Furman i coach

Coach na Wyspach Brytyjskich to autobus, a wcześniej kolaska, furmanka lub powóz, a także woźnica, czyli furman, słowo to oznaczało również ławkę, na której siedział ten, co powozi. Coach – wieloznaczne słowo oznaczające również trenera sportowego, u nas zwanego dziwnie: selekcjonerem. Może to być również nazwa indywidualnego doradcy, a może trenera osobistego, może konsultanta, a może psychologicznego inspiratora, grupowego lidera, pomagacza, kreatora, nauczyciela. Jedni nazywają coachingiem to, co drudzy mentoringiem, a jeszcze inni tutoringirem, counselingiem albo sponsoringiem. W Polsce zabrzmiałoby to jednak co najmniej dziwnie, gdyby ktoś w czasie prezentacji wskazał na swego doradcę i powiedział: oto mój sponsor. Sponsor kojarzy się albo z inwestorem, albo dwuznacznie z utrzymankiem. Nieznośna wieloznaczność słów i terminów.

W naszym kraju, jak to w naszym kraju bywa, coachingowi przyprawia się różne gombrowiczowskie gęby i rogi. Bo to i w korporacji jak nie wiadomo co z pracownikiem zrobić, to się go na coaching wysyła, bo to jak trzeba kogoś zdyscyplinować lub zrugać – też coaching i jak menedżer nie ma pomysłu na motywowanie, ocenę, rozmowę, rozwiązanie konfliktu, albo po prostu podwładnego nie lubi – to również zsyłka na coaching. Komuś brak asertywności – coaching, brak wyników – coaching, brak dyscypliny – coaching, trzeba wydać pieniądze  pod koniec roku – coaching.   W dodatku, kto żyw – do nazwiska dopisuje sobie słowo coach, bo taka moda. Dawny psycholog – teraz coach, dawny fizjoterapeuta – coach, dawny nauczyciel tańca – coach, nauczyciel języka – coach, trener biznesu – coach. Nieoczekiwanie dowiaduję się, że wiele osób od 15, ba 20, a nawet 25 lat zajmowało się coachingiem w Polsce, tylko to się wtedy inaczej nazywało. Tymczasem brytyjski ojciec coachingu, dawny kierowca rajdowy sir John Whitemor zajął się psychologią sportu pod koniec lat 70 XX wieku, a dopiero dekadę później słowo coach, czyli trener zaczęło pojawiać się w biznesie. Podobnie było z Timothym Gallweyem, także trenerem sportowym, w USA, gdy niemal równocześnie z Whitemorem zaczął zajmować się psychologicznymi podstawami sportu. Pod koniec lat 80. XX wieku i na początku 90. w Polsce ani nie było książek, ani szkoleń z tego zakresu, a na uczelniach królowała koncepcja psychologii z lat 40. i 50. XX wieku. Rogers, Milgram, Zimbardo, Aronson to były nowinki, które ledwie przeciekały do świadomości studentów i wykładowców. Kiedy w Polsce zaczął się kapitalizm nagle ruszyła lawina zakazanych za komuny książek, nieznanych nazwisk, szkoleń i powoli zaczęła się era nlp – neurolingwistycznego programowania. I znowu musiały minąć ze dwie dekady, kiedy przetłumaczono i wydano w Polsce książki kolejnego z ojców, tym razem kontrowersyjnego Richarda Bandlera, a potem Roberta Diltsa i Josepha O`Connora. Dwaj ostatni w końcu odżegnali się od nlp i zainwestowali w….coaching. Kiedy dziś czyta się o nienaukowych podstawach coachingu, to w dużej mierze jest w tym zasługa nlp, które najpierw w USA, a potem również w Europie ustami Bandlera i jego zwolenników postanowiło udowodniać za wszelką cenę wstecznictwo i głupotę starszym tradycjom psychologicznym. I kiedy Bandler wytoczył byłej żonie i dawnym przyjaciołom procesy o prawo do nazwy nlp lawina niechęci i krytyki dotknęła również samą dyscyplinę. Coraz liczniejsi trenerzy obwołujący się mistrzami manipulacji, hipnozy, wpływu, błyskawicznego uwodzenia, bogacenia i Bóg wie czego jeszcze, zgromadzili wokół siebie rzesze małolatów skłonnych uwierzyć we własną wszechmoc po dwudniowym kursie i niechęć oficjalnych środowisk akademickich i biznesowych. Potrzebne były jakieś kuchenne drzwi, którymi można się było bezpiecznie z nlp ewakuować. Skorzystali z nich liczni zwolennicy nlp odnajdując dla siebie coaching. Wielu z nich enelpowską przeszłość wyprało w odplamiaczach, a przy nazwiskach pojawił się tajemniczy tytuł: coach.

I tak oto z coachingiem jak z show biznesem – wszyscy wiedzą co to słowo oznacza i wszyscy się znają na show biznesie, podobnie jak na sporcie, polityce i ekonomii i oczywiście sprzedaży i marketingu. Wielu menedżerów mówi nawet, że od zawsze jakoś radzą sobie z ludźmi, czyli ich kołczują, bo gdyby nie, to by menedżerami nie byli. Lecz gdy zapytać o definicję nawet sami coachowie miewają trudności. Najczęściej jednak mylą coaching z erystyką i dialektyką, czyli sztuką prowadzenie sporów, dialogów i zadawania pytań. Co to coaching? To sztuka zadawania pytań. No cóż, to zubożenie dla pojęcia coaching, choć pytania odgrywają ważną rolę w procesie osobistego rozwoju. Wiele coachingów w tym duchu to po prostu gadka szmatka przy biurku, jakaś zubożona wersja psychoanalizy.

Przestudiowałem dziesiątki książek o coachingu i pokrewnych dyscyplinach, choćby w trakcie pisania własnego podręcznika. Zgodny wydaje się pogląd, że coaching oparty jest na kilku fundamentalnych założeniach. Pierwsze z nich dotyczy użyteczności. Użyteczna lub nie jest zmiana, nowe podejście, rezygnacja za starego wzorca postępowania. Jeśli dotychczasowy model funkcjonowania spełnia twoje oczekiwania, nie ma potrzeby zmiany, nie ma też miejsca na coaching. Pomocne są zatem pytania kontrolne: Czy to w jaki sposób myślisz, działasz, komunikujesz się jest dla ciebie użyteczne, czy czujesz się w wyniku swoich przekonań, działań, podjętych decyzji, tak jak chciałbyś się czuć? Drugie założenie dotyczy ekologiczności. Jak twoje decyzje, lub ich brak wpłyną na inne osoby? W jaki sposób inni uczestnicy lub udziałowcy twoich spraw zareagują na twoje decyzje? Ekologiczność badamy zanim podejmiemy decyzje. Trzecie założenie dotyczy odpowiedzialności. Coach proponuje, zachęca, czasem poszerza mapę pojęciowa klienta, lecz to klient podejmuje decyzję, gdyż tylko on zna realia własnego świata. Odpowiedzialność za siebie oznacza też świadomość realiów, w których się żyje i pracuje oraz świadomą rezygnację z obwiniania innych, za jakość własnego życia. Tymczasem z mego terenowego, praktycznego kołczownia wynika, że ośmiu na dziesięciu klientów coachingu zaczyna relację od obwiniania innych za własne rezultaty, a szerzej za jakość swego życia, a w następnej kolejności ustala cele biznesowe, lub życiowe po za obszarem własnego wpływu. Ukryty jest w tym pewien specyficznie polski nastrój, potrzeba wyrażona nie wprost, zakamuflowana i ukryta pod kilogramami neurotyzmu – żeby znaleźć winnych własnego położenia, oraz żeby znaleźć kolejną metodę, dzięki której ktoś, w tym wypadku coach, autorytet, wysokopłatny specjalista weźmie odpowiedzialność – nie tyle za sukces, ile za porażkę. Tak jest – potrzeba sukcesu bardzo często jest fasadą, pod nią kryje się albo niewiara w zmianę, albo wręcz chęć zachowania starego stylu życia, funkcjonowania, podejmowania decyzji. Coach i coaching potrzebny jest jako niezbity dowód na niemożliwość zmiany, na bezradność, na obiektywny stan niezmienności realiów życia lub pracy. Im droższy, bardziej znany coach tym lepiej, gdyż jeśli nawet X sobie ze mną nie poradził, jeśli Y nie dała sobie rady z moimi problemami, to znaczy, że ze mnie mocarz nad mocarze, mam problem nad problemy, trudność nad trudnościami, to na prawdę coś, ten mój problem, a kołczing to srołczing (jak powiedział pewien klient), zmiana nie jest możliwa. Niekiedy łatwiej jest nam budować siebie w opozycji, przeciwko trudnościom, wzmacniać wartość własną poprzez skalę problemu, cierpienia, wysiłku, trudności niż poprzez sukces. I jak tu porzucić stare, skuteczne wzorce heroizmu, martyrologii, poświęcenia, chorowania, trudu, wyrzeczenia, zapracowania, bycia niezrozumianym, niedocenionym, niezrealizowanym? Jak tu uwierzyć, że można prawdziwie żyć z lekkością, radośnie, bez wysiłku, odnosząc sukcesy i mówiąc prawdę? Pewien mój klient powiedział mi kiedyś, że zrealizowane marzenia mogą go zawieść i rozczarować, dlatego woli marzyć niż osiągać sukcesy. Inny powiedział mi, że woli żeby było tak jak jest, niż żeby było lepiej, ale nie wiadomo jak.

Paradoksalnie zadanie coachingu będzie w takiej sytuacji dość proste, a zadaniem coacha powtarzanie potrójnej mantry: Czy to jak myślisz i działasz jest dla ciebie użyteczne i pozwala ci się czuć, tak jak chcesz się czuć? Czy to jest ekologiczne? Czy bierzesz za swoje sprawy odpowiedzialność?  lecz przede wszystkim: Czy wierzysz, że zmiana w ogóle jest możliwa?

 

Furman i coach
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. Anno pytasz: czy zadaniem coacha jest praca nad motywacją klienta, motywacją wewnętrzną do zmiany. Czy częścią procesu jest praca nad budowaniem w kliencie odpowiedzialności za własną motywację lub jej brak?

    Zadaniem coacha w mojej mapie ( w moim rozumieniu tego zagadnienia) jest między innymi:
    – zarządzanie procesem coachingu [również stroną techniczną/narzędziową] lecz to klient podejmuje decyzje i jest odpowiedzialny za wynik
    – zachęcanie, mobilizowanie i wskazywanie odpowiedzialności klienta oraz obszarów wypływu na własne cele i proces zmiany
    – wybieranie technik i narzędzi mobilizujących motywację klienta do osiągania wyznaczonych przez niego celów
    – zadawanie pytań [ lub innych technik] granicznych dzięki, którym klient zweryfikuje potencjalne zagrożenia i obierze najskuteczniejszą i ekologiczna drogę do celu, oraz zacznie działać

    to chyba najważniejsze zadania : ) choć jest ich wiele
    pozdrawiam

  2. Witam
    Przedstawia Pan perspektywę obnażającą coaching z magii, niezgłębionych, ponadludzkich właściwości. We wszystkich materiałach, z którymi się spotkałam – zawsze ten cień tajemniczości, niedostępności dla zwykłego śmiertelnika – kład się na definicjach, czy przedstawianej istocie coachingu.
    Mam następujące pytanie, watpliwość:
    czy zadaniem coacha jest praca nad matywacją kilenta, motywacją wewnętrzną do zmiany. Czy częścią procesu jest praca nad budowaniem w kliencie odpowiedzialności za własną motywację lub jej brak?
    Pozdrawiam serdecznie
    Anna Kaźmierczyk-Słomka

  3. A właśnie zastanawiam się jak dobrze przedstawić coaching w organizacji. I proszę. Jest materiał.

  4. Kapitalne. Właśnie dla takich tekstów czytam ten blog.
    Jak mocną osobą musi być profesjonalny coach, aby dźwigać to brzemię tych ośmiu na dziesięciu. Jak odporny musi być na frustrację. Mój naturalny odruch w stosunku do tych menadżerów kołczujących swoich pracowników, w ich mniemaniu z sukcesem, byłby z pewnością przekroczeniem etyki zawodowej. A ten „srołczing” – to już mnie naprawdę rozśmieszyło (do łez), ale mnie mogło to rozśmieszyć, nie jestem coachem. Chciałabym znać reakcję coacha na te słowa. Zazdroszczę siły i pewnie odporności (mogę tylko przypuszczać).
    Wierzę, że ta praca naprawdę potrafi dać wielką satysfakcję, bo potrafi być, jak czytam, ogromnym wyzwaniem. Z pewnością satysfakcja jest oczywista, gdy klient osiągnął swoje cele. A jak jest z satysfakcją w przypadku porażki? Niby to klient decyduje i ponosi odpowiedzialność, ale jednak… Ja bym to pewnie wzięła na siebie, że coś nie tak poszło, że nie udało mi się dotrzeć do tego klienta. Pewnie ciągnęłabym coaching w nieskończoność w nadziei, że w końcu on pojmie, co i jak.

    Z drugiej strony sądzę, że tak jak wszystko dookoła się zmienia, tak i każdy z nas się zmienia, co objawia się często ciekawością (może niezdrową) typu „co by było, gdyby…”, albo „a dlaczego by nie…”. Stąd ludziom zdarza się przekraczać granice w poszukiwaniu zmian, choć czasem się okazuje, że wcale tego nie potrzebują. Ale dopóki nie spróbują, to się nie dowiedzą. Uważam, że pytania kontrolne, a raczej odpowiedzi na nie, mogą zwodzić.
    – „Czy czujesz się tak, jak chciałbyś się czuć?”
    – „No nie, oczywiście, że chciałabym czuć się lepiej, jeszcze lepiej.” I tak dalej.
    A potem jak w bajce o rybaku i złotej rybce, w końcu zostaje się z pękniętym korytem, ale na szczęście bardzo często to nie koniec tej bajki.

    Bardzo bym chciała, żeby mnie firma też „zesłała” na coaching i na pewno nie pytałabym o powody.

    Dodam na koniec, że „sponsor” w terminologii naszej firmy, to osoba pełniąca funkcję decydenta. To osoba, której zgoda jest wymagana, aby przejść do kolejnej bramki projektu. Zespół wypracowuje konkretne działania związane z projektem, ale żadne z nich nie zostanie wdrożone do realizacji bez zgody sponsora. Sponsorem zwykle jest szef (jeden lub wielu).

Komentarze są wyłączone.