My, tutaj [1]

pęknięcia
pęknięcia

W zasadzie jesteśmy krajem młodym, choć starym. Wielowiekowa tradycja chrześcijańska sprzęgła się z naszą państwowością ale lata wojny i komunizmu dokonały spustoszenia. Zginęło nie tylko całe pokolenie, w ruinę popadły nie tylko miasta i fabryki, lecz dzieci, które przeżyły wojnę zamieszkały w części imperium sowieckiego, w państwie, w którym każdy przejaw życia był poddany presji i kontroli. Państwo służyło celom imperium a nie jego obywatelom.

Okres pomiędzy 1939 rokiem, datą wybuchu wojny, a 1989 rokiem częściowo wolnych wyborów, to okres wojennej klęski i gospodarczego zastoju, politycznego zniewolenia i indoktrynacji na masową skalę. Granice państwa stały się po wojnie bardziej integralne jednak zapłaciliśmy za to słoną cenę. My, czyli mieszkańcy tych okolic – Polacy, Łemkowie, Ukraińcy, Polesiacy, Niemcy, Mazurzy, Ślązacy, Pomorzanie, Kaszubi, Żydzi, Białorusini .. oraz setki tysięcy rodzin, w których zmieszała się krew i geny sąsiedzkie. Ceną było rozdarcie rodzin, przesiedlenia i wysiedlenia, brak integracji przemysłowej, komunikacyjnej i kulturowej ziem rozerwanych przez zabory. Do dziś podziały polityczne, obyczajowe, a nawet religijne i kulturowe przebiegają wzdłuż dawnych granic zaborów.

Geopolityka, słowo odmieniane przez wszystkie przypadki, towarzyszyło ostatni dekadom, podobnie jak stwierdzenie: kraj tranzytowy pomiędzy Rosją i Niemcami. 40 milionowy naród dotknięty wojną w sposób szczególny. Zanurzony w przeszłości, historii i martyrologii jak mało który. Niestety świadomość historyczna Polaków jest od stuleci zakłamywana a przez to fałszywa i blokująca nasz rozwój. W koncepcji jungowskiej mówimy o nieświadomości indywidulanej i zbiorowej – oba pojęcia dość dobrze oddają zjawisko zbliżone do transu, zaczarowanie rzeczami ukrytymi przed świadomą percepcją, stłumione emocje, wparte grzechy, zafałszowany obraz siebie i w przypadku zbiorowości – obraz społeczeństwa. W czasach zaborów powstawały dzieła ku pokrzepieniu serc, które, choć nie miały przecież ambicji naukowych, jak książki Sienkiewicza, czy Kraszewskiego, to jednak na ich obrazie powstawała powszechna wizja historii oraz obszar odrzuconej wiedzy. Kilka dekad później taką rolę odegrały popularne filmy i seriale, traktujące o historii najnowszej i tej dawniejszej – od Janosika, po Czarne chmury, od Krzyżaków po Czterech pancernych i Stawkę większą niż życie. Ich treść była jednoznaczna – okupant, najczęściej niemiecki, heroicznie walczący bohater, Polak niezłomny, bohaterski, jednowymiarowy. Oczywiście powstało kilka obrazów wyjątkowych, wybitnych, kilka dzieł odmiennych jak Umarła klasa Tadeusza Kantora, jak poezje Tadeusza Różewicza, jak wspomnienia Tadeusza Borowskiego, opowiadania Zofii Nałkowskiej, Kanał Andrzeja Wajdy, czy Eroica Andrzeja Munka. Jednak nigdy nie przeniknęły do masowej wyobraźni. Współcześnie takich dzieł w zasadzie nie ma.

Nie ma kulturotwórczej debaty o przeszłości naszej ojczyzny ani o jej przyszłości, nie ma nurtu myślenia, dzięki któremu młodzi ludzie mogliby zyskać samoświadomość i odpowiadać sobie na pytanie – dokąd zmierzamy jako naród, jako państwo, jako system, co to znaczy patriotyzm w I połowie XXI wieku, oraz jaki ma być dla Polski wiek XXII? Jaka Polska? Czy wciąż mamy być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, jakimś buforem przed Rosją, państwem tranzytowym, zapleczem taniej, dobrze wykształconej kadry technicznej dla zamożnej Europy, rynkiem zbytu mniej chodliwych towarów, rynkiem inwestycyjnym dla przestarzałych systemów korporacyjnych? Jaka Polska? Oczekująca na jakiś sportowy cud, na jakieś igrzyska w Zakopanem, czy może królowa przemysłu węglowego pod prąd protokołu z Kioto? Może kuźnia pianistów jak Paderewski, Rubinstein, Zimmermann i Blechacz, czy może kabareciarzy i disco polo? Polska Szkoła Filmowa pięćdziesiąt lat później, czy może kontynuacja teatru spod znaku Grzegorzewskiego i Kantora? Masowa, czy elitarna, a jeśli masowa to – co ma te masy rozpalać, wokół czego cementować, jakie czynniki mają integrować społeczność? Czy wystarczy nowe Święto Flagi i marsze na Trzech Króli, czy może potrzeba Narodowego Programu Lotu na Księżyc? Brak wizji. Brak wizji, gdyż brak wzorców, kierunków i brak zaplecza.

Scelebrytowany świat opinii publicznej nie jest w stanie wykreować ani dyskursu, ani debaty, ani też wskazać środowisk, miejsc, ludzi, które przyszłość Polski zaczęłaby kreować. Kreować przyszłość w oparciu o historyczne doświadczenia, oparte na debacie o niełatwej przeszłości, wielowymiarowej i wielokulturowej, kreować – czyli tworzyć, konstruować, a potem budować w oparciu o wizję nowe, przyjazne, stabilne otoczenie społeczne i gospodarcze. Stanąć wobec takich tematów jak: Holocaust i rola Polaków w ratowaniu i denuncjowaniu Żydów, jak okupacja sowiecka i kolaboracja, wielonarodowość i stosunek Polaków do innych nacji, rola kościoła katolickiego we współczesnej historii, zryw Solidarności i jej upadek w 1981, lecz również wobec tematów społecznych jak dramatyczny kryzys rodziny, lawina rozwodów, alkoholizm, wtórny analfabetyzm i niepowodzenie reformy edukacji, brak reformy służby zdrowia i korupcjogenny system w jej strukturze.

Czy potrafimy doceniać pokój i zamożność, bezpieczeństwo codziennego życia i bogactwo możliwości w porównaniu do pokolenia ojców i dziadków? I jaką ojczyznę zamierzamy zostawić w spadku naszym dzieciom i wnukom?

cdn.

 

 

My, tutaj [1]
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

6 komentarzy

  1. dobreeeeee, być za “mientkim” żeby w Polsce mieszkać :)

  2. Ale kto miałby tą wizję stworzyć? Załóżmy, że jest to zespół 12-osobowy. Kto miałby się tam znaleźć? Do tego jest potrzebne porozumienie. Dyskusja oksfordzka czyli oparta o merytorykę. A wiadomo, że to się nie sprzedaje więc pozostają tajne spotkania za przyzwoleniem władz.

    Inny obraz to taki, że wizję dzielimy na mniejsze wizje. Czyli każdy człowiek sam dla siebie i z tego tworzy się żywy organizm wizyjny dt. przyszłości.

  3. Aniula, masz rację.
    Pomieszkuję sobie w tej Irlandii i naprawdę myślę, że wszystkie nasze dobre cechy tutaj wychodzą jak na dłoni. Jesteśmy w pewien sposób podobni do Irlandczyków. Różni nas jedynie poczucie własnej wartości. Ale też dostaliśmy naprawdę w kość w toku historii. To są traumy trudne do wyleczenia w jednym, czy nawet kolejnym pokoleniu. Ale na obczyźnie można spokojnie wyleczyć się ze wszystkich kompleksów. Właśnie dlatego, że inni nas doceniają. Pracodawcy chociażby. Trudno o podobne doznania w Pl. Ja lubię relacje z ludźmi w Polsce w ogóle. Ale nie cierpię tam relacji z pracodawcami. Jak to powiedział kiedyś mój kumpel Polak, mieszkający od dawna w Irlandii – ja jestem za miętki, żeby mieszkać w Polsce. Być może ja też jestem za miętka, żeby mieszkać w Polsce.

  4. W naszym narodzie brakuje siły tych mężczyzn, którzy zginęli lub zostali zamordowani w czasie wojny i po. Heroizm matek nie wystarczył, by zbudować stabilny umysł swoich dzieci. W nas ciągle tkwi lęk , brakuje poczucia własnej wartości. Jak księżyc odbijamy światło gwiazdy, w tym przypadku innych krajów. Wystarczy popatrzeć na naszych polityków, w większości pazerni, zagadujący swoje kompleksy, chlejący na potęgę. Skąd mieli brać wzorce? W wielu domach została przerwana więź. czy jesteśmy w stanie odbudować swoją wartość? Czy to kwestia pokoleń czy charakteru?

  5. Będzie jeszcze gorzej…

  6. Wiele lat zniewolenia wyryło dramatyczne piętno w umysłach pokoleń.

    Ale dostrzegam inne zjawisko, które boli mnie zdecydowanie jeszcze bardziej. Paradoksalnie ostatnie lata wolności pozbawiły ludzi w jakimś ważnym stopniu poczucia wspólnoty, świadomości drugiego człowieka, świadomości dobra.

    Obserwuję na co dzień jeżdżąc koleją niewzruszonych młodzieńców z tabletami i smartfonami a nad nimi wiszące jak ulęgałki staruszki, kobiety w ciąży lub z małymi dziećmi. Obserwuję co raz częściej ludzi leżących na chodniku i stojących obok bohaterów biznesu podążających śpiesznie załatwiać pilne sprawunki i nieświadomych, że obok cierpi drugi człowiek. Obserwuję prześmiewcze komentarze hejterów popisujących się czasem erudycją ale częściej głupotą i prymitywnym poczuciem humoru. Obserwuję zanik programów telewizyjnych pobudzających do refleksji a w zamian wysyp przekazów ogłupiających lub pobudzających do agresji. Obserwuję korowody ładnych samochodów strzegących dzielnie dostępu do tych korowodów przez inne ładne samochody. Obserwuję rodziców dumnych ze swoich pociech – co raz bardziej zaniedbanych mentalnie i etycznie, ale które “umieją sobie dać radę” – od małego trenowanych w rozpychaniu się łokciami. Obserwuję to wszystko i wiele więcej i popadam w zadumę co dalej?…

    Ta zmiana w umysłach ludzi jest dla mnie tak niezwykła (a zarazem przerażająca) jak niezwykłe jest tempo budowy autostrad…

    A że z natury oraz zawodowego doświadczenia wolę skupiać się na rozwiązaniach niż na problemach ciężko mi na duszy, bo o rozwiązania w tych sprawach nie łatwo… W ogóle mam do siebie trochę żal, że pozwalam sobie pisać to co tu piszę ulegając trochę maruderskiemu klimatowi tego bloga, ale cóż stało się.

    Na koniec pozwolę sobie ponowić tezę, którą wyraziłem niedawno, że jedyne konkretne (aczkolwiek na pewno nie pozbawione trudności) rozwiązanie jakie przychodzi mi na myśl to zacząć zaszczepiać u ludzi wrażliwość systemowo poprzez edukację od lat jak najwcześniejszych. O ile kwestia 6-latków ma jakiś wymiar polityczny i gospodarczy to myślę sobie, że moje postulaty nie powinny wywoływać aż takich kontrowersji.

    Marzy mi się przekonać do działania w tej kwestii Ciebie Macieju. Może trafi na Twoje szkolenie jakiś konsultant Ministra Edukacji Narodowej…

Komentarze są wyłączone.