Książki…

książki z dzieciństwa...
książki z dzieciństwa…

Wrócę jeszcze do mediów ale teraz o książkach. Moda fejsbukowa czasem przynosi pożytki i dobrze. Znakomicie. Czas na książki. Na moim blogu o książkach zawsze było wiele. Pisałem już swoje osobiste listy, ulubione tytułu [nie lubię słowa rankingi w kwestii książek]. W każdym momencie życia wybór ulubionej listy książek będzie jednak inny, co innego czytam zimą, co innego latem :) Z rzadka znajduję czas na beletrystkę choć ostatnio częściej. Wpadam od czasu do czasu do mojej ulubionej księgarni w Zambrowie i kupuję kilkanaście książek. Najczęściej jednak wybieram przez internet. Ważna jest chwila, nastrój i pamięć. Książki to nasza przeszłość lecz i przyszłość. Ktoś napisał na FB, że nieprzeczytana książka na półce jest jak nierozpakowany prezent pod choinką. Mam sporą bibliotekę.Trzy razy ją odbudowywałem po życiowych zgliszczach.  Czytam szybko, zwłaszcza książki zawodowe, związane z wiedzą, po jakimś czasie do nich wracam, do pojedynczych motywów, modeli, rozdziałów. Inaczej z prozą, tę czytam wolniej, dla przyjemności, chyba, że jest to dziewiąty czy dziesiąty tom z niezliczonych tomów sagi George’a R. R. Martina, wtedy szybciej, gdyż nic już nie może mnie zaskoczyć, wiadomo, że zginie kolejny, ulubiony bohater. Dziś moich dziesięć znaczących książek, począwszy od dnia kiedy pierwszy raz przeczytałem samodzielnie jakiś tom, stworzy następującą listę:

 

Józefa Kraszewskiego Stara baśń, która wywarła na mnie ogromne wrażenie w dzieciństwie, z pewnością dla tego, że obszerne fragmenty czytała mi matka, na wakacjach, w lesie dość dzikim, na brzegu odludnego jeziora. Miałem wówczas wrażenie, że zaraz spomiędzy drzew wyjadą na koniach słowiańscy wojowie. Długo jednak nie czytałem samodzielnie. Telewizja zaczynała odbierać rozum mojemu pokoleniu i stała się narkotykiem strasznym. Szkoła w zasadzie pogłębiała najróżniejsze wczesnodziecięce fobie i opory. Szkoła pełna przemocy, z nauczycielami, którzy się do tej presji i przemocy dokładali, raczej potęgując nawyki lękowe, niż zachęty do czytania, kreatywności czy wyobraźni. Reżimowi wodzowie późno zrozumieli potęgę medium telewizyjnego. Powinni byli zamiast integrować naród wokół kiełbasy, rozdawać za darmo wielkie telewizory. Lecz gdy uwierzyli w siłę telewizji zasypały nas rodzime i obce seriale, które przykuły całe pokolenia Polaków do ekranu. Dziś już współczesny kapitalizm tego błędu nie popełnia i telewizory mają wszyscy, programy kipią od rywalizacji, seksu i reklamy a Internet skutecznie się do tej rywalizacji, o rząd dusz, dołącza.

Gdy podrosłem i się zbuntowałem znów zacząłem czytać. Kolejne ulubione tomy zawdzięczam Mirkowi, mojemu przyjacielowi z dzieciństwa. To on zachęcił mnie do czytania po raz wtóry i dzięki niemu ze szkolnej biblioteczki wypożyczałem Juliusza Verne’a, Alfred Szklarskiego i jego serię o Tomku, wreszcie Arkadego Fiedlera i oczywiście Zbigniewa Nienackiego z Panem samochodzikiem. Jednak książką tamtego okresu najlepiej zapamiętaną i najsilniej przeżytą stała się dla mnie powieść Pięć tygodni w balonie Verne’a i kiedy wiele, wiele lat później miałem przyjemność polecieć balonem nad Anatolią raz jeszcze poczułem moc tamtej książki. Co za fascynujący lot nad nieznaną Afryką, co za wyobraźnia autora! Lecz książką, która już rok lub dwa po Vernie, zawładnęła moją dojrzewającą wyobraźnią byli Trzej muszkieterowie Aleksandra Dumasa. Trudno mi było zrozumieć świat wszechobecnej zdrady i spisku a jednak z wypiekami czytałem dalej. Otuchą jednak była niezłomna przyjaźń, co za idealistyczna wizja a jednocześnie jedyna opoka w świecie pełnym oszustwa i cynizmu. No cóż w gruncie rzeczy do pewnego momentu byłem ufnym, dobrym dzieckiem, które wierzyło w czyste intencje ludzi dorosłych, w prawdomówność autorytetów i świat, który dąży do sprawiedliwości. Widziałem później kilka ekranizacji, w dobrej obsadzie i żadna nie wzbudziła tamtych emocji. Sięgałem również po kolejne tomy przygód dzielnych muszkieterów i ledwie przebrnąłem. Książka musi trafić na swój czas, na właściwy moment. Nie inaczej.

Im byłem starszy, tym częściej sięgałem po literaturę nazbyt wymagającą i trudną. Zbyt ciężkie tematy dla nastolatka ale imponowało mi czytanie – Trumana Capote, Kurta Vonneguta, Johna Updike i innych. Na topie był Julio Cortazar i Gabriel Garcia Marquez oraz oczywiście Peruwiańczyk Mario Vargas Llossa. Rozmowa w Katedrze, której nie rozumiałem pojawiła się jako lektura obowiązkowa dla aspirującego młodziaka podobnie jak Sto lat samotności Marqueza. Druga z powieści była dla mnie jak biblia, równie tajemnicza co niezrozumiała, pełna metafor i nurzących opisów, lecz zewsząd słyszałem, podobnie jak w przypadku biblii, że to książka wybitna, więc uparcie brnąłem przez kartki. Powtórzę, a nawet westchnę – książka musi trafić na swój czas, na właściwy moment. Niewłaściwy moment, niegotowość może książkę w głowie czytelnika zniweczyć, odrzuci ją zanim do tekstu dojrzał, znienawidzi nawet nie rozumiejąc jej przesłania i treści. Zamęczy się tekstem odczytując słowa bez treści. Drugi raz wrócić do niej będzie ciężko. Z książkami często jest jak z miłością, albo zakochasz się od pierwszych słów, albo będziesz sobie wmawiać, że to miłość albo…No cóż bywają książki chybione przez ich przedwczesność w głowie czytelnika.

cdn.

Książki…
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

7 komentarzy

  1. Rzeczywiście książki trafiają na Twoją gotowość. Tak jak Twoje teksty.

  2. Chyba 7 raz skasowałem coś, co napisałem. Widać dzielenie się treścią nie jest dobre w tym momencie z mojej strony. W takim razie pytanie do wszystkich – książka papierowa czy cyfrowa? Dlaczego cyfrowa? Dlaczego papierowa? :-)

    Panie Macieju, czy jest szansa na wprowadzenie w komentarzach formatowania tekstu (wypunktowania, pogrubienie, etc.)?

    A za wpis dziękuję i zapraszam do dyskusji!

  3. Bardzo ciekawe zjawisko socjologiczne – Portal szukaj lektora, który
    ma z założenia publikować ogłoszenia dla lektorów języków obcych,
    podsyła mi ogłoszenia firmy Promedica24 dla opiekunów osób starszych w
    Wielkiej Brytanii.
    Chyba kogoś tu pogięło.
    Coś z tym krajem ewidentnie coś jest nie tak.

  4. Właściwie dopiero przed chwilą po przeczytaniu zabawnego felietonu Andrzeja Saramonowicza “czytasz, więc jesteś” i kilku komentarzy pod nim
    http://www.logo24.pl/Logo24/1,125389,16658314,Andrzej_Saramonowicz__czytasz__wiec_jestes.html#TRCuk

    doszłam do wniosku, że w każdym człowieku drzemie niespełniony pisarz. Ludzie wchodzą po pracy i w trakcie pracy na fora, czaty, portale i wortale, blogi, artykuły i niusy i zostawiają tam ślad dla potomności. Tak swoisty nowy technologicznie znak”tu byłem”. Nieważne czy wyrzucić z siebie ciężki dzień, rzucić mniejszą lub większą artylerią złośliwostek, wyżyć się na płci przeciwnej lub własnej zależnie od humoru i sytuacji życiowej. Ludzie chcą i lubią pisać. Komentować. Pisać czyli też pokazywać, że czytają.
    Nasroszyłam się wczoraj ilością jednak za ostrych i mocno zaczepnych komentarzy pod nowym wywiadem z Maciejem Bennewiczem dla Michnikolandu ;-) (pozdrawiam samotnego jeźdźca Pana Adama w popielatym płaszczyku). Ludzie nie mając gdzie pewnych trudnych emocji powiedzieć, w sposób zauważalny wchodzą jako anonimousy w net i tu są trochę pisarzami życia. Różnica tkwi w tym, że sami za prąd i komputery płacą, a nie otrzymują wynagrodzenia jak Ci, którzy jednak swoje pisanie zawsze siła rzeczy sygnują własnym prawdziwym imieniem i nazwiskiem.
    Pozdrawiam

  5. Książki. Czytanie. To prawdziwa pasja. I nie ma większej przyjemności niż dyskusje o przeczytanej książce albo tekście. Ja też kochałam czytać od zawsze. Też długo z lampką pod kołdrą.
    Książki zawsze były w pobliżu. Był taki czas, jako nastolatka, że uciekałam w książki od zbyt trudnej rzeczywistości. Jako dziecko b dużo chorowałam i książki pomagały mi przeżyć samotne dni spędzane w łóżku. Miałam też zjazdy literackie, po przeczytaniu utworów Hłaski, który pokazywał świat okrutny i mroczny. Często w szkole, w okresie totalnego buntu, nie czytałam wcale lektur, za to zaczytywałam się ulubionymi pisarzami. Wreszcie studia lingwistyczne, które polegają głownie na czytaniu i pisaniu, na dyskusjach o właśnie przeczytanej pozycji. Pokochałam literaturę anglojęzyczną. Przedmioty takie jak literaturoznawstwo, podczas których dyskutowaliśmy o Mistrzu i Małgorzacie. Seminaria, gdzie omawialiśmy powieści Jeanette Winterson. Najpiękniejsze momenty były na przerwach pomiędzy zajęciami, gdzie toczyliśmy zażarte dyskusje o książkach. No i fascynacja ostatnich lat – książki psychologiczne i dotyczące samorozwoju. Kolejna niekończąca się działka. Mam też książki, które czytam wielokrotnie, od środka, do końca, na wyrywki, ciągle odkrywam coś nowego. W książkach o samorozwoju posuwam się wręcz do tego, że podkreślam najważniejsze dla mnie fragmenty. Kocham spotykać się z przyjaciółmi, czasem wirtualnie i rozmawiać o książkach. No i prawie zawsze otaczali mnie ludzie, którzy czytali. Najbliżsi mi ludzie czytali zawsze bardzo dużo i często otwierali przede mną nowe przestrzenie.
    To jest fascynująca, niekończąca się przygoda.
    Właściwie każda ważna książka w jakiś sposób mnie zmienia, zmienia moje życie.
    Dziękuję za tego bloga i tyle ważnych odkryć.

  6. Muszę być dziś mało skromna, ale ilość książek przeze mnie przeczytana – tych pożyczanych od bliskich, wypożyczanych z bibliotek i czytanych na miejscu, kupowanych, dostawanych musi być naprawdę duża na liczniku. Pierwsza książka, którą przeczytałam ze wzruszeniem to był Janko Muzykant. Potem rozśmieszały mnie Dzieci z Bullerbyn. Dość późno przekonałam się do Marii Konopnickiej – “Nasza szkapa” nigdy nie oswoiła mnie z biedą. Prędko chwyciłam za podobne książki, co Ty autorze. Nazbyt wcześnie “Rebeka” oraz Spóźnieni Kochankowie Whartona, większość dalszych tomów Ani z Zielonego Wzgórza, wszystkie tomy Pana Samochodzika, Tomki (W krainie kangurów nadal ulubiony), nawet zaglądałam do komiksów (Thorgal, Tarzan i Jane, Tytus, Romek i Atomek a rozpoczęłam od Kozioła Matołka).
    Jako adolescentka lubiłam Krystynę Siesicką. Długo nie mogłam się przełamać do Małgorzaty Musierowicz, a potem :-) chłonęłam te przygody jedną za druga.
    Podczytałam ukradkowo pierwszy Harlequin skombinowany przez pciapciółkę Dojotkę, jej kolekcję Bravo, Bravo girl, Sztandar Młodych, gazetki o New kids on the Block sama dużo wcześniej czytałam i rozwiązywałam Wesołe Minuty, PCK, Zwierciadło, moja ukochaną Filipinkę sprzed zmian pokomunistycznych.
    Nie da się wymienić całej prasy i książek. Bywało, że się po prostu nie spało. Lampka nocna i nie na wyścigi z czasem “by tylko zaliczyć ilość stron”, a zwyczajnie nie dało się odłożyć książki nie wiedząc co dalej. Co dalej. Lubię czytać ze zrozumieniem. By uchodzić w swoim pojęciu za człowieka obytego w świecie przeczytałam dzieła Dostojewskiego, Tołstoja, Updike’a, Hłasko, Dygata i Iwaszkiewicza, Marqueza, E.Stein, poezja młodopolska i każda zwłaszcza ta odsłaniająca rąbek tajemnicy męskiego świata wewnętrznego. Teraz zaczynam poznawać Terry Prachett’a. W okresie studiów potrafiłam czytać po trzy, cztery książki z różnych dziedzin – lżejsze jak K.Grocholi do której też nie było mi długo po drodze, intrygujące jak Olgi Tokarczuk, historyczne Jasinicy i pomniejszych autorów, których nie dam rady jednym tchem przytoczyć.
    Uwielbiałam pogłębiać biologię, przyrodę, chemię, nauki o zdrowiu. Ach nie da się tego opowiedzieć. Książki są dla mnie jak tlen. Inny, na pewno inny niż ten, który mi dają żywi ludzie, którzy także czytają, rozmawiają, dyskutują o kulturze i sztuce…
    Wyobraźnia jest wspaniałym narzędziem tworzenia światów, fantazjowania, jest bazą sztuki flirtu, wykształcania własnego poczucia humoru – bardziej mrocznego, cynicznego, rubasznego i jowialnego, różnistego ale zawsze niepowtarzalnego jak człowiek, który ma w ręku czytadło.
    Dobrze jest pochłaniać książki. Wymieniać się nimi, rozmawiać o nich. Świetnie, że są. Że wszystkie nie są zakazane i nie spłonęły na stosach II Wojny Światowej.

Komentarze są wyłączone.