Indeks szczęścia 2.

sufit pragnień
sufit pragnień

W zeszłym roku ONZ zleciła nieco podobne do HPI badania dotyczące poczucie szczęścia. Tym razem Polska awansowała na 60 miejsce plasując się pomiędzy Białorusią i Malezją. W niedawno opublikowanym raporcie przeanalizowano sytuację w 158 krajach.

Nieco inaczej jednak niż w HPI brano pod uwagę przede wszystkim takie czynniki jak: PKB na mieszkańca oraz stan opieki socjalnej [satysfakcję z opieki socjalnej państwa, w tym – zdrowotnej], długość życia, swobodę dokonywania życiowych wyborów, hojność mieszkańców danego kraju wobec akcji humanitarnych i wolontariatu a także skalę korupcji. Na pierwszym miejscu tego rankingu znalazła się Szwajcaria a w pierwszej dziesiątce kraje skandynawskie m.in.: Islandia, Dania, Norwegia, Finlandia oraz Szwecja. Czynnik ekonomiczny oraz aktywność prospołeczna odegrały główną rolę i zdaniem niektórych badaczy zniekształciły obraz badania, gdyż społeczeństwa wysoko rozwinięte tradycyjnie są bardziej świadome i aktywne społecznie.

W Polsce współczynnik aktywności społecznej, czyli zdolności do samoistnego angażowania się w działania prospołeczne, akcje nieodpłatne na rzecz społeczności lokalnej lub globalnej, jest jednym z najniższych w Europie. Polska znajduje się na końcu rankingu obok Rumunii i Albanii. Oczywiście najbardziej zaangażowani na rzecz swoich społeczności są Skandynawowie. My Polacy pozamykaliśmy się w swoich czterech kątach i bacznie sprawdzamy, czy ktoś nam tych kątów nie przeszukuje. Współczynnik nieufności jest u nas bowiem bardzo wysoki, tu ścigamy się z Rosją i Białorusią oraz krajami Afryki. Reprezentanci systemu, władzy, instytucji są u nas z góry podejrzani – pokłosie trudnej, polskiej historii. Nie pomaga sytuacja ekonomiczna kraju, czyli konieczność tworzenia świadczeń na rzecz niepracujących grup społecznych.

Polscy politycy boją się wprost zakomunikować, że jedna osoba pracująca utrzymuje dwie dorosłe osoby niepracujące, czyli jakiegoś emeryta, rencistę, matkę lub ojca na wychowawczym. Tendencja ta będzie się pogarszać w kolejnych latach. Oczywiście sfrustrowany emeryt spyta z wyrzutem – co z moim składkami? Niestety już dawno wyparowały w epoce Jaruzelskiego. Od tego czasu czynniki demograficzne zmieniły się tak bardzo [starzejmy się i kurczymy jako populacja], a koszty opieki zdrowotnej zaczęły się zbliżać do wartości rynkowych [dlatego m.in. są drogie], że państwa po prostu nie stać na postkomunistyczny socjal. Chorujemy też częściej i dotkliwiej, co jest skutkiem wyniszczającego trybu życia, stylu żywienia i braku profilaktyki. Jako naród mamy fatalne nawyki zdrowotne i znowu – toksyczną przeszłość [niezdrowe nawyki żywieniowe, alkoholizm, zatrute środowisko itd].

Niestety wszelkie reformy są od lat blokowane z powodów czysto populistycznych. Kolejne rządy nie chcą ruszać tematów tabu i znieść na przykład starych przywilejów resortowych, zwłaszcza w okresie przedwyborczym [przywilejów o nierzadko kilkudziesięcioletniej tradycji – dla górników, kolejarzy, nauczycieli i dziesiątków innych grup zawodowych]. Dlatego konieczne reformy zamiatane są pod dywan żeby nie drażnić wyborców. Część z nich jest na tyle naiwna i nieobyta z podstawową wiedzą, że chętnie kupują populistyczne zapewnienia o kolejnych pakietach socjalnych. I tak trwamy w bezruchu od wyborów do wyborów.

Obniżyć wiek emerytalny? Podwyższyć tu i ówdzie świadczenia? Z czego? Z jakich środków? Skąd państwo ma brać no to fundusze? Państwo socjalne oznacza państwo, które zwiększa podatki [to jedyne źródło pieniędzy w budżecie] a przecież podatki mają być mniejsze! Populiści jednym tchem mówią o rozdawaniu pieniędzy z budżetu, zmniejszeniu podatków i zmianie systemu. Już sama zmiana systemu, czyli jakaś rewolucja lub choćby rekonstrukcja w ograniczonym zakresie, dotyczącym choćby konstytucji czy urzędów publicznych – kosztuje i to niemało.

Nauczyciele chcą zachować przywileje choć do szkół poszło 300 tysięcy dzieci mniej. Podobnie z wyższymi uczelniami. Mamy niż demograficzny a w najbliższej przyszłości na uczelnie zgłosi się jeszcze mniej studentów. Społeczeństwo starzeje się  i słabnie jego potencjał – więcej ludzi umiera aniżeli się rodzi. Ilość dzieci w rodzinach maleje. Między innymi z tego powodu poziom edukacji spada, gdyż trzeba w szkołach i na uczelniach przytrzymać każdego chętnego, zwłaszcza tych, którzy chcą za naukę płacić.

Lekarze, a zwłaszcza ich szefowie, rządzą palcówkami medycznymi jak prywatnymi firmami, choć robią to za publiczne pieniądze z wykorzystaniem publicznego sprzętu i łóżek szpitalnych. Ich główną troską jest lawirowanie pomiędzy NFZ-etem i pacjentami. NFZ zaś dzieli ogromne fundusze jak w gospodarce socjalistycznej, metodą przydziałów i odgórnego planowania. Nie może inaczej, gdyż trzeba by było zlikwidować sporą część nierentownych placówek i wprowadzić naturalną konkurencję między placówkami medycznymi – tak jak ma to miejsce w stomatologii i weterynarii. Są to niemal jedyne obszary medycyny, które działają w Polsce świetnie, dlatego że są płatne i konkurencyjne a jednocześnie wciąż tańsze niż w Europie. Potrzebne są doubezpieczenia oraz pakiety medyczne, o czym mowa od dawna, jednak żaden rząd nie wprowadzi tej zmiany, z powodów jak wyżej, populistycznego tumultu. Dlatego tłoczymy się w przychodniach otrzymując słabą opiekę medyczną, za to opozycja ma zamknięte usta. Nie może podnosić wrzawy, że opieka medyczna jest płatna. Wszystko jest zgodne z konstytucją. Opieka medyczna jest teoretycznie bezpłatna, jest nieefektywna – ale jest. Pseudo reformy udają działania naprawcze w tym obszarze. Na razie zyskali na tym wyłącznie lekarze, którzy i tak są niezadowoleni. Nikt nie wpakuje się w wojnę ze środowiskiem trzymającym władzę w służbie zdrowia, czyli z ordynatorami i szefami klinik. Strajki w służbie zdrowia to zbyt wrażliwy społecznie temat!

Służba zdrowia i edukacja, to tylko przykłady z wielu podobnych, przykłady braku komunikacji społecznej i odwagi w nazywaniu problemów społecznych z lęku przed populistyczną presją. Wolimy słyszeć obietnice i banialuki niż stanąć wobec bolesnej prawdy i koniecznych, trudnych reform. Oczywiście niech reformują się jacyś oni byle tylko nam nie było gorzej – to jedna z przyczyn popularności populizmu i powód lęku kolejnych ekip przed prawdziwym zmianami. Nie jesteśmy w tym ani o jotę lepsi do Greków, którzy wywierali przez lata presję na kolejnych rządach, które szczodrze rozdawały przywileje na lewo i prawo i godziły się na unikanie podatków w zamian za poparcie wyborcze.

Co ciekawe wybory prezydenckie, które mają się odbyć w niedzielę mają się nijak do poruszanych w kampanii tematów, gdyż prezydent faktycznie nie sprawuje władzy wykonawczej. Jednak ludzie chętnie słuchają obietnic. Dla wielu władza to po prostu władanie. Sądzą, że jak ktoś ma władzę, to może rozkazywać, czyli kazać innym coś zrobić albo czegoś nie zrobić. Ten poziom naiwności, niezrozumienia mechanizmów demokracji jest szokujący. Wiele osób nie zna zasad dotyczących rozdziału władzy. Tego rodzaju ignorancja jest rezultatem braku polityki informacyjnej państwa, jest winą samych polityków, nauczycieli i dziennikarzy, którzy nie informują rzetelnie społeczeństwa – zbyt są uwikłani w doraźne spory polityczne i walkę o władzę.

Cdn.

Indeks szczęścia 2.
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. Polska Głupcze.

  2. no ale wlasnie …prezydent przeciez nie jest od tego.
    czy gimnazjalista wie ,czym sie rozni premier od prezydenta?

  3. dodam jeszce ,ze w skandynawii obowiazek zapewnienia opieki med lezy w rekach gminy…;)))))czyli troche tak jakby sami pacjenci za pomoca swoich “najblizszych “reprezentantow”…nie prezydenta ;)))))czy premiera wspoluczestniczyli w kwestii organizacji swojej opieki zdrowotnej.
    wtedy tez latwiej wybiera sie i rozlicza,gdy obietnice wyborcze przekladaja sie bezposrednio na wyborcow.

  4. bardzo dziekuje za wyjasnienie.

    nomen omen dzis obejrzalam reportaz o Bangladeszu w TV…nie bylo mowy o wysokim HPI…raczej o ekonomicznej niemoznosci wyjscia z imapssu ,gdy dzienna stawka zarobkowa wynosi 2 centy…

    z cala reszta sie zgadzam,niestety.
    dodam jeszce ,ze pracownicy nfz dostaja kwartalne,calkiem wysokie premie za nieudolne….kontrole swiadczeniodawcow i zalatwianie interesow politykow….
    dostepnosc do sluzby zdrowia moze i jest …ale jaka jest jakosc uslugo przy 60 pacjentach w poradni w cigu 8 godzin pracy?ale oplaca sie to zarowno nfz,jak i lekarzowi,bo zaplacone jest od procedury,od glowy…..wiec im szybciej ,tym lepiej…wszyscy wiec biegaja z pustymi taczkami ,odsylajac pacjenta z poradni do poradni ,od specjalisty do specjalisty….a pacjent tak naprawde zostaje z niczym.
    oczywiscie mlody doktor zmuszony jest do takich procederow,bo pensja po studiach jest mala…dzisiec dyzurow w miesiacu,trzy poradnie….zeby jak najszybciej stac sie specjalista i zaczac zarabiac w gabinecie…bo pacjent ,ktoremu naprawde cos sie zlego dzieje,trafi w koncu do prywatnego gabinetu.
    na calym tym chaosie oczywiscie wygrywaja lekarze specjalisci ,a najbardziej szefowie-w mechanizmie opisanym przez Macieja powyzej.

    Wystarczyloby moze wprowadzic rozdzial medycyny prywatnej od panstwowej.zakaz pracowania w dwoch miejscach jednoczesnie.
    konkurencje w zakresie ubezpieczen zdrowotnych.
    oraz mozliwosc wyboru przez samego pacjenta.
    od razu zrobilaby sie wieksza konkurencja.

    ale kti jest tym zainteresowany?
    nie lekarze ,nie szefowie klinik,nie dyrektorzy szpitali,nie nfz, nie politycy……..

Komentarze są wyłączone.