Konkurs literacki – edycja majowa rozstrzygnięty!

Mieliśmy tym razem z Karolcią nie lada zagwozdkę. Wiele historii ściskało nas za serce, wzruszało i przez wiele godzin, a nawet dni dyskutowaliśmy o nich. Mamy nadzieję, że tak będzie również z wami. Co wybrać? Jak tu nagradzać ludzkie drogi, spotkania i wybory? W końcu doszliśmy do wniosku, że przecież nasz konkurs nie jest jakimś funduszem loteryjnym, który trzeba zgłosić do ministerstwa skarbu, ale spotkaniem właśnie, dialogiem, inspiracją, coachingiem. Dlatego postanowiliśmy w maju wyróżnić trzy opowieści/spotkania i jednemu nadać zaszczytną palmę  pierwszeństwa w naszym sercu.

Wszystkim, którzy tak licznie nadesłali swoje opowieści serdecznie dziękujemy, dziękujemy i raz jeszcze dziękujemy.Wspaniałe dary. Dla coacha największym darem jest opowieść jego klienta.  Karolcia całkiem już porzuciła lektury szkolne na rzecz waszych opowieści :) i dobrze :)

Piszcie, piszcie i piszcie. Można również dzielić się kołczołanami.

Zapraszamy do edycji czerwcowej!!!

  • Opowieść pierwsza, nagrodzona książką. Gratulacje dla A. Sz !!!!

Czekamy na zgodę autorki na opublikowanie jej tekstu.

  • Nagroda dodatkowa dla Hanny Łucji;

przesyłamy w prezencie całkiem fajny notes firmowy Norman Benett

Opowieść wigilijna

„Boże Narodzenie”

Opowiem Wam, jak się kiedyś zdziwiłam, ale to bardzo. Zdziwiłam się, bo nie znałam siebie i matki, choć myślałam, że znam całą prawdę o nas.

Żarłam się z matką ciągle, o wszystko. Ona była strasznie skupiona na swoich problemach z facetem. Ja na sobie. My dwie razem w domu to było często piekiełko. Zero przebaczenia, robiłam jej w kółko na złość. Cholernie trudno dorastałam, jakbym chorowała psychicznie. Teraz jestem już zdrowa, ale pamiętam o tamtych czasach. Myślę czasem, czy to byłam ja. Mieszkaliśmy wtedy przy ulicy Narutowicza, niedaleko Parku Staszica. To było dość fajne miejsce na ziemi. Mimo wszystko.

Wigilia 87 rok. Żeby nie pomagać matce i żeby nie być z nią zbyt długo wymknęłam się z domu, kupiłam fajki. Było bardzo zimno, padał śnieg. Powłóczyłam się po parku, wypaliłam kilka papierosów. Kilka razy obeszłam znane mi miejsca, miałam nadzieję, że spotkam kogoś znajomego. Ale całe frajerstwo pomagało mamusiom. Przemarzłam cholernie, ale jeszcze zwlekałam z powrotem do domu. Wolałam się pomęczyć. Wtedy zobaczyłam dziada, biedaka, który grzebał w śmietniku. Przystanęłam obok, w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Nie wiem, czy było mi go żal. Przyglądałam mu się przez chwilę z nudów, potem wyciągnęłam kolejną fajkę. Czułam się strasznie ważniarsko. Zapaliłam i ruszyłam przed siebie. Coś mnie jednak tknęło. Odwróciłam się i już wiedziałam, jaką zrobię jej niespodziankę. Ale się wścieknie – myślałam z satysfakcją – chociaż pewnie będzie rżnęła dobrodziejkę. Ale wścieknie się totalnie. Albo może nie wpuści go w ogóle, kto wie, wtedy będę miała świadka, jaka jest niedobra. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Zagadałam do dziadka i zaprosiłam go na Wigilię. Śmierdział strasznie.

Mimo wszystko powiedziałam, żeby przypadkiem nie wychlapał się z tym, że palę. Śmieszne, no nie. Powtórzyłam mu to ze trzy razy, bo sprawiał wrażenie, że nie jest dość skoncentrowany. Poszliśmy na czwarte piętro po schodach, nie dałabym rady wytrzymać z nim w windzie. Puściłabym pawia i cały plan wziąłby w łeb-musiałam trzymać fason. Dziadek szedł pieruńsko wolno. Wydaje mi się, przypomina mi się – a może to wymyśliłam, już nie wiem sama – że zerkał na mnie, a ja omijałam ten wzrok… patrzyłam na jego buty, czy podnoszą się na kolejny stopień. Zapukałam do drzwi.Oczywiście otworzyła mi dopiero po dłuższej chwili, pomyślałam, że robi to na złość i jeszcze bardziej ucieszyłam się ze swojego pomysłu. Kiedy stanęła w drzwiach i otworzyła szeroko zdziwione oczy już wiedziałam, że to ja jestem górą. Jej czas mijał.

– Może to Jezus w przebraniu? – powiedziałam uroczyście, powstrzymując się, żeby nie parsknąć śmiechem. -Wiesz, to dla niego będzie to dodatkowe nakrycie. Pamiętasz? Dziś jest Wigilia- dodałam hardo. Ale wyszło trochę sztucznie.

Spuściła oczy. Przestałam na jakiś czas istnieć. Zaprosiła go ze smutnym uśmiechem do środka, za nic nie chciał przekroczyć progu pokoju. Zgodził się tylko usiąść w przedpokoju na szafce z butami. Po mieszkaniu rozchodził się smród jego ubrania i ciała, jakby niewidzialna trucizna tego domu materializowała się. Moja mama pochylała się nad nim szczerze wstrząśnięta, widziałam, jak drżały jej usta, walczyła z płaczem. Poczułam się trochę głupio. Nie tak miało być. Usiadłam bez słowa przy stole, nie powiedziałam ani słowa, nie zrobiłam nic. Patrzyłam na nią jak podaje mu talerz z zupą, pomaga trzymać łyżkę. Wyciera chusteczką jego twarz, bo nie zawsze udawało mu się wcelować do ust. Pewnie ręce skostniały mu z zimna.

Mnie tak nie karmi. Nawet mnie nie zauważa.Patrzyłam, jak wkłada mu do słoików jedzenie, zakręca mocno, starannie owija w gazety. Nie spieszyła się, nie chciała się go pozbyć. Powoli pakowała do toreb różne smakołyki. O mnie się tak nie troszczy. On siedział sobie spokojnie i nierozumiejąco patrzył na naszą choinkę, na światełka.Wyglądało na to, jakby tylko mnie toczył jego fetor. Rozbolała mnie głowa i było mi niedobrze.Chciałam, żeby już sobie poszedł, już wystarczy. Ale mama wypytała go jeszcze o rodzinę i spisała jakiś adres. Dziadek podziękował w końcu i zapragnął wyjść.

-Pomożesz mu zanieść to do domu? -spytała. Cicho spytała.

Zgłupiałam na chwilę, ale wyszłam za nim bez słowa. Szliśmy milcząc, on przodem, ja tachałam jego prezenty paląc papierosa. Raz, czy dwa zatrzymał się po drodze przy koszach. Pewnie nie mógł się powstrzymać.Dwie przecznice dalej wskazał na jakiś dom, podałam torbę z jedzeniem, odwrócił się i odszedł. Wesołych Świąt.

Czułam się fatalnie, jak morderca. Matkobójczyni, albo coś równie cholernego. Kiedy wróciłam, mama była spokojna. Już wietrzyła mieszkanie, ale w tle wciąż jeszcze dało się wyczuć naszego gościa. Poszłam do swojego pokoju, schowałam twarz w poduszkę i płakałam, strasznie płakałam, wyłam z żalu, ze wstydu, z miłości do niej. Następnego dnia było Boże Narodzenie. I moje trochę też. Nic nie było już takie jak przedtem. Zobaczyłam w niej człowieka, a potem ten człowiek zaczął rodzić się we mnie. Czułam się tak, jakbym powoli wracała z daleka do siebie, bardzo, bardzo zmęczona. Ale musiało minąć jeszcze wiele lat, żebym umiała to nazwać.

the end

Wiem, ze przegięłam z rozmiarem tekstu, ale  napisałam to wiele, wiele lat temu i w takiej formie chciałam zostawić. Wiem, ze są zasady konkursu, ale moja historia sprzed 25 lat wymagała właśnie tylu słów. Pozdrawiam!!

  • Nagroda dodatkowa dla Justine; gratulacje !!! Tobie również przesyłamy w prezencie całkiem fajny notes firmowy Norman Benett. Wszystkiego dobrego dla ciebie i twojej córeczki! Ściskamy was.

Napisałam ten tekst kilka miesięcy temu i nadal jest on aktualny i nadal czekam. Myślę, że nadszedł czas, bym go tu zamieściła. Lekarze nadal nie wiedzą, co jest przyczyną choroby mojej córki…
Budzę się. Czuję małą dłoń leżącą na mojej dłoni. Gładzi mnie, dotyka. Próbuje podnieść moją leżącą spokojnie rękę. Otwieram oczy. Jej duże, piękne, czarne źrenice patrzą radośnie na mnie. Uśmiecha się. Siłą swojego spojrzenia podnosi moje ociężałe ciało. Tu. Teraz. Ciche – tititi… Budzi się we mnie słońce, wschodzi, wzrasta i promienieje na mojej twarzy. Łąki zaczynają kwitnąć. Szumią łany zbóż. Czy to sikory tak pięknie śpiewają? Bum-bum, bum-bum – kroki mojego serca podążają. Do Ciebie, przy Tobie z Tobą. Wtulasz się we mnie. Ciepło rączek, policzków otula mnie. Patrzymy przez okno na biały śnieg, który przykrył chłodny styczniowy poranek. Gdy tak jesteśmy tu razem, dziś bliższa jestem nadziei, że za parę lat porozmawiasz ze mną, przejdziesz samodzielnie kilka kroków, a może już wtedy będziesz biegać? A potem usiądziemy na ławce przed domem i głośno będziemy się śmiały i poczujemy silne ciepło swoich dłoni. I nikt już mnie wtedy nie zapyta o nic. Dziś wiem, że to doświadczenie ma sens, ma sens. Córeczko!

Konkurs literacki – edycja majowa rozstrzygnięty!
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

4 komentarzy

  1. Kiedy byłam na terapii rodzinnej metodą Hellingera, okazało się że dla wielu z nas żebracy mieli znaczenie w ich historiach rodzinnych, bo oni reprezentowali tych członków rodziny, którzy domagali się od nas “wyrównania” (w kodzie hellingerowskim znaczy to–uwagi, uznania, szacunku). Ja spotykałam żebraków co rusz, podchodzili do mnie, zaczepiali, prosili. Dziwiło mnie to, że nie mam odruchu zdenerwowania, że znowu “ktoś czegoś ode mnie chce” , a wręcz z radością rozdzielałam miedzy nich pieniążki. Terapeuta zinterpretował to tak, że w ten sposób symbolicznie (ale i skutecznie) pomagamy swoim “zaniedbanym” członkom rodziny, ale też tym konkretnym ludziom żebrzącym. I to nie dlatego, że dajemy im parę złotych, ale że widzimy w nich swoich bliskich i z radością witamy, oni są przyzwyczajeni raczej do odruchu niechęci i jakby zamknięci w tym stereotypie. A tak mogą zobaczyć siebie poza tym schematem—jak osobę drogą, nie żebraczą.

  2. Do Justine: trzeba chodzić, pytać i szukać. Często na naszej drodze pojawia się ktoś kto wie co zrobić tylko trzeba go posłuchać. Najwięksi profesorowie są tylko ludźmi, ludzie są omylni lub czasem zatracają spostrzegawczość. Wszystko jest względne. w tym roku w tvn występowała dziewczyna, którą lekarze źle zdiagnozowali, Wylądowała na wózku i miała być roślinką. Młoda pani doktor postawiła zaskakującą diagnozę wbrew wszelakim autorytetom. Dziewczyna wraca do zdrowia:) Moją mamę i mnie lekarze usilnie chcieli leczyć z depresji, dzięki artykułowi z gazety zdiagnozowałyśmy u siebie niedoczynność tarczycy. Wystarczyło jedno badanie by postawić nas na nogi. Trzymam kciuki za was dziewczyny :)

  3. Piekne!!!!ja sie wzruszylam;))))

  4. Super:) Czekam na tekst pierwszy :)

Komentarze są wyłączone.