5. Człowiek mezolityczny

-Panie Henryku, a nie przeprowadziłby się pan do Warszawy? – Bodzia odezwała się po godzinie milczenia. Od rana siedzieli w strugach deszczu na pomoście. Łowienie ryb. Niepojętne zajęcie, którego człowiek wyuczył się jeszcze w Mezolicie. Mezolit? No cóż, to epoka łowiecka w rozwoju człowieka, która trwa w zasadzie do dziś, chociaż minął już neolit – epoka rolnictwa, epoka brązu i żelaza, przeminęła starożytność, wieki średnie i późne, rewolucja przemysłowa i modernizm. W zasadzie wszystkie epoki już przeminęły a zmoknięty, mezolityczny łowca pozostał na drewnianym pomoście, w strugach deszczu, wypatrujący ruchu spławika, który i tak rusza się z powodu strug deszczu.

-A pani, kochana Bohdziu, nie przeprowadziłaby się do Kłocymia albo nawet tutaj nad Mokre?

-A co ja bym tu robiła, panie Henryczku? – zaśmiała się Bożydara lecz jej myśli przywarły do słowa kochana, którego użył siedzący obok niej kierownik ośrodka PAPUGA, Przedsiębiorstwa Automatyzacji Produkcji i Utylizacji Gruntów Asfaltowych nad jeziorem Mokrym w Dolinie Górnej, ukryty pod zieloną peleryną. Po chwili jej myśli nieoczekiwanie rozproszyły się i w jednej chwili podbiegły do sposobu w jaki Henryk wypowiadał jej imię, dodając twarde h. Z jej zdrobniałego imienia zniknęło twarde ż  oryginału, od dzieciństwa mówiono do niej Bodzia. Tymczasem Henryk, kierownik ośrodka PAPUGA dodawał to wspaniałe, mocne, wyraziste, męskie h. H jak Henryk. W dzieciństwie przezywano ją bocian z powodu zdrobnienia: Bodzia oraz koincydencji z jej wyglądem, który w pewnym stopniu określał jej urodę do dziś.  Bodzię charakteryzowała szczupłość, przechodząca w chudość, niestety wysoki wzrost, którym górowała nad większością mężczyzn, oglądając ich skrzętnie skrywane łysinki,  glacowate placki i łupieże; oraz wyjątkowa jak na kobietę długość kończyn i wielkość stóp. Istna tragedia dla kobiety przy poszukiwaniu obuwia.

-A co ja bym robił we Warszawie kochana pani Bohdziu? – odezwał się pan Henryk i wyciągnął z wody uklejkę, którą Bodzia sprawnie zdjęła z haczyka i wrzuciła do siatki. Życie uklejki zasili życie Łoskota. Rudego, wielkiego kocura, którym pan Henryk zaopiekował się kilka lat temu, udomowił i traktował jak psa obronnego w ośrodku PAPUGA. Łoskot spełniał swoje obowiązki, gdyż podobnie jak pies myśliwski wystawiał potencjalnych intruzów znakomicie rozróżniając odgłosy typowe od nietypowych, zjawiska zwyczajne od wymagających uwagi, czyli normalne kumkanie, ćwierkanie, gęganie, bzyczenie od  głosów na przykład nastolatków, którzy radośnie przeklinali idąc przez las.

-Jak to co by pan robił w Warszawie, panie Henryczku? Mieszkał, pracował, wracał do domu, jadł coś dobrego. Może miałby pan kogoś, kto by panu ugotował, z kim by pan porozmawiał, w telewizji obejrzał Taniec z gwiazdami albo Wojs of Polant?

-Kochana pani Bohdziu, ja do tańca to nie za bardzo chętny jestem. A tutaj nad Mokrym to ja mam wszystko, i pracę, i dom, i same pyszności. O proszę, okonek się złapał. Okonek to najlepsza ryba. Żadne tam chińskie susi, surowe świństwa czy inne łososie. Ja tu mam, kochana pani Bohdziu wszystko czego dusza zapragnie. A pani, na ten przykład, mówię to tylko tak, dla przykładu, to by tu pani mogła za królową robić. Woda, las, jezioro, ryby, grzyby, maliny, jeżyny co tylko dusza zapragnie.

-Och, panie Henryczku, ja w Warszawie pracę mam, odpowiedzialną, bardzo odpowiedzialną, stresującą ale odpowiedzialną i ważną – Bodzia zaśmiała się myśląc o byciu królową PAPUGI.

-A co to za praca, jeśli mogę być, że tak powiem niedyskretny bynajmniej? – spytał pan Henryk. Bodzia lubiła te jego lapsusy słowne. Co to za praca? – spytała samą siebie. Odpowiedzialna. Miała prezesa na głowie i cały ten jego biznes.

-Wykonujemy atesty opakowań medycznych, panie Henryczku. Sprawdzamy skład plastiku, szczelność nakrętek, takie tam formalności techniczne.

-I tylko pani umie ten plastik sprawdzać? – spytał pan Henryk.

-W żadnym razie, ja w ogóle tego nie robię, zajmuję się administracją – odpowiedziała Bodzia.

-W takim razie, kochana pani Bohdziu, może pani śmiało zamienić tę odpowiedzialną pracę na mniej odpowiedzialną ale za to znaczniej mniej stresującą – stwierdził pan Henryk, odłożył wędkę i delikatnie poprawił kaptur na głowie Bodzi, który się zsunął przy odhaczaniu okonka.

Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. No i namieszał Pan Henryczek Bodzi , oj namieszał, zasiał ziarenko ….I to nie o to słowo „kochana” chodzi, ale jakby ona mogła Taaaakie Waaaażne Rzeczy zostawić, niepojęte…. :)

Komentarze są wyłączone.