Konkurs literacki – edycja wrześniowa

Wrześniowe kartki wyrwane z kalendarza, dziękuję za wszystkie nadesłane historie o sekundzie zmieniającej lata, a może i życie całe. Były i metafory, było też intymnie, a i od melancholii do euforii jury się przenosiło.

Ciekawy nowych opowieści w październiku ogłaszam zwycięzcę edycji wrześniowej – Piotra.

Piotr podzielił się sekundą sprzed 10 lat: 

Sekunda, ławka i Pan od Jezusa taka sobie histo – ryjka

Jest w Pile pewien natchniony Pan, który napotkanym ludziom często opowiada o wartościach, o Jezusie – teraz patrzę już na niego innymi oczami – dla innych jest oszołomem. Ale do początku .. był bardzo słotny jesienny dzień 10 lat temu. Pokłóciłem się z moją żoną potwornie i wydawało mi się, ze po raz ostatni. Spakowałem swoje rzeczy, zły, smutny, zalękniony  pomaszerowałem na dworzec. Chciałem opuścić ją i córkę ( miała wtedy 2 lata) całe to życie … po prostu wyjechać. Kupiłem bilet .. ale było jeszcze trochę czasu więc poszedłem usiąść sobie do parku nad rzeką, było mi ciężko ze sobą, z decyzją pomyślałem, że skoro to są w moim życiu jakieś rozstajne drogi –  to potrzebuję znaku, czegokolwiek co podpowie mi co robić. Nagle w moim polu widzenia pojawił się Pan od Jezusa :) – wtedy po raz pierwszy, podszedł do mnie i powiedział : Chłopie – nie rób tego , daj spokój wróć do rodziny napewno na Ciebie czekają i przyjmą Cię z radościa – !!! to był dla mnie szok  – skąd on wie przecież mnie nie zna ! po prostu podszedł i powiedział coś czego nie miał prawa powiedzieć i wiedzieć. Usiadł obok mnie i chwilę pomilczał. Potem wstał i poszedł jakby nigdy nic. Jakby był narzędziem w czyichś niewidzialnych rękach, jakby na moje pytanie jakiś większy nie zrozumiałby dla mnie byt po prostu dał odpowiedź za pośrednictwem jego ust, jego postawy,  wzroku i obecności. Wróciłem do domu – mamy teraz dwójkę dzieci Jakub i Eliza – a Pana od Jezusa lubię czasem posłuchać choć wierzący nie jestem:)

Konkurs literacki – edycja wrześniowa
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. PS wybaczcie te tasiemcowe wpisy, ale wygłodniałam wielce bo pisałam ostatnio ręcznie w ciasnym pokoiku z karaluchami i mrówkami ;-) więc teraz serce się cieszy kiedy widzi jak literki spływają na monitor ;-)

  2. Piękna historia! Znaki, znaki, znaki. Wystarczy chcieć je widzieć i słyszeć.
    Pamiętam jak to było ze mną w styczniu, kiedy pierwszy raz odwiedziłam Indie i aszram Janglidasa Maharaj. Oj walczyłam ze wszystkim….

    Nie poddawałam się… I to był mój błąd. Walczyłam sama z sobą, z ciałem, które odmówiło przyjmowania pokarmu, z mięśniami, które pulsowały przy każdym minimalnym ruchu ( a przecież ja TYLKO medytowałam po parę godzin dziennie…), z umysłem, który zasypywał starymi schematami i myślami z epoki kiedy wszystko w moim życiu było czarne. Walczyłam też z tym, co oferował Janglidas. A dawał siebie, swoją milczącą Obecność. W jego oczach można zatracić się bez reszty i pływać z ufnością po nieskończoności jego uważności wypełnionej po brzegi bezwarunkową miłością. A ja? Ciągle stawiałam pytania, które pozostawały bez odpowiedzi bo nie potrafiłam słuchać. Kwestionowałam wszystko, każde zalecenie, które miało mi rzekomo pomóc… Aż przyszedł dzień w którym opór stał się bezsensowny. To było w świątyni, w czasie śpiewania badżanów o 7.00 (duchowe pieśni pochwalne). Ogarnęło mnie niezwykłe wzruszenie i towarzyszyło do końca dnia. Łzy płynęły przedziwnie z moich oczu, raz z jednego oka środkiem, potem z drugiego kącikiem spływały strumienie, po chwili dwa wodospady kończyły żywot na białej sukni. I płacz oczyszczał najstarsze fundamenty i wpuszczał tam nieśmiałe przebłyski światła. Kiedy wyszłam ze świątyni zapłakana i dużo lżejsza, mój wzrok napotkał starą Hinduskę. Popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się, pokazała ręką słońce dumnie jaśniejące na niebie i powiedziała coś w swoim języku. I nie trzeba było tłumacza, bo tu serce do serca zdawało się mówić: „Dziecko, nie martw się, nie warto już płakać, zobacz jaki piękny nowy dzień się zaczyna”.
    Tego wczesnego styczniowego poranka coś we mnie pękło, rozłożyłam ręce i poddałam się czemuś czego nie rozumiem, ale wiem, że jest.

    I dziś znaków więcej. Ot ostatni przedziwny… akurat przeprowadzam się po raz kolejny tego roku do nowego mieszkania. Lęk czy dam radę sama, finansowo stać mnie na nie, ale na dwa miesiące… No i jednego dnia kiedy tak rozmyślam o tych finansach znajduję 50groszy a krok dalej 20 groszy. Wczoraj zaś przyjaciółka doniosła mi radośnie, że ostatnia wygrana w totka padła na mojej nowej ulicy! No i jak tu nie ufać? ;-)

  3. Anioł stróż. Pamiętam, jeszcze z czasów akademickich, kiedy znany przez wszystkich bywalec dziedzińca akademickiego – Henio schizofrenik podszedł do mnie i pocieszył po rozstaniu z wieloletnim facetem. Byłam w życiowym dołku. Zwyczajnie usiadł koło mnie i powiedział: nie wariuj mała, nie warto. Zobaczył moje oczy przez okulary przeciwsłoneczne, domyślił się? :)

  4. Piotrze,chyba jeszce wiekszym cudem bylo to,ze potrafiles wysluchac tego,uwierzyc i zrobic wbrew wszystkiemu to ,co zrobiles.

  5. Czasem inni wiedzą o nas więcej niż my sami:)

Komentarze są wyłączone.