7. Kosmici

Po wydarzeniach ostatnich dni Bodzi nie zdziwiłoby nawet lądowanie kosmitów na cyplu wbijającym się w jezioro Mokre. Co za dziwne wczasy? Pusto, deszczowo, w pewnym sensie kameralnie. Kameralnie, czyli intymnie, czyli dziwacznie, czyli kosmicznie. Pan Henryk, kierownik ośrodka, zabrał ją z resztą do kina w Domu Kultury w Kłocymiu na film science – fiction, gatunek, którego Bodzia nie tyle, że nie lubi, co nie rozumie. W tym czasie pustego ośrodka pilnował w imieniu kierownika kocur Łoskot i pan Matuszewski, zaś towarzyszyła im Gosia, koleżanka Bodzi, od dwóch dni i jednej nocy zakochana w panu Matuszewskim. Szesnastolatka, dwudziestolatka, trzydziestodwulatka, to można jeszcze zrozumieć, ale stara baba? Za rączkę ze starym dziadem, który nawet w deszczu nosi sandały? Sandały są czasami nawet seksy ale nie razem ze skarpetkami. W dodatku skarpetki we wzorki. I jeszcze ta wyprasowana kamizelka: ni to wędkarska, ni to Indiany Jonesa z Kłocymia, ni to zdjęta z manekina w sklepie z odzieżą roboczą. Kamizelka, która mogłaby samodzielnie chodzić po bazarku z torbą na zakupy i udawać emeryta. Kamizelka, nierozłączny element tożsamości Polaka po pięćdziesiątce, oprócz wąsów i brzucha. Kamizelka: monstrum z wypchanymi kieszeniami, pełna tajemniczych zakamarków, zamków, przegródek i schowków, w których zmieści się i dowód osobisty, i klej do protez, i tabletki na zgagę, i prezerwatywa. Na co panu Matuszewskiemu prezerwatywa? Jego zdaniem to najlepsza ochrona w razie potrzeby. W razie jakiej potrzeby? Gdy na przykład skaleczy się w palec a do jodyny będzie daleko. Niech tam, niech miłość z kamizelkowym potworem trwa, najwyżej do końca urlopu straci koleżankę.

Na filmie wszystko było zdaniem Bodzi potwornie przewidywalne. Nie to co w życiu, gdy  rzeczywiście lądują kosmici i trzeba coś powiedzieć, przedstawić się, coś zrobić, jakoś się zaprezentować rzecz jasna od najlepszej strony, żeby nie było wstydu. Wrócili z kina z panem Henrykiem już po zmroku. Gosi i pana Matuszewskiego nie było, co bardzo zirytowała kierownika, choć na posterunku pozostał Łoskot usadowiwszy się na daszku węzła sanitarnego, czyli toalety. Można było rozpoznać jego obecność po blasku oczu, zupełnie jakby był kosmitą. Zdenerwowanie pana Henryka równie szybko minęło co wzrosło, czyli wykonało parabolę a nawet sinusoidę, gdyż pojawił się nowy powód do zdenerwowania niemniej irytujący – na cyplu wbijającym się w jezioro Mokre rzeczywiście wylądowali kosmici. Można ich było rozpoznać po fluorescencyjnym, nadzwyczaj jaskrawym świetle, które podobnie jak zdenerwowanie pana Henryka wykonało parabolę: gwałtownie rozbłysło i zgasło.

– A co wy tutaj robicie? – zapytał pan Henryk stanowczym głosem, w ręku trzymając wielką latarkę, nieodłączny atrybut władzy. Wziął oddech i dodał, nie wiedzieć czemu sam sobie świecąc w oczy zamiast oświetlać ciemność, w której znajdowali się kosmici: -To jest  teren prywatny a właściwie dzierżawiony, tak czy siak, prywatny czy dzierżawiony, jaki by nie był, należy do PAPUGI i przebywać tutaj nie wolno!

– Do papugi? – zachichotał głos kosmity – my jesteśmy wielkimi przyjaciółmi papug.

– Przedsiębiorstwo Automatyzacji Produkcji i Utylizacji Gruntów Asfaltowych w skrócie PAPUGA. A konkretnie Ośrodek Wypoczynkowy PAPUGI w Dolinie Górnej nad jeziorem Mokrym. Osobom obcym wstęp wzbroniony! – stwierdził rzeczowo pan Henryk. –

– W takim razie nie powinno się tego odmieniać: papugi, papudze, papugą, papugami, bo to mylące jest – stwierdził kosmita wciąż ukryty w ciemności – powinna to być zawsze nieodmienna: PAPUGA. Weszliśmy na teren PAPUGA, Ośrodek Wypoczynkowy PAPUGA, nie ma wolnych miejsc w PAPUGA, obcym wstęp wzbroniony na teren PAPUGA, pomost jest własnością PAPUGA.

– Co to? Co mi pan? Co mi pan tu będzie papuga, papuga, popugom papugował? Coście za jedni? Dokumenty proszę! – zdenerwował się nie na żarty pan Henryk.

Wówczas z ciemności wyłoniła się czarna postać i zaczęła poruszać się dziwnym rozkołysanym krokiem w jego stronę, trochę jak robot, trochę jakby ruchem dwunogiej stonogi. W blasku latarki lśnił czarno-fioletowy hełm na szczycie czarno-fioletowego skafandra. W ślad za pierwszym ruszył drugi czerwono-srebrny. Poruszał się jednak szybciej, jakby zwinniej od pierwszego i w jednej chwili zrównał się z tamtym.

 – Dokumenty proszę! – powtórzył Henryk łamiącym się głosem nie mając pomysłu na inne zdyscyplinowanie bezceremonialnie napierających kosmitów. Zdenerwowanie kierownika akcentowała latarka, która z funkcji autooślepiania przeszła w tryb gwałtownego drgania, w końcu zgasła, znów zaświeciła się i konsekwentnie oślepiła właściciela, jakby żyła własnym życiem. Głos kosmity jednak zignorował wypowiedź pana Henryka:

– Kogóż to ja widzę, kto się tam z tyłu chowa? Pani Bodzia? Bożydara? Na całe szczęście, wiec jednak dobrze trafiliśmy!

Bożydara wysunęła się nieco do przodu lecz pan Henryk nie pozwolił jej przekroczyć bezpiecznej linii swego ciała zatrzymując ją ręką.

– Dokumenty proszę! – powtórzyła Bodzia, wspierając tym samym swego obrońcę i gospodarza PAPUGA, po czym nienaturalnie wysokim głosem krzyknęła: – gdzie jest Gosia, coście jej zrobili!

– I pan Matuszewski! – dodał kierownik.

– I pan Matuszewski! – powtórzyła Bodzia.

– Pani Bodziu, nikogo tu nie było, tylko wielki rudy kot. Raczej ten kot mógł nam coś zrobić, tak na nas łypał i nawet raz prychnął. Może ten kot pożarł pani koleżankę i tego pana Matuszewskiego?

-Dosyć żartów! Dokumenty proszę! – powtórzył kierownik zachrypniętym z nerwów głosem.

-To ja, nie poznaje pani? – odezwał się kosmita znów ignorując kierownika.

– Jaki ja? – Bodzia spytała nieufnie.

– No ja, Łasabi, pani kolega z pracy.

– Łasabi jest teraz dobre 1 600 kilometrów stąd, w Chorwacji. Tak się składa, że dwa dni temu przysłał mi esemesa. Poza tym Łasabi nie ubiera się w dziwaczne skafandry. Dokumenty proszę!

Kosmita poruszył się gwałtownie co natychmiast odbiło się na aktywności latarki w rękach pana Henryka i ściągnął czarno-fioletowy hełm po czym dziwnym, kaczkowatym krokiem zbliżył się jeszcze bardziej.

– Jezus Maria! Łasabi! – wykrzyknęła Bodzia. – Co oni ci zrobili !?

– Nic takiego, pani Bodziu, pędzę do pani od osiemnastu godzin non stop. Dlatego trochę bolą mnie, no wie pani, męskie części i tyłek. Nienawykły jestem do tak długiego siedzenia na siodełku. A to jest mój nowy znajomy: Zlatan, urodzony motocyklista – kosmita wskazał ręką na czerwono-srebrnego kosmitę, który także ściągnął hełm, potrząsnął długą blond grzywą i wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Wystarczyło mu tylko raz powiedzieć, że ukochana w Polsce czeka i jesteśmy – dodał Łasabi, po czym wskazał miejsce w ciemności, z którego przyszli – kawasaki ninja, najszybszy ścigacz w swojej klasie.

7. Kosmici
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. @ad :-)

  2. Czy to już kolejna powieść realistyczno-magiczna, Panie Macieju?

  3. Też nie mogę się doczekać następnego odcinka ;) Świetnie piszesz!

  4. cdn???;))))))))))))))))

  5. No tak w nocy to różne dziwne rzeczy się widzi :) No ciekawam co to będzie Henryczek kontra Łasabii , będzie emocjonująco :)

Komentarze są wyłączone.