1. Horyzont zdarzeń

Łasabi westchnął. Tęsknił. Gonzo, ach ten Gonzo. Przecież znasz Gonza. Oglądałeś w dzieciństwie wszystkie odcinki wierząc w pluszakowy teatr bardziej niż w nieobecność rózgi świętego Mikołaja, którą na powitanie świąt chrzczono dzieci. A potem kilka lat później, kilka wieków po wyrzuceniu na śmietnik radzieckiego telewizora, w  którym zaklęty był świat pokolorowany szczodrze przez bratnich inżynierów, wtedy objawił się sobowtór Gonza, Gonzo z krwi i kości.  Kurczakowo podobny do kukiełki ptasiej o długim, zakrzywionym dziobie, wybałuszonych oczach i trzech piórkach na szczycie głowy. Niebieski. Szczupły a nawet chudy, zmarniały, wymizerowany, anemiczny, zabiedzony, wątły. Człowiek. Człowiek o bladej, sinawej cerze, której nigdy nie tknęło słońce. Jakże to: wątły? Kiedy przeciwnie: energiczny, żwawy, zawsze w pośpiechu, w każdej chwili gotów do intensywnego dialogu. I nieoczekiwanie daleki, nieobecny, wycofany. Tak, to prawda. Cały Gonzo. Sprzeczny i napięty, energiczny i wycofany. Z niebieskim krawatem pod szyją.

Gonza przezywają również Gonzalesem. Cóż za zbieżność z nazwiskiem Goniewicz, Gontowicz, Gonisewicz, Gondowski? Jakże on się nazywa? Zbieżność ta, zdaniem nielicznych przyjaciół a raczej przezywaciół, kpinowajców, znajomków zwanych na wyrost przyjaciółmi,  była widomym i ostentacyjnym znakiem czegoś. Czegoś ich zdaniem wyjątkowo zbieżnego, znaczącego, jednoznacznego, choć przezywanie kogoś imieniem Gonzo samo w sobie jest przecież dwuznaczne. Przezywanie było skutkiem czegoś ostentacyjnie rzucającego się w oczy. Czego? Czegoś. Być może w wyglądzie, w nazwisku, w podobieństwie do kukiełki nielotnej przecież, wypchanej, zamszowej, pluszowej, skrzeczącej głosem aktora. Jakby Gonzo sam siebie naśladował trzydzieści lat temu w amerykańskiej telewizji. Kiedy pewnego dnia Gonzo zniknął, ktoś zażartował, że nielot odleciał. Dopiero kilka dni później do ludzi dotarła wiadomość: Odleciałem do ciepłych krajów. Wrócę wiosną. Gonzo. I wtedy ludzie zdali sobie sprawę, że Gonzo był kimś więcej niż tylko przyczynkiem do żartów i kpin, że był zawstydzającym erudytą, alfą i omega, omnibusem, że to on ich zawstydzał. Kto z nich potrafił cytować Marka Aureliusza z pamięci, rozwiązywać od niechcenia sobotnie quziy w gazecie bez błędu, zawsze bez błędu, nawet bez jednej nieznaczącej pomyłki albo na poczekaniu wyjaśnić teorię strun? Inna sprawa, że tak jak z zaciekawieniem wsłuchiwali się w wyjaśnienia dotyczące horyzontu zdarzeń, tak równie szybko tracili ciekawość. Był to odruch obronny. Mózg ponoć nie odczuwa bólu? Nie prawda! Boli jak diabli. Gdy nagle napotyka czarną dziurę, stara się z nią zmierzyć, mocuje się, wyobraża sobie jej otchłań, wysila się, znów mocuje, jeszcze chwilę zmaga, jeszcze odrobinę napina i nagle puszcza, poddaje się.  Właściciel takiego mózgu robi wówczas znudzoną minę: Nie czuję tego. Jesteś pewien, że coś takiego w ogóle istnieje?  Jakże wyobrazić sobie tunel czasoprzestrzenny, który oddziela obserwatora od  zdarzeń, których nie może doświadczyć? Żadnych informacji. Wszystko co przenika przez horyzont zdarzeń ginie na zawsze. Horyzont zdarzeń otacza bańkę głowy każdego z nas, a w środku bańki jest plątanina miliardów neuronów, galaktyki połączeń, które zgasną pewnego dnia  – pomyślał Łasabi – i zapadną się jak czarna dziura. Ostateczna ulga.

 

 

1. Horyzont zdarzeń
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. Dobrze że wyjazd Gonza został zauważony. Bo mogło być tak, że nikt nie zauważył odlotu nielota. Albo że wszyscy poczuli ulgę, a nie brak tejże osoby.

  2. Ha a czy na pewno czarna dziura? :)

  3. Czasem potrzebujemy coś stracić, by to docenić. Czasem trzeba gdzieś wyjechać , by wrócić do domu.

Komentarze są wyłączone.