Jaskinia platońska

w nadziei, że sam Bóg osobiście uratuje nas z pożaru...
w nadziei, że sam Bóg osobiście uratuje nas z pożaru...

Kiedy dolewam kefir do kawy to znaczy, że jestem zmęczony. Nigdy nie brakowało mi w życiu pracy. Czego, jak czego, ale pracy zawsze miałem pod dostatkiem.  Dziś mam to szczęście, że w zasadzie przestałem rozróżniać pracę od nie-pracy, i czas prywatny od zawodowego. Szczęście? Przecież wiele osób, które trafiają do mnie na coaching właśnie jako cel – stawia sobie oddzielnie życia prywatnego od zawodowego. Tymczasem wymieszałem tak bardzo obie sfery, że coraz częściej mogę powiedzieć: W zasadzie to jest mój obowiązek, jednak co to za obowiązek, jeśli chcę to zrobić z przyjemnością?


Byron Katie
Byron Katie

.

Otóż to! Z jaką energią wstajesz codziennie do pracy? Co widzisz w lustrze przy porannej toalecie? Zmęczonego porannym pośpiechem obywatela, który zaraz pogna do obowiązkowych, żmudnych zajęć; w pośpiechu pociągnie za sobą rączkę dziecka, które trzeba „dostarczyć” do przedszkola; pracownika jakiegoś sytemu, pracownika który z napięciem a może frustracją, po przebiciu się przez korki, przeciągnie swoją magnetyczną kartę w czytniku by wyprodukować kolejny „beznadziejny” raport czy też…   Czy też faceta, który męczy się kolejny rok w niechcianej pracy? Czy też radosnego i zadowolonego z wiosny pasjonata, który zaraz wykreuje nowe rozwiązanie, odbędzie inspirujące spotkanie, wykona kolejny wspaniały projekt? A może już od lat jesteś dla siebie inspirującym, interesującym człowiekiem, który spełnia swoje pragnienia? Czerpie garściami? Zaraża optymizmem? Czy będzie to twarz zmęczonej, u kresu sił Byron Katie, czy może Eckharda Tolle, na krawędzi rozpaczy i depresji, a może aktora Hugh Laurie, który u szczytu sukcesu walczy z apatią – by za moment właśnie “tego dnia” doznać olśnienia, może oświecenia, a może cudownej iluzji, po której następuje przebudzenie?

książę...cudowny wyzwoliciel
książę...cudowny wyzwoliciel

Pewien mój klient coachingu, klika dni temu, na sesji odkrył jakie znaczenia miały jego dolegliwości sprzed dziesięciu lat?  Co więcej – odkrył również, że gdy zadawał sobie pytania o własną przyszłość, stawiał cele, zakreślał plany – w pewien szczególny, mentalny, lecz również z punktu widzenia swoich doświadczeń – niesłychanie realny sposób – robił to stojąc „na podwórku swego dzieciństwa”. Z tej perspektywy widać przecież tylko fragment świata. Jak w platońskiej jaskini, w której przykuci łańcuchami do ściany niewolnicy widzą tylko cienie odbite na skałach. Cienie uznają za inne istoty. Nigdy nie widzieli słońca. Mój coachee odkrył, że jedynie zmiana perspektywy może przynieść zmianę jego tożsamości – unieszczęśliwionego dziecka.  Mentalne miejsce, w którym zdajemy sobie pytanie determinuje to, o co pytamy, jak pytamy, po co pytamy i również to, czego nie jesteśmy w stanie dostrzec, więc nawet nie pojawi się w obszarze naszej uwagi.  Inna moja coachee wyznaje, że jej złość i agresja skierowane do całego otoczenia, a zwłaszcza do osób, które dawały jej wsparcie, lecz również feed-back wynikały z postrzeganie siebie jako bezradnej „księżniczki swego tatusia”. Wszystkie relacje, które budowałam z mężczyznami to było oczekiwanie, że mężczyzna idealny, po prostu „rycerz” zaopiekuje się mną, ale podświadomie oczekiwałem, że kiedy mnie pozna lepiej – dostrzeże moje wady i wtedy mnie porzuci, więc poddawałam życzliwych mi facetów nieustannym próbom, także kolejnych coachów i terapeutów – wyzna. W końcu wolałam odrzucać niż być odrzucona. Nigdy więcej! Sama chcę dbać o siebie.

Jedno przypadkowe spotkanie odmieniło wszystko
Jedno przypadkowe spotkanie odmieniło wszystko

Jeszcze inna coachee przychodzi odmieniona. Nigdy wcześniej nie sądziła, że może się tak wspaniale czuć. Trwa to od kilku tygodni. Wcześniej odbywała dziesiątki szkoleń, poszukiwań, także duchowych i religijnych i zawsze wcześniej czy później wracał ów stan krytycyzmu, oceniania, obwiniania siebie i innych ludzi. Co więcej był to stan złości. Jacyś „dziwacy” twierdzą, wmawiają, że stan wolny od ocen jest możliwy. Próbowała zazen i medytacji, pracy z gongami tybetańskimi i hipnozy i zawsze wracała ta sama złość. Uporczywe poczucie, że oceny są częścią jej osobowości, są niezbywalnym elementem życia, koniecznym i naturalnym.  I nagle, teraz w maju – wróciła z Tajlandii odmieniona. Co się stało? Jedno przypadkowe spotkanie odmieniło wszystko. Małe dziecko, kilkuletni synek małżeństwa, u którego wynajmowała bungalow – uleczył ją, a właściwie jego zachowanie było impulsem uzdrawiającym, przebudzającym, ożywczym? Był nie tylko radosnym dzieckiem, był naturalnie ciekaw wszystkiego, zawartości torebki, ubrań, przedmiotów, lecz przede wszystkim jej osoby. Doświadczyła – wyznaje – tak bliskiego kontaktu z nieznanym sobie dzieckiem, dosłownie w ciągu kilku dni pobytu, jakiego nie doznała wcześniej z żadnym innym człowiekiem, ba – z własnymi dziećmi.

Zmiany, przebudzenia, uzdrowienia, olśnienia czasem przychodzą niespodziewanie, czasem mamy po prostu dobre życie, dobra karmę, daną nam od bliskich dobrą energię, a może kredyt od losu, czasem zmiany długo nie przychodzą …może nie potrafimy zobaczyć ich zwiastunów, ignorujemy te zaproszenia, zachęty i szanse…czekając, że sam Bóg osobiście uratuje nas z pożaru – odpychamy dłoń strażaka, krzycząc: Idź sobie, wszystko popsujesz!

Jaskinia platońska
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

23 komentarzy

  1. PS poznałam starą duszę, nie staną ;). Razem spędziliśmy co najmniej 3 wcielenia. Wszystkie spotkania były czystą miłością…

  2. Dziękuję…
    Wróciłam, jestem. Mój stan jest… Kochani nie potrafię tego opisać co czuję. Dotknęłam nieskończoności. Dla mnie życie może się skończyć tu i teraz. W moim sercu mieszka miłość. Poczułam co ona oznacza, czym jest, co daje, jaką ma siłę.
    Spotkałam bardzo staną duszę. Kiedy spotykają się takie cudowne istoty, dzieje się magia. I choć dziś jesteśmy od siebie daleko, to jednocześnie każda komórka mojego ciała jest wdzięczna za ten cud jakiego mogłam doświadczyć.

    Ulo, dziękuję. Dobrze się odnajdywać tak naturalnie magicznie ;-)

    Kochani, jadę na Hawaje! Obiecałam sobie, że zimę spędzę w cieple… Buty już są, paszport i wiza w toku załatwiania.

    Coś się kończy, coś zaczyna. Wiem, co się skończyło dla mnie, ale nie wiem, co się zacznie. I to jest boskie. Nie ma lęku, jest radość.

    Ściskam Was i przytulam do serca ;) Macie piękne oczy, wiecie o tym? Moje są inne każdego dnia. Cudnie móc widzieć zmiany u siebie, nawet te mikro, mikro. One zachodzą…

  3. pasja….a to troche jak “w malinowym chrusniaku” pierwsza pieszczota “ktora w calym niebie nie zna innych upojen oprocz samej siebie i chce sie powtarzac wciaz dla wlasnej dziwoty….”
    mozna wciaz robic to samo i za kazdym razem lepiej ,inaczej ,z ta sama ciekawoscia i energia ………………………..oprocz przydatnosci,uzytecznosci ,ekologii i gratyfikacji pienieznej…..to cos co po prostu “kreci”.choc czasem ma sie dosc ,bywa sie zmeczonym, niedocenionym,popelnia bledy ,a nawet watpi w slusznosc wyborow…
    to zreszta troche podobnie ,jak z wlasciwym partnerem…………….albo przyjacielem,wciaz chce sie z nim byc,mimo,ze wiekszosc zdarzen jest powtarzalna….i bywaja trudniejsze momenty
    a mimo to rzeka plynie;))))))))
    fajnie napisala zoska, ze praca to sposob zeby spotkac ludzi.
    zstanawialam sie,czego brakuje w moim zyciu zawodowym-satysfakcji z rozwoju,z uczenia sie rzeczy nowych,doskonalenia warsztatu….
    moze czas na kolejne pytanie:
    jak????
    ;))))))))))))))

  4. tytuł to “quest” chyba eichelbergera i jakichś dwóch autorów jeszcze. pamiętam, że żółta okładka i taka cienka ta książka :))

  5. Ewelino podaj proszę dokładny tytuł i autora ksiązki. Czy chodzi o Eichelbergera? Jeśli mi się uda zrealizować moje cele to się z Wami tym podziele, myslę że w ciągu najliższych 5 lat będzie istniało to miejsce… wierze że mi się uda…:) Dla wyjaśnienia używałam słowo pasji w oderwaniu od konkretnej czynności, umiejętności, zjęcia, miałam na myśli zabarwienie emocjonalne i wyobrażenie, które łączy się z tym słowem…

    PS Zośka miałam kiedyś nauczycielkę, która lubiła uczniów i to co robiła…nauczyła mnie kilku rzeczy które będę pamiętać do końca życia…. np do dziś modlę się jak przejezdza R-ka na sygnale, żeby zdązyła na czas i pomogła oczekującym na nią (nauczę tego swojego syna)… potem niestety brakowało mi mistrzów w tym obszarze, ale na mojej długiej szcieżce edukacyjnej znalazło się jeszcze paru wybitnych, im “wyższy” stopień nauk pobierałam, tym bardziej trafiali do mnie Ci skromni i pełni pokory i ich też zapamiętam…. Taka mała dygresja…

  6. kiedyś w książce Quest znalazłam taką opowieść (w skrócie, mniej więcej) o człowieku, który mieszkał w swojej rodzinnej wsi od urodzenia i któremu raz przyśniło się morze, któego nigdy dotąd nie widział. Postanowił je poszukać. Wyruszył w drogę, doszedł do rozstaju dróg i wybrał drogę, która poprowadziła go do miasta. Zamieszkał tam i porzucił szukanie morza bo wciągnęło go to miejscie życie. Ale sen przyśnił mu się znowu i ów człowiek wyruszył go szukać. Doszedł do innej wsi, gdzie znowu zapomniał o morzu i wciągnął się w życie tubylców. Po latach sen znowu się przyśnił i człowiek ten, starszy o wiele lat wyruszył szukać morza. Wrócił na rozstaj dróg i wybrał trzecią możliwą drogę, która prowadziła do chatki, gdzie mieszkała samotna wdowa z dziećmi. Został tam na wiele lat i zapomniał o śnie. Kiedy już był stary przypomnaił sobie że zawsze chciał zobaczyć przecież morze i że go nie zobaczył dotąd… z resztkami sił ruszył w stronę góry, niedaleko za miejscem gdzie mieszkał. Z trudem doszedł na szczyt i jego oczom ukazał się przepiękny widok morza na całym horyzoncie. Człowiek ów rozejrzał się wokół i zobaczył, że z jego rodzinnej wsi była droga do morza, i z tego miasta w którym spędził tyle lat też była droga do morza, i z tej sąsiedniej wioski droga prowadziła do morza. Wszystkie drogi, którymi szedł prowadziły do morza tylko żadną wcześniej nie poszedł do końca..

    pozdrawiam :)

  7. tak, tak – lubienie tego co się robi albo dla kogo się robi to zmienia bardzo dużo :))

    pamiętam czas, kiedy bardzo lubiłam to co robiłam i wcale nie miało dla mnie znaczenia czy to misyjne czy z pasją. Po prostu robiłam to co lubiłam. simple as :)

  8. Anno Mario,
    jeśli praca–tak jak piszesz–ma szansę czerpać impet z Twojego życia rodzinnego i pasji, to jesteś szczęściarą i wypada Ci tylko życzyć, by Ci sił wystarczyło, aby to wszystko ogarnąć i zasilać te “studnie”, by w końcu stały się naczyniami połączonymi.
    Ewelino,
    granice tego, co pożyteczne dla ludzi, a co szkodliwe chyba nie jest tak trudno ustalić. Wystarczy się kierować zdrowym rozsądkiem. Ludzie mają też mozliwość wyboru. Nie chciałabym pracować w rzeżni, ani w sklepie mięsnym. A czasami przychodzi mi do głowy,zwłaszcza jak moi uczniowie są zmęczeni, że i moje belferstwo jest do bani, że lepiej by im zrobiło, jak by sobie poganiali po łączce, zamiast trwać w niewolnictwie szkolnym. Nigdy nie czułam misji tej profesji, nawet nie wiem, czy świat nie byłby lepszy bez szkól, programów, rozwiązywania testów. Nie wiem tego. Ale dopóki lubię swoich uczniów, mogę wykonywać ten zawód. Lubienie tych, dla których się pracuje jest, moim zdaniem, kryterium podstawowym, by praca nie stała się złem koniecznym.

  9. ja zrezygnowałam w pewnym momencie z możliwośći, które daje mi mój zawód, zadowalając się przyzwoitymi pieniędzmi, ale mając za to mnóstwo czasu dla rodziny, dla siebie, każdy wybór, jak to wybór jest związany z odrzuceniem tej innej alternatywy, dlatego zamiast super ciekawych spraw, miałam te nudniejsze, te mniej rozwojowe, te wymagające mniej zaangażowania…, rodzina się rozwinęła, ja też, dużo się nauczyłam o sobie i innych, naładowałam baterie i teraz lobbuje na rzecz równowagi, czyli w moim przypadku pracy, tak chcę mieć “full wypas” również w tej dziedzinie, ale…, ale dla każdego to oznacza co innego, dal Ciebie duże pieniędze to 1000 zł dla mnie 500 zł, dla Ciebie wolny czas to dwie godzinny dziennie bez żadnych obligów, dla mnie praca w wolnym zawodzie i brak koniecznośći siedzenia w biurze od…do…, samorealizacja to zadowolenie z efaktów mojej pracy, a pasja to coś co robię nie tylko bo”muszę” tylko dla tego że również chcę, że w zamian zato co daje, dostaje coś więcej niż przelew na konto “wynagrodzenie za miesiąc maj” …;) Zgadzam się z tym, że nie zawsze pod słowami pasja, samorealizacja itp kryje się coś wielkiego i patetycznego, czasem rozwiązanie jest blisko i jest bardzo proste… najprawodpodobniej u mnie rzeczywiście to jest kwestia 1) zmiany perspektywy, 2) zmiany podejścia oraz 3) “tego” jak się pracuje… a realizowanie pasji kosztem innej dziedziny życia np. rodziny no cóż każdy dokonuje własnych wyborów, ja uważam że tylko pełnia, równowaga w życiu daje nam optymalne warunki do zycia przez duże Z, jak w pracy nie wychodzi to inwestuje w rodzine, w dom, nagle okazuje się że praca wychodzi, to mogę troszkę ją podciągnąć bo korzystam z tych zasobów które są mocne ze wsparcia rodziny (domu), jak w domu i zawodowo jest constans to ładuje życie towarzyskie inwestyjąc w te relacje które są ważne i długodystnsowe, tak żebym zawsze miała jakąś “studnię”… Dlatego nie zrezygnuje z mojej pracy w stylu “full wypas” bo wiem że może trochę dłużej niż inni ale będzie “środek tarczy”… póki co rozprawiam się z lękami, przyzwyczajeniami, definiuję co jest ważne, a co mogę już odpuścić… Pasja tak, od pewnego czasu z wielką pasją żyje i dlatego mam ochotę przenieśc to na obszar zawodowy… dziekuję za te wpisy, bo mobilizuje to mój mózg do myslenia w tym obszarze, do definiowania …. a teraz wracam do mojej pasji :)

  10. Witam wszystkich. To mój pierwszy wpis tutaj, choć jestem z Wami od jakiegoś czasu – czytając, wzruszając się i ciesząc bardzo, że jest taki blog, są tacy ludzie, że można takie cudeńka czytać, że tyle ciepła, mądrości, otuchy..Dziękuję:-) Chcę się od razu przyznać, że nie przeczytałam dotychczas ani jednej książki Pana Macieja, ale to się szybko zmieni, jako, że tematy tu poruszane są mi bardzo bliskie. Idę tą Drogą już jakiś czas, odkryłam też dzięki wspaniałym ludziom coaching i niezmierzone możliwości, jakie daje – wszystko to po latach terapii, ogromnie trudnych zmagań z życiem i cieżkiej pracy nad sobą. Opłacało się. Dzisiaj czytając “Jaskinię Platońską” tak cudownie jest stwierdzić, że oto właśnie jestem radosną, zachwyconą wiosną pasjonatką, która idzie do pracy z radością i pewnością, że wszystko będzie dobrze, zaraża dobrą energią i optymizmem, a i po pracy tak bardzo kocha wszystko, co robi i cieszy sie życiem:-)). Nie ma przypadków. Trafiłam tutaj wpisując w google “zasadę numer 6”, której jestem fanką i wyskoczył mi wpis Agnieszki Hawajki, której chcę szczególnie podziękować, gdyż we wszystkich jej -Twoich Agnieszko wpisach -widzę siebie i jest to naprawdę fascynujące i niezwykłe. Ja także po wielu latach smutnego, trudnego życia wkroczyłam w świat kolorów, kwiatów, wszechobecnego piękna, radości i miłości do całego wszechświata, a przede wszystkim do samej siebie i wiem na pewno, że jest to możliwe i że może to uczynić absolutnie każdy -niezależnie od tego, jak trudne lekcje musiał odrobić..Dziękuję Wam wszystkim, Panu, Panie Macieju, za te piekne, mądre teksty i wszystkim tutaj, za to, że jest takie miejsce, gdzie można podzielić się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami, za to, że jesteście… Tobie Agnieszko za tę niezwykłą delikatność, ogromne ciepło, totalną miłość do całego świata, którą widzę w każdym Twoim wpisie (nawet nie wiesz, ile łez wzruszenia wycisnęły z moich oczu Twoje komentarze). Dziękuję, dziękuję, dziękuję :-)) I jestem z Wami. Ula.

  11. oh, Zośka napisałaś coś bardzo istotnego w tym wszystkim.. ta “pasja” i “powołanie” brzmią tak patetycznie. Miałam takich nauczycieli w podstawóce, którzy mieli takie powołanie, żeby edukować młodzież że nie zauważali ucznia po drodze. brrr..
    Ale z drugiej strony jeśli coś mnie “woła” (chyba stąd “powołanie” ?) to mogę uciszać ten głos pracą, kasą, czymkolwiek. A mogę też posłuchać tego głosu. wtedy to raczej kompas niż misja, pasja, powołanie.. chyba ?
    Piszesz “A co by się stało, gdyby zastąpić te szczyty zwykłymi, codziennymi: “moja profesja jest potrzebna ludziom,światu”?” – i znowu i tak i nie. Bo pracując w koncernie tytoniowym robię coś co jest potrzebne ludziom i światu tylko.. no właśnie. Jak określić tę granicę ?

    Masz rację, że “Ludzie zrobili się teraz bardzo wymagający (troszkę teraz ponarzekam)–chcą mieć od razu full wypas”. Taka pułapka w jaką wpdają przeciez również kobiety – perfekcyjna pani domu, profesjonalistka u szczytu kariery, cierpliwa i dobra mama biegająca boso po rosie no i jeszcze oczywiście, żona, kochanka, córka, przyjaciółka, działaczka społeczna…
    ciekawe jest w sumie to, że nie chcemy rezygnować z super posady z dobrą kasą żeby mieć więcej czasu dla siebie i na siebie. Więc niby idealnym rozwiązaniem jest praca z misją ale przecież i ona może łatwo zamienić się w tygiel. Czasem sobie myślę, że praca to praca. Nie chodzi o to że musi być cięzka, nudna i żmudna. ale to praca. Może nie ważne jest co się robi ale jak się to robi ? Praca i rozwój kojarzą mi się trochę jak ciało i psychika. Praca to ciało. Dostaliśmy ciało takie jak dostaliśmy i od nas zależy jak się z nim obchodzimy. Praca często też jest wypadkową różnych zbiegów okoliczności, sytuacji życiowych. Można się odciąć od ciała i żyć tylko głową tak jak można odciąć się od pracy i żyć tylko rozwojem osobistym. Ale jednak tylko połączenie i współdziałanie tych obu (ciało/psychika, praca/rozwój) daje równowagę w życiu ?
    trochę pofilozofowałam ale tak sobie głośno właśnie myślę, że można i tak spojrzeć na pasje, powołanie i takie tam…

    pozrdawiam :)

  12. Dla mnie słowo “powołanie” jest podejrzane. Tak samo zresztą jak “pasja”. Myślę,że z tymi terminami trzeba sobie poczynać ostrożnie gdyż pochodzą one z obszaru duchowo niebezpiecznego, z obszaru wielkiej duchowej “spiny”, gdzie obowiązują kodeksy nieomal rycerskie,zeby nie powiedzieć donkiszoteria…
    A co by się stało, gdyby zastąpić te szczyty zwykłymi, codziennymi: “moja profesja jest potrzebna ludziom,światu”?
    Ludzie zrobili się teraz bardzo wymagający (troszkę teraz ponarzekam)–chcą mieć od razu full wypas–samorealizację, pasję, super pieniądze i do tego jeszcze wolny czas “dla siebie”. A tak w życiu nie ma. Po prostu. Mam bliską koleżankę, która od lat realizuje swoją pasję życiową w zawodzie—jest aktorką niezwykłego, założonego przez siebie teatru, gra na scenach świata, piszą o niej w Japonii i w Paryżu (w Polsce najmniej), ale ta pasja okupiona jest brakiem rodziny i “dobrych pieniędzy”. Mam też kogoś, kto ma super pieniądze, a je tylko wieczorami, bo całymi dniami je zarabia,biedaczysko….

  13. Cześć Ewelino, to jakby o mnie:
    “Bo wiem jakie jest moje powołanie ale kompletnie jeszcze nie wiem jak je urzeczywistnić :) tak jakbym miała też taką szufladkę tylko bez tego cholernego :)) uchwytu…”

    pozdrawiam :)

  14. Kiedy zaczynałam pracować w szkole, myślałam, że młodzież jest pretekstem do tego, bym mogła przez “całe życie” gadać o swojej pasji–literaturze. A potem okazało się, że to literatura jest pretekstem, bym mogła ich spotkać (moich uczniów).

  15. ja w listopadzie zeszłego roku rozstałam się z korporacyjnym życiem ( po jakichś 12 latach). pierwsze cztery miesiące to jak odwyk totalny. Jak się już wyspałam to chciałam wracać. Zabawne, że do świata korporacji trafiłam kompletnym przypadkiem i nie zauważyłam jak mnie wciągnęło w tygiel. Było mi tam naprawdę dobrze. Byłam project menadzerem w niszowej cześci biznesu i moje ego miało tam jak w raju. Tylko cały czas zazdrościłam ludziom, którzy realizują się a nie tylko realizują plany i cele firmy w której pracują. Nie chodziło o slow life bo to już sobie zapewniłam wcześniej. Chodziło właściwie o to, że ja bym chciała robić coś kompletnie innego. Więc milion szkół, kursów potrzebnych do przebranżowienia się – część za mną a część przede mną. Coś tam zaczyna się wyłaniać ale nie ma to żadnych jeszcze nawet konturów. Nie mam tak, jak wiele osób, które rzuciły dotychczasowe życie bo zawsze marzyły o nurkowaniu albo odnawianiu mebli. Nie mam czegoś takiego a chciałabym :))) Narazie więc próbuję, szukam, eksperymentuję. Mieszam pasje (joga kundalini, astrologia, coaching) z tym co jest miłe (francuski, odnawianie mebli) szukając wspólnego mianownika. Mam dni, że najchętniej bym wróciła do tygla ale na szczęście mam też dni kiedy czytam wasze wpisy i sobie myślę, że warto, warto, warto być cierpliwym. Bo wiem jakie jest moje powołanie ale kompletnie jeszcze nie wiem jak je urzeczywistnić :) tak jakbym miała też taką szufladkę tylko bez tego cholernego :)) uchwytu…
    pzdr

  16. Kiedyś przeczytałem w książce Josepha Murphego, że jak coś jest nieskuteczne i nie daje nam satysfakcji z życia, warto zrobić coś innego, cokolwiek innego bo to da nam inne rezultaty od tych, które mamy teraz. Może być tak, że będzie to gorsze od tego co wcześniej mieliśmy ale może być też o wiele lepiej, czy nie warto spróbować? Pasja, to dla mnie słowo klucz do szczęśliwego życia. Sam się przekonałem o tym, że warto podążać za tym co się czuje, co daje spójność.

  17. w moim zawodzie czymś normalnym jest zarabianie dużych pieniędzy, jednocześnie zaharowywując się do granic wytrzymałości i równolegle twierdząc, że to jest dobry styl życia… resztki wolnego czasu poświeca się na konsumpcję albo drogie (odpowiednie) hobby… każdy kto podąża inną drogą jest troche na uboczu, jest tym przysłowiowym “frajerem”…Napatrzyłam się na to idąc pod prąd, ale płacąc za to swoją cenę i teraz boję się, że to o czym marzę w moim zawodzie jest mało realne… radość z pracy, w towarzystwie ludzi “rozwojowych i ekologicznych” czas na rodzinę i rozwój i do tego dobre pieniędze…chcę też mieć poczucie, że to co robie jest pożyteczne w takim znaczeniu, że nie tylko “do siebie i na siebie”, ale też “dla innych i do ludzi”…myślę już o tym bardzo długo, w między czasie długie zwolnienie lekarskie i teraz też jeszcze nie wystartowałam zawodowo, ale to kwestia kilku miesięcy…właściwie to CHYBA w zarysie wiem, jak mogłabym zrealizować te cele, ale czuje się troche tak, jakbym potrzebowała czegoś z szuflady, tylko że te szuflady nie mają uchwytów, więc jak mam to wyciagnąć…

  18. no i na mnie chyba juz pora, to znaczy czas najwyzszy zeby sie przyjrzec “co ja tutaj robie” pieniadze i przyzwyczajenie to nie wszystko, ale…zawsze strach, ze zmiana bedzie zmiana na gorsze

  19. po raz kolejny zagladam dzis na te strone,ale trudno mi odpowiedziec….mnie rowniez cos osobistego w tym temacie porusza.wybralam swoj zawod zgodnie z yciowym powolaniem,z najwazniejszymi wartosciami,nie mialam watpliwosci,serce mowilo:tak.
    a jednak po latach zgubialm radosc.
    zsastanawiam sie,dlaczego nie czuje sie spelniona,chociaz jestem tu gdzie zawsze chcialam byc.czego potzrebuje,zeby czuc suie znow szcesliwa z tym co robie?
    moze czas na coaching??????
    ;))))))))))))))))))))))

  20. No tak, poprosiłam o ten tekst, otrzymałam, ale nadal “nie wiem”. O co powinnam teraz poprosić o zrozumienie, oświecenie, a może o cierpliwość…? Jednak najbardziej kocham wspaniałe zbiegi okoliczności i przypadki…

  21. Poprosiłam o taki tekst i jest :) Dziękuję ! Wprawdzie nadal nie znam odpowiedzi, ale cos się dzieje, coś przymila się do mnie i mnie podszczypuje…jeszcze troche i złapie “to” za rękę …Mój mąż, który za moją namową zmienił jakiś czas temu pracę, powiedział mi ostatnio, że jest to pierwsza praca obok której, jak przejeżdza w czasie weekendu lub w czasie urlopu, to nie ściska go żołądku… Praca przyszła po niego sama, praca – pasja. Mnie nie ściska już nigdzie, ale nie chyta również za serce, wciąż to TYLKO praca…przez ostatnie lata wkładałam tak ogromny wysiłek w zdobycie uprawnień do jej wykonywania, że zapomniałam w jakim celu to robiłam… i tak uważam to za sukces, że po kilku miesięcznej przerwie doszłam jednak do wniosku, że chcę pracować w zawodzie, pytanie tylko w jaki sposób, gdzie i z kim, żeby chwyciło za serce… Moim celem jest to co pan Maciej napisał na wstępie o swoim stosunku do pracy-obowiązków…Mam jeszcze kilka miesięcy…

  22. Świetna metafora z pożarem. Myślę, że z powodzeniem można ją zastosować do zilustrowania martyrologii narodu Polskiego.

  23. “czasem zmiany długo nie przychodzą …może nie potrafimy zobaczyć ich zwiastunów, ignorujemy te zaproszenia, zachęty i szanse” A czasem mamy interes w braku zmiany. Bo wtedy np. można całym swoim życiem udowadniać, jak bardzo jest się skrzywdzonym przez matkę/ojca/dowolną inną osobę:)))

Komentarze są wyłączone.