Kołczołan smutnego dziennikarza

Przejrzał gazety. W każdej te same wiadomości. Tylko kolejność inna. W Internecie podobnie. Włączył telewizyjne informacje. Może to przedłużająca się zima sprawie, że informacje mają dziwny posmak i kształt, jakby były z metalu i mydła – pomyślał. Przyszło mu do głowy, że świat nie jest ani sprawiedliwie, ani mądrze urządzony. Wiedza historyczna na niewiele się przydaje, gdyż prawdziwe fakty z życia społeczeństw ujawniane są wtedy, gdy już kompletnie nie obchodzą nowego pokolenia. Dla kogo dziś jest ważny papież Pius XII, albo decyzje Margaret Thatcher w sprawie wojny o Falklandy/Malwiny? Dla kilku historyków. Ale gdy cofniemy się jeszcze trochę wstecz wówczas nasza wiedza historyczna staje się jeszcze bardziej ogólna, ulotna, a przez to bez znaczenia. Nawet jeśli ktoś pamięta podstawowe fakty. A przecież ówczesne fakty wpływały na losy naszych dziadków i babć, czyli pośrednio na nasze życie! Zwłaszcza te ukrywane i zakłamane wówczas.

Swoja drogą, społeczeństwo jest traktowane prze władzę jak upośledzone – pomyślał. Nie wolno przed nim ujawniać prawdziwych negocjacji, a tym samym intencji władzy. Tajne specjalnego znaczenia oznacza, że kryje się pod tym hasłem jakaś informacja, która nie może być ujawniona, a jednak jest bardzo ważna, kolosalnie ważna, kluczowa! Jakże to!  Zatem akceptujemy fakt, że wiele spraw wydarza się w cieniu gabinetów, nieoficjalnie, z dala od oczu społeczeństwa. Czym jest zatem demokracja? Na jakich zasadach wybieramy władzę, jeśli nie znamy tych najważniejszych faktów o jej działaniu? Oczywiście znał argumenty: bezpieczeństwo, racja stanu, wrogie siły. Nie był naiwny, tym gorzej dla niego.

Miał do napisania: krótki, intersujący, zabawny artykuł o współczesnym katolicyzmie i Ameryce Południowej, jak mu powiedział redaktor naczelny. Bez historycznego nudziarstwa i żadnych sensacji, ciekawostki owszem, mile widziane. Ciekawostki! Wiele osób piszących, dziennikarzy, osób rozpoznawalnych medialnie, czyli tak zwanych opiniotwórczych znalazło się pomiędzy cenzurą i autocenzurą – pomyślał. Autocenzura jest skuteczniejsza, to wiedza o tym: co przejdzie, a co nie. Cenzura, choć oficjalnie jej nie ma, to informacja: co puszczą a czego nie, każdy naczelny o tym wie. Najgorsza jest jednak cenzura wynikająca z paradygmatu. Parę lat temu Polscy posłowie Jurek i Kamiński oraz redaktor Wołek oddali cześć generałowi Pinochetowi, dyktatorowi Chile, za obronę praw człowieka, walkę o wolność!!! Cenzura paradygmatu to ograniczona wizja świata i definicja tego, co uznajemy za dobre i złe, to obraz tunelowego widzenia rzeczywistości – uznał. Dlatego tak łatwo można manipulować opinią publiczną, wystarczy trzymać się w granicach przyzwoitości i poprawności, reszta to kwestia mody, tematu, który jest na topie.

W takim pesymistycznym nastroju przeglądał notatki do zamówionego artykułu, który powinien napisać w ciągu tygodnia. Kiedy upijał ostatni łyk kawy wpadł mu do ręki cytat ze Stanisława Lema: Kryterium zdrowego rozsądku nie jest do historii ludzkiej stosowalne. Czy Averroes, Kant, Sokrates, Newton, Voltaire uwierzyliby, że w wieku dwudziestym plagą miast, trucicielem płuc, masowym mordercą, przedmiotem kultu stanie się blaszany wózek na kółkach? I że ludzie będą woleli ginąć w nim, roztrzaskiwani podczas masowych weekendowych wyjazdów, aniżeli siedzieć cało w domu?

A po chwli znalazł jeszcze jeden cytat, też Lema z powieści Solaris: Człowiek może ogarnąć tak niewiele rzeczy naraz; widzimy tylko to, co dzieje się przed nami, tu i teraz; unaocznienie sobie równoczesnej mnogości procesów, jakkolwiek związanych ze sobą, jakkolwiek się nawet uzupełniających, przekracza jego możliwości. Doświadczamy tego nawet wobec zjawisk względnie prostych. Los jednego człowieka może znaczyć wiele, los kilkuset trudno jest objąć, ale dzieje tysiąca, miliona nie znaczą w gruncie rzeczy nic.

Przeczytał zdanie Lema na głos i to przyniosło mu nieoczekiwaną ulgę. Dopił kawę i zabrał się do pisania artykułu.

Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. A może inaczej…
    Człowiekowi jak tlenu trzeba przytomności umysłu, przebudzenia, kontrsugestywności zamiast ślepego pędu za tłumem. Wtedy istnieje większe prawdopodobieństwo, że do takich zdarzeń jak śmierć Kitty Genovese, kiedy wszyscy patrzą i nikt nie reaguje, nie będzie dochodziło. Mądrość pokoleń zawarta w przytomnej świadomości powstrzyma przed bezprawym okrucieństwem jak zabójstwo Gertrudy Komorowskiej.
    Człowiek wybudzony to nie ten, który nie śpi, czuwa 100% jak kontroler i w pewnym momencie pada na twarz. Przebudzenie to siła zareagowania zdrowym rozsądkiem, wskoczenie naprędce do samochodu do gorączkującego dziecka własnym samochodem po godzinach lekarskiej pracy, to myśl i w ślad za nią czyn – niosący pomoc, ratujący życie, porządkujący chaos informacyjny, reflektujący wśród trudnego grafiku i związanego z nim przemęczenia materiału.
    Pośpiech poniża, a trudno dzisiaj od niego odgrodzić swój świat przeżyć. By zadbać o serce, oddech, dietę a zdrowe ciało to zdrowy duch.
    Ciało to nasz wehikuł, którego komórki pamiętają każdą dobra jakość i krzywdę nam/sobie zadaną. Wehikuł kosmiczny.

  2. Och bardzo trafne Margo. Bardzo trafne :-) i zgodne z Lewinem, Laingiem i tym, jak po prostu jest.

    Nawet jeśli inni robią swoje nakładki na nasz wpływ, próbują to działanie zmienić, doradzić, znieksztalcają go subiektywną racją, prawdą, światopoglądem, oceną to tylko am człowiek się kształtuje i zostaje z tym sam wobec siebie albo wchodzą w półświadomy układ kat-ofiara, czy też „niezależny” brutalny, seksualny układ, z którego nie mogą się za nic wyplątać z utratą siebie lub swojego życia…
    Każdy ma swoją wolną wolę, jeśli życie mu to zabiera albo nie czuje jej, to to jest już odebranie godności.

  3. Dla Dzo – ann
    A kiedy mamy troche wiecej niz 20 lat to zaczynamy obserwowac zjawisko podobne do kamyka wrzuconego na wode. Wokol niego pomalu tworza sie kregi ktore zmieniaja tafle wody . Wplywajac na siebie wplywamy rowniez na otoczenie i ” w tym szalenstwie jest jakas metoda” Pozdrawiam cieplo :-)

  4. Te prawa życia: prawo pięści i silniejszego, ustanawiania i deponowania w swoich rękach władzy, od wiek wieków ludzi ceniących dobro i pomaganie innym określały wariatami. Wariat, idiota, taki właśnie gorszy ktoś do wycyckania, do wyzyskania, zrobienia go na szaro. Najlepiej niech nie wie, mało wie, mało może. Niech żyje w biedzie, daje się wykorzystywać, manipulować dla celów politycznych. Potem spłonie na stosie, ukamienuje się go jak będzie niewygodny, uciszy.
    Silny stoi na straży, bije i upokarza rodzinę i ludzi, gwałci psychicznie, mentalnie, seksualnie rodzinę – głównie, bo ta będzie siedziała cicho i się nie poskarży na chlebodawcę. Albo tylko „sieje” strach, podjudza, donosi, grozi co jakiś czas. Ma siłę, więc ma wszystko w szachu. Nikt mu lub jej (czasem są i one) nie podskoczy.

    Gdy mamy po dwadzieścia lat, wierzymy, że świat można zmienić. Że mamy siłę by góry przenosić. W przypływie energii życia. Jedyne na co mamy stuprocentowy wpływ to na siebie i swoje pole działania.

    I na język, gdy krzyczymy za kimś „wariat”.

    Lepiej mówić tak w kontekście pozytywnego wielobarwnego szaleństwa. Twórczego :) wesołego teatralnego potencjału. W sytuacjach flirtu z partnerem ;-)

Komentarze są wyłączone.