2. Cudowne uzdrowienie Łasabiego

Łasabi w końcu trafił do lekarza. Od wielu tygodni, co tam tygodni, miesięcy – zwlekał i wreszcie namówił go nie kto inny, tylko Gonzo. Jak tego dokonał – nie wiadomo, w każdym razie Łasabi poszedł. Lekarz okazał się młodą lekarką i choć Łasabi znał wcześniej nazwisko, to jego forma i sposób w jaki mówiły o lekarzu recepcjonistki: doktor Żuk,  nie pozwalał na rozszyfrowanie płci. Doktor Żuk pana przyjmie, doktor Żuk ma wolny termin, doktor Żuk nie ma wolnego terminu, doktor Żuk przyjmuje tylko w piątki. Co ciekawe Łasabi umówił się na wizytę u doktor Żuk z rekomendacji i jak to bywa w czasie rozmów, dla rekomendującego znajomego opowieść o doktor Żuk również nie wymagała rodzajnika. Nastał piątek, dzień wizyty. Łasabi wszedł do gabinetu. Pani doktor uśmiechnęła się sztucznie. Jakżeby inaczej mógł uśmiechać się lekarz na widok mężczyzny w średnim wieku, który po wielu tygodniach a nawet miesiącach zwlekania wchodzi do gabinetu wciąż niepewny czy postępuje słusznie? Lekarka sprawdziła nazwisko Łasabiego. Ilekroć Łasabi słyszał swoje nazwisko wypowiadane na głos przez obcą osobę ulegał zdumieniu, swoistej melancholii. Od lat wszyscy mówili do niego po prostu: Łasabi. Lekarka uważna, a jakże, dostrzegła owe mikro sygnały i zamiast spytać: Co panu dolega? lub Co pana do mnie sprowadza? (tego rodzaju pytania spodziewał się Łasabi), spytała:

–  Czy wszystko w porządku?

–  Tak, nie, w zasadzie teraz tak – stwierdził Łasabi poprawiając się na krześle.

– A wcześniej? – doktor Żuk lekko przekrzywiła głowę zadając kolejne pytanie.

– Wcześniej w zasadzie też, z jednym wyjątkiem – odpowiedział Łasabi starając się ukryć wzrok.

– Proszę mówić – lekarka znowu poruszyła głową i po chwili dodała nieco łagodniej, bardziej przyzwalająco: –  Może pan spokojnie wszystko mi opowiedzieć, w końcu po to pan tutaj przyszedł, prawda?

Znowu ten nieszczery, zawodowy uśmiech. Łasabi jeszcze nie wiedział czy doktor Żuk zdobyła już jego zaufanie czy jeszcze nie, wahał się, czy uznać ją za miłą i pomocną, czy też za wrogą i nieprzyjemną. Brakowało mu dowodów zarówno na jedną, jak i na drugą tezę. Jednak zdecydował, że odsłoni swoją straszną tajemnicę bez względu na to, co wydarzy się w dalszej części rozmowy. Choć czuł jak wzrasta mu ciśnienie i setka małych robaczków zbliża się do jego serca powiedział:

–  Czy wie pani jak brzmi katolickie pozdrowienie?

Zapadło milczenie. Długie milczenie, nazbyt długie milczenie. Tego Łasabi obawiał się najbardziej.

– Ojcze nasz? – lekarka spytała niepewnie. Łasabi pokręcił przecząco głową. – W imię ojca i syna? – lekarka sama pokręciła głową najwyraźniej szukając w odległych zakątkach pamięci właściwych słów. – Pochwalony! – wykrzyknęła uradowana.

–  Pełne pozdrowienie – Łasabi delikatnie poprawił doktor Żuk wciąż unikając jej wzroku.

– Niech będzie pochwalony? – poprawiła się lekarka sprawdzając czy sprostała oczekiwaniom Łasabiego.

– Jeszcze pełniejsze – tym razem w głosie Łasabiego zabrzmiała prośba.

– Niech będzie pochwalony Jezus, Jezus Chrystus – uściśliła lekarka.

– Jeszcze pełniejsze – poprosił Łasabi niemal chowając głowę w ramionach. Doktor Żuk gwałtownie się wyprostowała. Jej twarz zastygła w nagłym grymasie wyrażającym nieokreślone uczucia:

– Proszę pana, nie pamiętam, nie jestem zbyt religijna. Proszę powiedzieć o co chodzi?

– Może to i dobrze – westchnął  i pochylił się do przodu jakby zamierzał głową uderzyć w blat biurka:  – W czasie wypowiadania tego szlachetnego pozdrowienia słyszę w głowie inne zdanie,  jakby przeinaczenie, a w zasadzie bluźnierstwo. Jedni księża mówią, że to bluźnierstwo inni, że nie. Druga część pozdrowienia dotyczy Maryi Dziewicy – powiedział niemal szeptem.

Lekarka odchyliła się nieco w swoim fotelu. Na jej twarzy ponownie pojawił się nieszczery uśmiech. Znowu była w pracy. Odetchnęła. Wszystko było w porządku. Po chwili energicznym ruchem założyła okulary i wyraźnie uradowana wyrzuciła z siebie jednym tchem:

–  Proszę powiedzieć jakie zdanie pan słyszy, czy pojawiają się inne głosy, czy to jest pański głos, czy może głos obcy, czy te głosy wydają panu polecenia? Jeśli jest ich wiele, ile dokładnie? Czy nasilają się w pewnych okresach, czy oprócz głosów słyszy pan lub widzi coś jeszcze? – Wzięła oddech, rozejrzała się po gabinecie i  po chwili stwierdziła: – No dobrze, uporządkujmy to. Czy to jest pojedynczy głos, czy to coś w rodzaju głosu wewnętrznego? Czy odczuwa pan niepokój czy może inne uczcie? Jak często słyszy pan ten głos lub głosy, jeśli jest ich kilka? – znów przerwała przypatrując się ścianie jakby tam szukała podpowiedzi: – Za dużo na początek. Zacznijmy najpierw od tego czy to jest pojedynczy głos?

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Zawsze Dziewica – powiedział Łasabi.  – Tak brzmi pełne pozdrowienie katolików – dodał zaciskając szczęki.  – Ja zaś słyszę w głowie.. mówię jedno a słyszę co innego… słyszę własny głos, który mówi:

–  Tak? – doktor Żuk pstryknęła długopisem.

–  Słyszę własny głos – powtórzył Łasabi – Niech będzie krochmalony Jerzy Chytrus  i Maryla zawsze kocica.

Lekarka parsknęła śmiechem. Odchyliła się tak gwałtownie, że okulary przefrunęły na drugą stroną gabinetu a fotel stanął dęba. Gdy jego kółka trzasnęły o podłogę a dłonie doktor Żuk, starającej się utrzymać równowagę, opadły z hukiem na blat biurka Łasabi zerwał się żeby ratować lekarkę od upadku. Zrobił to tak raptownie, że i jego krzesło odsunęło się z impetem trafiając w drzwi. On zaś rzucił się przez blat żeby zamortyzować upadek doktor Żuk. Jednak delikatna konstrukcja biurka nie wytrzymała naporu dwóch ciał i oboje znaleźli się na podłodze, dosłownie rozgniatając mebel, tym niefortunniej, że Łasabi przygniótł swoim ciałem doktor Żuk, która nie przestawała się śmiać opętańczo. Wtedy do gabinetu wbiegła pielęgniarka krzycząc przeraźliwie:

– Jezus Maria! Co się stało pani doktor? Napadł panią?

Doktor Żuk wciąż nie przestając się śmiać uniosła głowę spod ramienia Łasabiego i powiedziała:

– Niech będzie krochmalony Jerzy Chytrus i Maryla zawsze kocica.

2. Cudowne uzdrowienie Łasabiego
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. Booooże, umarłem ze śmiechów – szczególnie przy tekście “Maryla zawsze kocica”. Nie wiem jak to robisz, ale pisz więcej, błagam :) Poprawiasz mi niesamowicie humor z rana :)

  2. dodam swoj wakacyjno-religijny zart;)))))))))

    dawno temu spedzalismy wakacje na Mazurach. Na niedzielna msze poszlismy do wiejskiego ksciolka.Ludzi bylo niewele ,ale za to same “voises of Poland”,piesni staroswieckie,znane z dziecinstwa…atmosfera powazna…..az tu nagle w sasiedniej lawce znany na pamiec tekst ” tu mu ciagle hosanna spiewa anielski chor” zmienia sie w “tu młócim glegosanna”.
    no powaga prysla!!!
    młócenie glegosanny weszlo na stale do repertuaru rodzinnych zartow.
    ;)))))))))))))))))))))

  3. Magda to chyba jakaś Wyższa Intuicja :)

  4. Gdy miałam osiem lat i siostra katechetka przygotowywała nas do I Komunii Świętej i sakramentu Pojednania i Pokuty, nauczyłam się po swojemu formułki spowiedzi (i przez kilka spowiedzi uparcie trzymałam się właśnie tej wersji, bo było dla mnie logiczne i wręcz oczywiste, że właśnie tak powinna brzmieć) i po wyznaniu grzechów mówiłam przy konfesjonale tak: “…więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie DZIĘKUJĘ (w wersji siostry katechetki było: “ŻAŁUJĘ”), a ciebie ojcze duchowy proszę o NIEGRZESZENIE (w wersji katechetki: ROZGRZESZENIE) i pokutę…”

  5. No to ja ostatnio u nowego doktora tak wesoło nie miałam ;) Czułam się niezaopiekowana ;) A to przez wyjazd Gonza tak się Łasabiemu porobiło? Ja się swego czasu zastanawiałam co oznacza monotonnie wypowiadane w Ojcze Nasz “jakojimy “. Jak się klepie coś odruchowo to tak jest. Dzisiaj na Wawelu wciągałam energię z miejsca mocy ;) a i miałam śmieszną przygodę. Po krakowskim rynku biega stado naganiaczy wyszukujących zagraniczniaków na różne atrakcje. Mój mąż podobny do Wikinga, ja ruda krótko ścięta, podbiega dziewczyna z plikiem ulotek o Krakowie po polsku, pyta się czy mówię po angielsku, ja odpowiadam “no”, no bo lepiej mi idzie po niemiecku, ale nie zdążyłam dopowiedzieć, bo ta krzyknęła sorry i poleciała do następnych ludzi. A po polsku by się dogadała ;) Mąż też miał w krakowskim hotelu śmieszną sytuację. Mąż “Rudy Wiking” wchodzi do hotelu , pani do niego mówi hello, no to on jej tak odpowiada. Pani zaczyna mówić po angielsku, no to on też. Pani trochę się męczy tym mówieniem, to mąż proponuje przejście na polski ;) a wystarczyłoby trochę luzu w pracy ;)

Komentarze są wyłączone.