyt tęgi. Szkoła zaczynała się jakoś w marcu, po odwilżach.

– To w czym chodziliście na co dzień – spytał.

– Młodsze chodziły w łapciach plecionych ze słomy i brzozy a starsze w trepach z drewna…i onuce. Porządne onuce to była podstawa.

– Onuce?

– Szmaty zamiast skarpet. Cała sztuka polegała na tym, żeby je chędogo zawinąć, żeby nie obcierały nóg i nie rozwijały się. Gdy pojawiły się pierwsze gumofilce i skarpety, to był cud synuś. Cud. Ciepłe nogi to był cud.

– Myślałem, że byliśmy zamożną rodziną. Dziadek miał działki, sad, potem tartak.

– Owszem synuś, byliśmy najbogatsi, bo inni we wsi w ogóle butów nie mieli.

– Mówię ci o czasach odległych zaledwie o jakieś sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Widzisz, naszej rodzinie nikt nigdy w niczym nie pomógł, nie pamiętam. Państwo, takie czy inne, tylko nam przeszkadzało, zabierało, łupiło. Nawet szkoła była nie dla nas. Na studiach wypominali mi, że komuna przyznała mi punkty za chłopskie pochodzenie. Ale nikt z moich miejskich kolegów nie jadł spleśniałej kaszy przez całą zimę. Nikt też przez całe studia nie żywił się chlebem. Słonina była tylko od święta, więc jak ktoś teraz narzeka na życie, to ja się tylko uśmiecham w duchu, tylko się uśmiecham, synuś. A buty solidne kup, kup koniecznie.

_______________________________________________________________________

COACHING TAO. JAK ŻYĆ W ZGODZIE ZE SOBĄ?

Kompletne szkolenie on line w 7 częściach z ćwiczeniami

________________________________________________________________________

inne koany

Newsletter
Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.