klucznik

Klucznik – koan

Klucznik otwierał drzwi każdego ranka i każdego wieczoru wszystkie zamykał. Pierwsze z tabliczką „Smutek” były dębowe, stare. Do nich pasował wielki żeliwny klucz przypominający bardziej pogrzebacz niż precyzyjny przyrząd. Pokój za drzwiami był prosty. Drewniane łóżko, komoda, pęknięte lustro, dzbanek na wodę. Jedynym nowym przedmiotem był lep na muchy, do którego przyklei się zarodnik dmuchawca.

 

Drzwi drugie były białe. Wiodły do białego, pustego pokoju. Idealnie równe ściany jakiś majster musiał godzinami i gładzić i szlifować zanim pokrył je śnieżnobiałą farbą. Tabliczka na drzwiach nie budziła żadnych wątpliwości: „Bogactwo”. Zamek był rzecz jasna numeryczyny, z kodem zmienianym co kilka godzin. Klucznik na odczytanie wiadomości wyświetlanej na ekranie telefonu miał 15 sekund, po czym kod znikał.

 

Trzecie drzwi były metalowe, odrapane. Farba złuszczyła się już dawno temu i nawet tabliczkę ledwo można było odczytać: „Tęsknota” albo „Miernota” lub też „Ciemnota”. W każdym razie wyraźnie widoczna była tylko końcówka „nota” i pojedyncza litera e lub ę z przodu. W pomieszczeniu wilgotnym i zatęchłym leżały jakieś porzucone narzędzia, resztki rur, teczki z pożółkłymi dokumentami, skorodowane narzędzia – ot, opuszczony magazyn z niepotrzebnymi nikomu sprzętami. Zaskakiwał tylko fiołek w zdobnej doniczce obsypany małymi kwiatkami w rozkwicie. Kto o niego dbał? Kto go podlewał? Klucznik nie miał pojęcia. Wszak tylko on posiadał klucze. Ten akurat był żółtym, pasujący do rozchwianego zamka, typowym kluczykiem jakich używano do tysięcy podobnych zamków.

 

Czwarte drzwi prowadziły do spiżarni, w której na hakach nie wisiał słoniny i kiełbasy jak można się było spodziewać, nie było tam słojów z konfiturami i beczek z kapustą, lecz liny, linki i sznury, sparciałe cumy i zerwane hole, porwane sieci i splątane dratwy. Ponadto zamiast słoi i garnków stały tam dziurawe beczki, pęknięte wiadra i zardzewiałe konewki. Było tu jednak miło, gdyż w kiście lin i sznurów wplótł się bluszcz wyrastający z beczek i wiader.

Drzwi była tu niezliczona ilość. Do południa klucznik kolejne drzwi otwierał a potem, po krótkiej przerwie zamykał te, które otworzył najwcześniej, zaraz po świcie. I tak aż do wieczora, kiedy to zamknął ostatnie.

O nich też warto jeszcze opowiedzieć. Były identyczne jak pierwsze. Dębowe, z okuciami, stare. Co więcej – prowadziły do niemal identycznego pomieszczenia co pierwsze drzwi, z tymże pokój ten nie miał sufitu tylko gwiaździste niebo. Zawsze w nim panowała noc i granatowa głębia rozświetlona gwiazdami. Pokój nosił nazwę „Ostatniego” lub też „Ostatecznego”.

 

Klucznik nie lubił tu zaglądać, choć intrygował go widok nieba. Pewnego dnia, gdy zamykał pokój Ostatni lub Ostateczny ujrzał postać w cieniu. Nie był pewien czy jest to jego własne odbicie w lustrze, czy też istota osobna. Spytał więc, zakładając, że stoi przed nim klucznik, jak on:

­– Otwierasz drzwi pokoju Ostatecznego, czy zamykasz?

– Ja zamykam, ty otwierasz. Ja otwieram, ty zamykasz – odpowiedział drugi klucznik.

­– Na czym polega w takim razie różnica? – zdziwił się.

– Nie ma różnicy – odpowiedział drugi klucznik.

____________________________________

inne koany

starsze koany

____________________________________

zapraszamy do naszej księgarni

oraz na strony Instytutu Kognitywistyki

Klucznik – koan
4 (80%) 4 vote[s]

Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.